Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 9
Rozdział 9

- Nie chcę ci mówić, o co chodzi, ale mamy kłopoty - odzywam się niepewnie. - Może lepiej nawet, żebyś nie wiedział.

Łukasz przenosi wzrok z Piotra na mnie.

- Jak wolisz. Ale nie rozumiem, czego ode mnie chcecie.

- Chcielibyśmy, żebyś nas podszkolił w samoobronie - cały czas zastanawiam się, ile informacji mogę ujawnić.

- Możecie przychodzić na zajęcia. Trochę poćwiczycie ze wszystkimi, a potem pokażę wam parę rzeczy.

- To odpada. Mamy za mało czasu. Musimy się skupić tylko na samoobronie.

- Spodziewamy się nieprzyjemnej wizyty, tak za około dwa tygodnie - wtrąca Piotr. - Nie możemy marnować czasu.

- Dwa tygodnie? - Widzę, że jest zdumiony. - Czego ja was mogę nauczyć w dwa tygodnie? - Spogląda na mnie. - W co wyście się wpakowali?

- To nie my się wpakowaliśmy, ale nas wpakowano. Wierz mi, nie chcesz wiedzieć - czuję się dość niezręcznie. - Nie mamy czasu do stracenia. Za jakiś czas będziemy mieli nieprzyjemne spotkanie i musimy umieć się obronić. W razie czego - dodaję, żeby nie domyślił się, co chcemy zrobić.

- Dwa tygodnie, mówisz? - zastanawia się. - Cholernie mało czasu.

- Wiemy. - Piotr jest zdeterminowany tak samo, jak ja. - Dlatego proponujemy takie rozwiązanie. Będziemy się spotykać codziennie po dwie godziny. Pokażesz nam skuteczne chwyty i będziemy je ćwiczyć tutaj i potem sami w domu.

- To nie takie proste. Muszę się zastanowić.

- Nie ma czasu na zastanowienie. Musimy wiedzieć JUŻ. Od jutra musimy zacząć. Jeśli chodzi o pieniądze, to zapłacimy ci za każdą minutę treningu.

- To nie nad pieniędzmi się zastanawiam. Nie obrażaj mnie. Zastanawiam się, jak to zorganizować - milknie na chwilę. - OK. Umawiamy się codziennie o 18. Od jutra. Wygodny, oddychający strój. Buty z twardą podeszwą i trampki na zmianę - patrzy na mnie - Żadnej biżuterii i włosy związane, tak, żeby nie można ich było łatwo złapać. Najlepiej jakbyś je krótko obcięła.

- Zastanowię się nad tym - uśmiecham się z ulgą. Bałam się, że się nie zgodzi.

- Aha - mówi po zastanowieniu. - Młodego też weźmiecie?

- Nie... chyba nie - patrzymy na siebie ze zdumieniem.

- No to cudnie - mówi - jak ktoś go złapie, to nic nie zrobicie. Od razu się poddacie. Szkoda waszego czasu i pieniędzy. Możecie sobie odpuścić.

Piotr patrzy na mnie.

- Młodego tam nie będzie w tym czasie - mówi. - Ale może go przyprowadzimy na trening. Może to jest dobry pomysł. Zobaczymy.

- Do jutra - rzucam, odwracając się do wyjścia.

- - - - - - - - -


- Zrobiłem już cały plan. Parę rzeczy zamówiłem w Internecie - Piotr pokazuje mi kartkę, na której widzę rysunek naszej posesji z różnego rodzaju znaczkami i symbolami. - Tu będą kamery. W gospodarczym na strychu postawię monitory i tam się przeniosę na jakiś czas. Będę obserwował teren dookoła. Dodatkowo umieścimy czujniki połączone dookólnie 400 metrów od granicy. Jak tylko odbiorę sygnał, to skieruję tam kamerę i będziemy wiedzieli, jak nadjeżdżają.

- Wygląda dobrze - jestem pod wrażeniem. - Powinno zadziałać. Masz jakiś plan awaryjny, gdyby zabrakło prądu?

- To jest jedyny minus. Czujniki będą działać, monitory pociągną tak około pół godziny, ale problem będzie z kamerami. Jeszcze będę myślał nad tym.

- Jakoś nie widzę innego wyjścia, tylko zakup agregatu - przeglądam szybko strony. - 650 złotych. Praca do dziesięciu godzin na jednym zbiorniku, spalanie cztery dziesiąte litra benzyny na godzinę. Mogę od razu zamówić. Będzie w ciągu dwóch dni.

Piotr drapie się za uchem. Zawsze tak robi, jak się zamyśla.

- Myślisz, że to konieczne?

- Nie mam pojęcia, czy konieczne, ale ja na ich miejscu od razu odcięłabym zasilanie. Chociażby dlatego, żeby zrobić wrażenie, że akcja jest przygotowana i przemyślana. Albo po prostu po to, żeby nas nastraszyć. Mam nadzieję, że nie będą tak sprytni, ale nie mamy żadnej gwarancji.

- W takim razie zamów - słyszę jednak, że Piotr nie jest do końca przekonany. Wiem z czego to wynika. Koszt naszego przedsięwzięcia zaczyna przekraczać nasz budżet i to go boli. Nie mogę nazwać go sknerą, ale lubi obejrzeć każdy grosz dwa razy, zanim go wyda.

- Myślałam o tym, czego będziemy jeszcze potrzebować, jak już tu dotrą - odzywam się po chwili. - Możemy umieścić gaz łzawiący wszędzie w zasięgu dłoni.

- No tak, ale z gazem jest problem. Jak go złapiesz i nie będziesz patrzeć, to możesz sobie strzelić w oczy. A dodatkowo, jak będziesz rozpylać w pomieszczeniu, to wszystkich potrujesz.

Szybko przeszukuję strony ze sprzętem do samoobrony.

- Wcale nie. Po pierwsze, możemy coś na nich nalepić. Tak, żeby można to było poczuć pod palcami. Jak się odpowiednio złapie, to będzie wiadomo, gdzie jest wypust dozownika. A po drugie, kupimy gaz pieprzowy w piance. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego jest w sprzedaży. Dodatkowo, są do kupienia takie małe opakowania po 23ml. Średnica 12 milimetrów. Popatrz tutaj. Idealnie zmieści nam się na przykład pod krzesło. Widzisz? Pod tym metalowym stelażem. W tym miejscu. Tylko, cholera, musimy kupić ich dwa razy więcej i przyczepić po obu stronach.

- Dlaczego po obu?

- Nie dam jeszcze rady wiele zrobić prawą ręką - od dzieciństwa jestem leworęczna i dopiero od trzech dni ćwiczę posługiwanie się w pełni prawą ręką. Postępy są, ale nie za wielkie, bo problem, jak to zwykle bywa, nie tkwi w motoryce, ale w mózgu.

- No tak - Piotr zastanawia się przez chwilę. - Zamów 20 sztuk. Potem pomyślimy, jak to porozmieszczać.

Milczę. Wiem, że ryzyko jest ogromne. Potrafię wyliczyć to procentowo. Wychodzi bardzo niekorzystnie. Wszystko zależy od tego, ilu ich tu przyjedzie. Ustaliliśmy już, że to włamanie było powiązane z późniejszym napadem. Takie dwa zdarzenia w bliskim odstępie czasu są statystycznie wątpliwe. Co więcej, facet ze szramą poruszał się po domu całkiem swobodnie. Zaskoczył mnie totalnie. Musiał tu wcześniej już być i wszystko sobie obejrzeć. No i najważniejsze jest to, że nic wtedy nie zginęło. No chyba, że ten wisiorek. Nie jestem jednak pewna, bo nie nosiłam go od dość dawna i mógł się po prostu gdzieś zapodziać. W każdym razie, w sypialni na łóżku Piotr zostawił aktówkę, a w niej portfel z pieniędzmi. Był nietknięty, a do sypialni ktoś wchodził. Tak więc, samo włamanie nie miało najmniejszego sensu.

Za pierwszym razem było dwóch i trzeci w samochodzie. Potem widziałam dwóch, ale nie wiem, czy w samochodzie nikt nie został. Jedno, czego mogę być pewna, to tego, że samochód był zawsze tylko jeden. Sprawdziliśmy razem z Piotrem ślady. I samochody za każdym razem były inne. Ale to akurat nic nie sugeruje. Prawdopodobnie nieźle uszkodzili pierwszy pojazd, bo ciekł im olej, jak odjeżdżali. Za drugim razem przyjechali pewnie jakimś terenowym, o wyższym podwoziu i oponach o szerokości 255 milimetrów.

- Musimy liczyć, że będzie ich więcej niż dwóch, ale nie sądzę, że przyjadą więcej niż jednym samochodem. Za bardzo rzucaliby się w oczy. Trzeba się przygotować na czterech. W piątkę by chyba nie przyjechali jednym autem - chcę trochę uspokoić męża i rzeczywiście żywię nadzieję na taki plan.

- Też mi się tak wydaje - spogląda na mnie. - Masz jakiś pomysł, jak to rozegrać?

- Mam - mówię. - Przeanalizowałam wszystkie opcje. Jedna z nich pasuje idealnie. Ale coś czuję, że ci się najmniej spodoba.

- - - - - - - - -


Jest chłodny lutowy dzień. Siedzimy w trójkę przy kolacji w kuchni. Piotr komentuje wypowiedź jednego z polityków. Tak nieważną i banalną, że według mnie nie ma po co tracić energii na komentarz. Jednakże, wychodząc z założenia, że każdy powinien mieć jakieś hobby, aby utrzymać zdrowie psychiczne na mniej lub bardziej stałym poziomie, zdecydowałam już jakiś czas temu nie irytować się z tego powodu i przyjąć to zainteresowanie jako wartość dodaną do małżeństwa. Jak się odbywa takie komentowanie? Mój mąż stara się rozłożyć zdania na części pierwsze, odnaleźć jedyne, właściwe semantycznie, znaczenie słów i odkryć w nich jakiś sens. Jego analizie nie umykają żadne środki stylistyczne, akcentowanie, frazowanie, melodyka ani nawet źródłosłów. Zazwyczaj udaje mu się zinterpretować co ciekawsze stwierdzenia na trzy - cztery sposoby, czym w końcu mnie zaciekawia. Jednakże do jego ulubionych dziedzin należy aksjologia. Zdania typu: "Prawda jest tylko jedna. I prawda leży zawsze tam, gdzie leży" wzbudzają w nim prawdziwą euforię. Właśnie zostałam oświecona, że powyższe twierdzenie nosi wszystkie cechy perfekcyjnego paradygmatu. Co więcej, według mojego męża, jest to jedyny w swoim rodzaju paradygmat uniwersalny, gdyż zamiana kluczowego rzeczownika na jakikolwiek inny nie zmienia w najmniejszym stopniu sensu całej wypowiedzi. Wpadam w otępienie. Czas płynie powoli. Kiwam co chwilę głową udając zainteresowanie. Piotr otwiera usta i zamyka, a ja czuję się tak, jakby ktoś wyłączył fonię. Wracam co jakiś czas do rzeczywistości i słyszę mojego męża podającego kolejne przykłady uniwersalizmu powyższego stwierdzenia.

- Podłoga jest tylko jedna. I podłoga leży tam, gdzie leży - Piotr i Nikodem chichoczą prześcigając się w pomysłach.

- Rysiek jest tylko jeden. I Rysiek leży tam, gdzie leży.

Teraz to nawet ja się uśmiecham. Rysiek to nasz wiejski pijaczek znany z tego, że się kładzie tam, gdzie go sen zmorzy. Pamiętam sytuację, w której Piotr natknął się na Ryśka wracając z pracy i nie znając gościa, zadzwonił na policję. Policja przyjechała, Ryśka podniosła, a za miesiąc mój mąż otrzymał zawiadomienie o umorzeniu postępowania w sprawie blokady drogi gminnej.

Popijam herbatę z cytryną i staram się ułożyć w głowie plan na następny dzień. Od czasu, kiedy miałam wizytę gangsterów, po zmroku zasłaniam okna w pomieszczeniach, w których przebywamy. Jest zima. Dni krótkie, więc w zasadzie bywa, że okna są cały czas zasłonięte. Co jakiś czas wracam myślami do tamtego dnia i wyliczam błędy, jakie popełniłam. Zapisuję je w pamięci i przyrzekam sobie, że choćby nie wiem co się działo, nie pozwolę, by taka sytuacja znowu się powtórzyła. Będę gotowa na każdą możliwość. Mam przygotowany plan z trzema wariantami. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to sobie poradzę. Gdy chodzi tylko o mnie, to nie potrafię być tak zdeterminowana, ale strach o moją rodzinę wyzwala we mnie wielkie pokłady siły i determinacji. Budzi się we mnie obrońca stada. Sięgam po kolejny łyk herbaty zbyt szybkim ruchem i odrobina płynu skapuje mi na dłoń.

- Trochę jesteś zdenerwowana - odzywa się Piotr.

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że obserwuje mnie już od jakiegoś czasu.

- Raczej zamyślona - odpowiadam i uśmiecham się do niego.

- Gospodarka jest tylko jedna. I gospodarka leży tam, gdzie leży - moi chłopcy nie chcą się poddać.

Jeszcze przez chwilę uczestniczę w zabawie udając, że wszystko jest w porządku.

- Dziękuję bardzo - mówi nasz syn. - Już zjadłem. Mogę obejrzeć "Małych Ninja"?

- Jasne - odpowiadamy z Piotrem chórem.

- Tylko najpierw umyj ręce - podnoszę się, żeby zasłonić okna w salonie.

Nikodem wstaje i kieruje się w stronę łazienki. Po zrobieniu dwóch kroków odwraca się i mówi:

- Komputer jest tylko jeden...

- I leży tam, gdzie leży - kończę wypowiedź za niego. - Bądź już łaskaw umyć łapki.

Z parapetu w kuchni rozlega się dźwięk mojego telefonu. SMS.

- Możesz zobaczyć, co przyszło? - Rzucam w stronę Piotra, wyciągając rękę w kierunku sznurka do opuszczania rolet. Słyszę, jak mój mąż się podnosi i idzie w stronę telefonu. Zasłaniam okna, czemu towarzyszy głośny dźwięk przesuwania.

- I co to jest? - Wołam do niego.

Z kuchni nie dobiega żaden dźwięk. Wracam i widzę, że Piotr wpatruje się w telefon. Jest blady. Spodziewam się najgorszego.

- Pokaż - mówię.

Wyciąga rękę z telefonem w moją stronę. Drugim ramieniem oplata mnie i przytula. Patrzę na ekran "Sobota. 28 luty. 500 tys. Pierwsza rata. Żadnych numerów."

- Zaczyna się - szepczę. Opanowuje mnie strach. Ostatkiem sił zduszam w umyśle oznaki paniki. Nie jestem już taka pewna, że nam się uda, ale jednocześnie wiem, że musimy spróbować.