Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Prolog
Prolog

Nazywam się Ero62442 i przez dwadzieścia osiem lat byłam człowiekiem.

- - - - - - - - -


Biegnę. Zaczyna brakować mi tchu. Włączam funkcję: mapa. Świecie nad Wisłą, kujawsko-pomorskie. Jestem na ulicy Sądowej. Zoom. Za sto dwadzieścia metrów Sądowa skręca i odchodzi od niej ulica w lewo. Nieco dalej po prawej powinna być brama. Kamienica z 1897 roku. Dwukondygnacyjna, zakończona wieżyczką ze skromnymi, zniszczonymi przez czas, zdobieniami. Może być. Wdech. Wydech. Nos. Usta. Zerkam za siebie. Napastnik się zbliża. W pobliżu żadnych ludzi. W sobotni wieczór powinni się tu kręcić. Samochodów też nie ma. Za zakrętem sprawa się wyjaśnia. Roboty drogowe. Wykop przez całą jezdnię. Moje obcasy mi nie pomagają. Drewniana kładka nad wykopem. Wpadając do bramy muszę szybko zdjąć buty. Jeszcze tylko dziewięćdziesiąt trzy metry. Dam radę. Oddycham ostatkiem sił. Czuję, że za chwilę pękną mi płuca. Wydech, wdech. Usta. Nos. Pobieram tylko niecały litr powietrza, wydycham jeszcze mniej. Czuję CO2 w każdej komórce ciała. Nie nadążam z jego wydalaniem. Po prawej kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny czyli "klasztorek". Budowa rozpoczęta w 1692, zakończona w 1970. Późnobarokowy kościół odpustowy od południa przylegający do zabudowań klasztornych. Wdech, wydech. Goryl za mną ciągle bliżej. Dobrze, że jeden, a nie dwóch. Ten drugi osiąga powoli temperaturę wody we Wdzie. Osiemdziesiąt siedem metrów, osiemdziesiąt sześć. Dorwali mnie przy moście. Wracałam od Bożeny. Pieszo. Od dwóch miesięcy parkuję samochód w odległych miejscach od celu i poruszam się klucząc. Wiedziałam, że ta wizyta to błąd. Nie ma gdzie uciec. Ten most to pułapka. Mam jednak wpisane te spotkania do terminarza i muszę je realizować, żeby zachować pozory. Bożena zawsze po piętnastu minutach rozmowy się rozkleja.

- Chciałabym tak, jak ty - mówi. - Nie płakać.

- A ja bym chciała płakać, Bożenko - odpowiadam. - Ale już nie potrafię.

Wdech, wydech. Kontrola wydajności. Stężenie jonów wodorowych za wysokie. Glikogen się szybko wyczerpuje. Osiemdziesiąt trzy metry, osiemdziesiąt dwa. Byli totalnie zaskoczeni. Nie zakładali, że wiem, że mnie śledzą. Prostym uderzeniem pozbawiłam jednego tchu i przerzuciłam przez barierkę do wody trzy metry od nowego mostu i trzy i pół metra od pierwszego filaru starego mostu. Potem okazałam się za wolna. Ten drugi zdążył skierować na mnie broń. Trzy metry. Żadnej osłony. Prawdopodobieństwo śmierci - sto procent. Jeszcze kawałek. Osiemdziesiąt metrów, siedemdziesiąt dziewięć, siedemdziesiąt osiem. Przebieram nogami jak mogę najszybciej. Dam radę. Gdybym zareagowała półtorej sekundy wcześniej, to też pływałby w rzece. Most nosi imię Jana Kamińskiego. Zwłoki pod nim nie mają na razie imienia. Kroki cichną. Szczęk zamka. Znam już ten dźwięk. Przypadam do ściany, pochylam tułów do przodu jak najniżej. Wyglądam pewnie, jakbym się zaraz miała przewrócić. W takiej pozycji trudno biec dalej. Pocisk przechodzi dwadzieścia trzy centymetry nad moją głową. Piętnaście stopni w lewo. Pudło. Pomimo tłumika dźwięk rozbrzmiewa głośno odbity od ścian budynków. Jest zakręt. Odbijam nieco w lewo. Następny strzał. Słyszę opadające na chodnik fragmenty tynku i jednocześnie czuję ból w prawym przedramieniu. Rykoszet. Wiem, że to nie amator. Wydaje mi się, że wie, co robi. Chociaż... Powinnam już nie żyć. Stracił tyle dogodnych okazji. Jest w lepszej ode mnie kondycji fizycznej i potrafi myśleć. Próbuje przewidzieć mój ruch. Mimo to, im dłużej uciekam, tym gorzej dla niego. A może on nie chce mnie zabić? Cokolwiek chce, to ode mnie zależy, czy mu się uda. Wpadam za budynek. Brama. Polbruk pod stopami. Zdejmuję buty. Tracę półtorej sekundy, ale nie mogę biec w bramie w butach. Za dużo hałasu. Śmietnik. Podwórko. Stara drewniana drewutnia po prawej. 248 na 192 na 197. S=1343m2. V=93804m3. Spadzisty dach. Czterdzieści centymetrów przerwy i płot. Idealnie. Wciskam się w liście winogron. Polska odmiana deserowa Iza Zaliwska. Będzie owocować w sierpniu. Soczyste owoce. Pamiętam z dzieciństwa. Jeszcze pół metra i spróbuję nawiązać kontakt. Nasłuchuję. Słyszę kroki. Zbliża się. Nic nie ryzykuje. Wie, że nie mam broni. Skręca w lewo. Teraz, żeby tylko się nie poruszyć... Podchodzi do płotu. Potrząsa nim lekko. Sprawdza, czy mogłam przez niego przejść. Jeśli tylko wpadnie na pomysł, żeby go sforsować, to na pewno mnie zobaczy. Odchodzi. Trzy kroki. Zatrzymuje się. Czeka. Nasłuchuje. Szukam wifi. Jest "corgi_maly". Zabezpieczenie. Złamać? Tak. 2,39 sekundy. Wysyłam SOS. Odpowiedź od Ero20561przychodzi prawie natychmiast. Odebrano. Dystans 11528 metrów. System pokazuje trzynaście minut. Muszę przeżyć TRZYNAŚCIE cholernych minut. Siedemset osiemdziesiąt sekund. Gdzie jest ten goryl? Zapewne czeka. Wie, że gdzieś tu jestem. Nie wie tylko, czy na podwórku, czy wpadłam do budynku. Sześćset dziewięćdziesiąt dwie sekundy. Gdzieś otwiera się okno. Słychać muzykę. System przekazuje: Radio FM 103,05. Nasłuchuję. Przez tą cholerną muzykę nie słyszę innych dźwięków. Kątem oka spostrzegam toczący się kamień. W zasadzie tłuczeń. Osiemdziesiąt procent SiO2. Goryl się przemieszcza. Zapisuję w myślach jego wygląd. Wschodnie rysy twarzy. Najbardziej przypominające lud kartwelski. Ciemna oprawa oczu i czarne, krótko ścięte włosy. Osiem milimetrów. Wiek: zniszczony trzydziestopięcio- lub dobrze trzymający się czterdziestopięciolatek. Wzrost metr osiemdziesiąt. Bardzo dobra kondycja fizyczna. Przeszedł trening wojskowy. Najemnik czy może SDS? Muzyka mnie rozprasza. Zamknij to okno, czubku! Czuję, że jest blisko. Trzeszczy deska. Trzy metry. Gorączkowo próbuję znaleźć coś w zasięgu dłoni. Nic nie ma. Liście lekko szeleszczą. Muszę korygować ruchy o podmuchy wiatru. Podchodzi bliżej. Do obrony mam moje szpilki. Trzymam je w prawej dłoni od momentu wbiegnięcia do bramy. Powinnam bezszelestnie upuścić jedną, a drugą przełożyć do lewej dłoni. Niewykonalne. Jest za blisko. Usłyszy. Trzysta sekund. Cholera. Czuję, że pot płynie mi po czole. Jedna kropla spada na policzek.

- Ej! Co pan tam robi, kolego? - jakiś głos przebija się przez muzykę z radia. - Tu nie ma nic do oglądania. To prywatny teren. Wynocha mi stąd, bo zawołam policję. No już!

Może nie wszystko stracone. Głos kobiecy, wiek około 65-75. Żeby tylko zaczekała, aż odejdzie od szopy. Upuszczam but i szybkim ruchem przekładam drugi do lewej ręki. OK. To już coś. Przesyłam dane.

Wiadomość: Obiekt powoli oddala się ode mnie.

Odpowiedź: Cel za 1,27.

Czuję lekką ulgę. Osiemdziesiąt siedem sekund. Osiemdziesiąt sześć, osiemdziesiąt pięć... Chyba się uda. Nagle słyszę kroki. Zbliża się. Już się nie skrada. Idzie dość pewnie. Wie, gdzie jestem. Złapał moją lokalizację? Jakim cudem? Naprężam się do skoku.

- Proszę pani - słyszę. - Może już pani wyjść. Poszedł sobie.

Ten sam głos, który słyszałam półtorej minuty temu.

- Niech się pani nie boi. Już go nie ma.

Przesuwam się powoli. Kobieta. Na oko 70 lat. Jasne oczy i krótko ścięte włosy w mahoniowym kolorze. Uśmiecha się zapraszająco.

- Poszedł sobie - potwierdza.

Wyciąga do mnie rękę. Chce wzbudzić zaufanie. Sprawdzam funkcję: Prawda/Fałsz. OK. Kobieta nie kłamie. Wychodzę. Powoli. W dłoni cały czas ściskam jeden but.

- Czy może pani jeszcze sprawdzić, czy nie czeka gdzieś na ulicy? - pytam.

- Już sprawdzam, dziecko.

Człapie w niebieskich kapciach w kierunku bramy. Patrzę w ślad za nią. Przesyłam dane.

Wiadomość: Gdzie jesteś, Ero20561?

Odpowiedź: Na ulicy przed bramą. Idę za nim.

Wiadomość: Mogę wyjść?

Odpowiedź: Idź. Spotkamy się w 366.