Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 10
Rozdział 10

- Mamy niedużo czasu. Dlatego będziecie ćwiczyć tylko trzy skuteczne ciosy. Możemy do tego dodać uniki i jakieś proste kombinacje. Zobaczymy, jak będzie wam szło - głos Łukasza działa na mnie kojąco.

Jest nas czworo w sali. Sensei, Piotr, Niko i ja. Nie rozmawiamy głośno, a i tak dźwięk odbija się od ścian i wraca do nas zwielokrotniony. Sensei przygotował dla nas manekina, kwadratowe miejsce wyłożone tatami dwanaście na dwanaście. I trochę sprzętu treningowego, typu: obciążniki na kostki i nadgarstki, piłki do siatkówki i jedną piłkę lekarską.

- Młody, będziesz ćwiczył ze mną, jak już tylko się uporam z twoimi rodzicami, OK? Teraz idź pobiegać wzdłuż tej linii.

Niko, ubrany w nowy, granatowy dres, rusza w podskokach na wyznaczone dla niego miejsce. Jest zadowolony. Dla niego to świetna zabawa.

- Dobra. Nie będę długo tego tłumaczył. Jest wiele miejsc na ciele wrażliwych na ból, ale najłatwiej zaatakować trzy z nich. To jest nos, krtań i jądra. Jądra najlepiej zaatakować nogą, krtań kantem dłoni, a nos głową. Dzisiaj poćwiczymy wszystkie z nich, żebyście zrozumieli o co chodzi. Jutro rozpracujemy każdy cios na czynniki pierwsze. Tu stoi manekin. Pokażę wam wszystkie ciosy.

Podchodzi do manekina i uderza go kantem dłoni w szyję.

- Musicie w to włożyć cały impet. Pomóc sobie całym ciałem. Ruch nie musi być obszerny, ale musi iść stąd - wskazuje swoją klatkę piersiową. - Możemy uderzyć na dwa sposoby. Jak stoisz pod kątem, to uderzasz w ten sposób, a jak jesteś bezpośrednio przed napastnikiem, to tak. Spróbujcie, ja będę patrzył.

Zaczynamy nieśmiało. Widzę po Piotrze, że nie wierzy w rezultat. Nie dziwię się. Nigdy nie trenował sztuk walki, nigdy nie zajmował się samoobroną, a przede wszystkim, nigdy nie brał pod uwagę możliwości walki w obronie rodziny, z groźbą utraty życia. Uderza. Cios jest słaby, ale dość precyzyjny.

- OK. Nieźle. Pamiętajcie, że człowiekowi można zrobić krzywdę nawet jednym palcem, jeżeli się go przyłoży w odpowiednie miejsce. I nie potrzeba do tego dużo siły. Najważniejsza jest dokładność. Musisz uderzyć w konkretne miejsce. Nie niżej, nie wyżej, tylko właśnie tutaj. Jeśli jesteś precyzyjny, to zabijesz człowieka samym pierdnięciem. W dwa tygodnie jednak was tego nie nauczę - udaje poważnego, ale znam już to jego poczucie humoru. Szkoda, że mnie nie jest jakoś do śmiechu. - Zasada podstawowa: robicie to, co wam mówię i robicie to jak najszybciej, jak najdokładniej i jak najmocniej. Będziecie musieli dużo pracować nad szybkością. Stań tutaj - mówi do Piotra. - A ty tu.

Ustawia nas z obu stron manekina.

- Uderzacie tylko tym sposobem - pokazuje ruch od klatki piersiowej na zewnątrz. - I tak na zmianę. Raz lewa ręka, raz prawa. Tu jest namalowany znak. Ruch wznoszący - pokazuje jeszcze raz w wolnym tempie. - Szybko. Precyzyjnie. Z ciałem - odwraca się od nas. - Ćwiczycie do odwołania. Teraz idę posiłować się z młodym. Jak wrócę, to poćwiczymy drugą opcję, a potem będziemy kopać w jaja.

- - - - - - - - -


W pomieszczeniu oprócz mnie stoją jeszcze trzy osoby: doktor, pułkownik i komisarz Tomasz Drzazga. Komisarz jest niepozornym mężczyzną. Około czterdziestki. Niższy ode mnie. Jakiś metr sześćdziesiąt cztery. Typ urzędnika. Dociekliwego urzędnika. Na palcu brak obrączki, ale nie sprawia wrażenia samotnego. Wyraz twarzy oficjalny, ale w rysach czai się coś miłego. Chyba oczy, myślę. Wszyscy wpatrujemy się w lustro weneckie, za którym widać siedzącego na krześle młodego chłopaka.

- Łukasz Lipnicki. Został zatrzymany przez drogówkę za jazdę po pijaku. W trakcie zatrzymania próbował pozbyć się pistoletu. Glock 19, kaliber 9mm. Zrobił to dość nieumiejętnie i jeden z policjantów to zauważył. W bagażniku miał zapasową amunicję do tego modelu. Parabellum. Podejrzewamy, że jest członkiem gangu przemytników. Chodzi o amfetaminę przerzucaną z Polski na Wschód. Prawdopodobnie na Białoruś i Litwę - komisarz podaje te informacje patrząc w swoje notatki. - Jesteśmy na ich tropie od paru miesięcy, ale jeszcze niewiele wiemy. Białoruś nie chce współpracować, tylko zrzuca wszystko na nas. Litwa trochę lepiej, ale szału nie ma. Ale nie przyszedłem się tu skarżyć. W każdym razie mamy z nim nielichy kłopot.

- Czy może nam pani już coś o nim powiedzieć? - pułkownik zwraca się w moją stronę.

- Niewiele. Młody chłopak. 17-20 lat. Raczej nie zajmuje się pracą fizyczną. Te mięśnie to z siłowni. Żadnych widocznych oznak choroby. Myślę, że ma jakiś uraz lewego ramienia, bo co jakiś czas pociera i prostuje ramię. Jakaś stara blizna na czole. Trzy szwy. Sprzed co najmniej dwóch lat. Jest zdenerwowany. Myślę, że nie za bardzo wie, co robić. Cały czas się zastanawia. To dla niego nowa sytuacja. Na razie tyle mogę powiedzieć.

- W porządku. Będziemy chyba zaczynać przesłuchanie - pułkownik daje znać komisarzowi i ten wychodzi z pomieszczenia.

Ponownie dopadają mnie wątpliwości. Chciałabym stąd wyjść. Mam nadzieję, że nie widać po mnie tego wahania. No cóż. Teraz już za późno. Komisarz pojawia się w pomieszczeniu po drugiej stronie lustra. Widzę, jak siada i kładzie przed sobą teczkę z dokumentami. "Raz kozie śmierć", przechodzi mi przez myśl. Swoja drogą, to dość defetystyczne powiedzenie. I cyniczne.

- - - - - - - - -


Ćwiczę praktycznie cały czas. Wzrok już nie prześlizguje mi się po przedmiotach i ludziach. Patrzę na wszystko rozumniej i uważniej. Zapamiętuję więcej szczegółów. Ćwiczę też w pracy. Kiedy tylko się da. Jestem właśnie na lekcji w drugiej LO. Uczniowie w parach opisują obrazki przedstawiające katastrofy naturalne. Bez problemu już czytam z ruchu ust, więc od razu wiem, kto udaje.

- Tomek, describe your picture, please - mówię do wysokiego blondyna w zielonej bluzie.

- Czemu ja? - wierci się nerwowo na krześle.

Nie odpowiadam. Przyglądam mu się badawczo. Homo sapiens, który po ziemi chodzi od 250 tysięcy lat. Nurza się w marazmie i braku ambicji. Nie wykształcił w sobie lub zatracił zwyczajną ciekawość świata. Na oko, jakieś siedemdziesiąt pięć kilogramów ciała, z czego sześćdziesiąt procent to woda. Daje to nieco ponad czterdzieści cztery kilogramy wody, jeśli przyjmiemy, że litr wody o temperaturze 36,6 stopni Celsjusza waży 0,995 kilograma.

- In picture I see - duka Tomuś.

- In the picture I can see - powtarzam za nim poprawiając frazę.

Moja teoria o zaniku ciekawości świata potwierdza się. Tomasz nie pamięta prostego zdania, ćwiczonego na lekcji milion razy, bo go to kompletnie nie interesuje.

- How many people can you see, Tomek? - pytam.

- Two - pada odpowiedź.

- What can you say about them?

- Two woman.

- You mean two women? - akcentuję ostatnie słowo. Chyba bez sensu, bo w jego wzroku widzę tylko czterdzieści cztery kilo wody i trzydzieści jeden kilo pustki.

Piszę na tablicy "one woman - two women". Powtarzam głośno trzy razy, pokazując palcem obie formy.

Od początku wypowiedzi minęło dokładnie czterdzieści siedem sekund. W takim tempie Tomuś skończy opis za cztery minuty i dwadzieścia trzy sekundy.

- How can we say "osuwisko" in English? - pytam.

Cisza. Reszta klasy raczej znudzona. Czterech chłopców i osiem dziewczyn. Łącznie 828 kilogramów, z czego 497 kilogramów wody. Nikt nie ma nawet zamiaru podpowiedzieć. Wyraz "landslide" zapisany jest na tablicy od dziewiątej czterdzieści trzy, czyli od jakichś osiemnastu minut. Tomek myśli, czyli według definicji podlega procesowi poznawczemu, polegającemu na skojarzeniach i wnioskowaniu, operując elementami pamięci. Komórki w mózgu Tomka kontaktują się ze sobą za pomocą impulsów, które biegną wzdłuż aksonów do synapsy, gdzie uwalniają małą porcję neuroprzekaźników. Ten proces trwa tylko jedną tysięczną sekundy nawet u Tomka, więc albo nie zastanawia się on nad obrazkiem, albo opis jednego elementu wymaga od jego mózgu wykonania tak olbrzymiej ilości operacji, że przekraczają one czas przeznaczony na lekcję.

- Landslide - mówię.

Niestety. Tomek już nic nie powie na temat obrazka. Widzę jego zrezygnowaną minę. Darowałbym mu, gdyby nie fakt, że miał czas na przygotowanie i go zmarnował. Marnotrawienie czasu to jakaś cholerna plaga, którą trzeba bezwzględnie wyplenić, bo cały rodzaj ludzki wyginie.

- Czy to już wszystko, co możesz powiedzieć na temat tego obrazka? - Przechodzę na język polski.

Nie odzywa się naburmuszony.

- W porządku. W takim razie jedynka za pracę na lekcji - otwieram dziennik.

- Rany... na każdej lekcji bomba - przesuwa nerwowo zeszyt.

- W tym semestrze mieliśmy dwadzieścia dwie lekcje, a ty dostałeś jak na razie dziewięć jedynek, więc nie na każdej. Dwadzieścia dwie godziny to ponad trzydzieści procent czasu przeznaczonego na lekcje języka angielskiego w tym roku. Zostało nam jeszcze pięćdziesiąt godzin, wiec statystycznie rzecz biorąc, czeka cię tych jedynek dwadzieścia dziewięć z małym haczykiem. Oczywiście wszystko zależy od ciebie. Może nie być już żadnej jedynki. W każdym razie daję ci szansę na zdobycie pozytywnej oceny na następnej lekcji. Przygotuj sobie w domu opis tego obrazka. Jeśli opiszesz ten obrazek wyczerpująco i według podanych przeze mnie punktów, to obok tej oceny pojawi się następna - pozytywna. Zgadzasz się na taki układ?

- A jak się nie nauczę? - pyta.

- To może być w takim razie ta twoja dwudziesta dziewiąta jedynka - odpowiadam. - Twój wybór.