Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 11
Rozdział 11

- Imię i nazwisko - komisarz siada na krześle po drugiej stronie stołu w pokoju przesłuchań.

- Łukasz Lipnicki.

Przyglądam się chłopakowi uważnie. Przyprowadzili mnie tutaj i czuję, że mam na coś się przydać. Czegoś się ode mnie oczekuje. Przez chwilę zastanawiam się, co to może być takiego. Wiem, że mam analizować jego zachowanie i odpowiedzi, ale co spodziewają się usłyszeć? Czy błądzą, czy mają już jakieś podejrzenia? Mam ochotę zapytać, ale po krótkim zastanowieniu dochodzę do wniosku, że nie jest to dobry pomysł. Po co mam się sugerować?

Chłopak odpowiada na osobiste pytania i powoli przestaje kontrolować ruchy swojego ciała. Przysłuchuję się uważnie.

- Skąd masz pistolet? - pyta komisarz.

- Znalazłem.

Kłamstwo. Nie znalazł. Trzeba zapytać, czy kupił.

- Gdzie go znalazłeś? - pada następne pytanie.

- Na Wyspie Sobieszewskiej.

- To duży teren. Gdzie dokładnie?

- Niedaleko Mewiej Łachy. Nie pamiętam dokładnie, gdzie.

Kłamstwo. Pistolet i Mewia Łacha nie mają nic wspólnego ze sobą. Natomiast zna ten teren. Trzeba by może zapytać o rezerwat.

- Dlaczego nie zgłosiłeś znalezienia broni?

- Myślałem, że to straszak.

- Ale teraz już wiesz, że to nie straszak.

- Skoro pan tak mówi.

Kłamstwo. Wie o tym pistolecie więcej niż my.

- Pokazywałeś komuś ten pistolet?

- Nie.

Kłamstwo. Za szybka, za pewna odpowiedź. Przesłuchanie trwa. Im więcej pytań, tym więcej fałszywych informacji.

- Zaraz wracam - mówi komisarz. - Masz czas przemyśleć swoje odpowiedzi i zastanowić się, czy czasem nie warto powiedzieć prawdy.

Drzwi od naszego pomieszczenia się otwierają i komisarz wchodzi do środka.

- Łże jak pies - mówi wzdychając. - Chyba nie da rady nic z niego wycisnąć.

- Co pani o tym sądzi? - pułkownik zwraca się do mnie.

Zastanawiam się przez chwilę, od czego zacząć.

- Broni na pewno nie znalazł. Przypuszczam, że od kogoś dostał - mówię. - Nie jestem pewna. Czy może pan jeszcze zadać mu kilka pytań? - zwracam się do komisarza.

- Oczywiście - mówi. - Zaraz tam wrócę. Tylko proszę mi powiedzieć, o co mam zapytać.

- Musi pan zadać mu następujące pytania: od kogo kupił broń i gdzie. Proszę wymienić nazwę Pruszcz Gdański. Kolejne, to: jak zareagowała matka, ojciec, brat, siostra. Nie wiem, czy ma rodzeństwo, czy można to jakoś wcześniej sprawdzić?

- Zaraz to zrobię - mówi pułkownik i wychodzi z pomieszczenia.

Czekamy chwilę na jego powrót. W tym czasie prowadzimy dalszą rozmowę.

- Pani wie, że on nie odpowie na te pytania. A jeśli nawet, to będzie kręcił i kłamał - komisarz spogląda na mnie, a ja zdaję sobie sprawę, że ma bardzo ładne oczy. Niebieskie i smutne.

- To nie ma dla mnie żadnego znaczenia - odpowiadam i odwracam wzrok. Jeszcze pomyśli, że jestem nachalna.

Wraca Kanin. W ręku trzyma kartkę.

- Ma dwóch braci - mówi - Pawła i Michała. Paweł, lat 26, notowany. Nielegalne substancje. Michał, lat 12. Chodzi do gimnazjum nr 4 w Pruszczu. Na jego temat nic nie mamy.

- OK. Niech pan zapyta, jak zareagowali na pistolet rodzice i bracia. Ale musi pan wymienić wszystkich osobno.

Komisarz wychodzi i za sekundę widzimy go, jak wchodzi do pokoju przesłuchań.

- No to jak, namyśliłeś się? - pyta. - Zmieniłeś wersję swojej bajeczki?

- Nie mam nic więcej do powiedzenia.

- Ale ja mam parę nowych pytań. Od kogo kupiłeś broń?

- Nie kupiłem. Znalazłem.

- Gdzie kupiłeś?

- Znalazłem. Już mówiłem gdzie.

- A może w Pruszczu Gdańskim? - komisarz patrzy w naszą stronę. Tak, jakby szukał potwierdzenia, że dobrze mu idzie. Uśmiecham się pod nosem.

- Mewia Łacha. Mówiłem.

- Co powiedziała twoja matka, jak zobaczyła broń?

- Co? Moja matka nie wie, że ją mam.

Drobny ruch ręką. Tak jakby odganiał muchę.

- A ojciec?

- Nikomu nie pokazywałem.

Ciekawe, ciekawe, myślę.

- Nawet bratu? Pawłowi?

- Nie.

- A może Michał go widział?

Jest zirytowany. Poziom strachu zdecydowanie się podnosi.

- Nie. Zostawisz mnie w spokoju czy nie? Już nic nie powiem. Wal się, czubie!

- Jak chcesz - komisarz podnosi się. - Zaraz ktoś po ciebie przyjdzie i spędzisz miłe chwile w areszcie. Powodzenia życzę.

- - - - - - - - -


- Źle, źle, fatalnie, beznadzieja - Sensei powtarza w kółko te słowa, jak jakąś cholerną mantrę.

Wymyśliłam wczoraj zestaw uderzeń, których mam zamiar użyć i od tamtej pory ćwiczę je niemal bez przerwy. Piotr ćwiczy z drewnianym nożem dwa warianty. Sensei dołożył mu jeszcze obrót i uderzenie przeciwnika z tyłu. Wiem, że domyśla się, co chcemy zrobić, ale nic nie mówi na ten temat. Jestem mu wdzięczna. Tłumaczenie "co, jak i dlaczego" wymagałoby długiego wprowadzenia, a nie mam ochoty na opowiadanie o swoich kłopotach. Tak swoją drogą ciekawe, czy by mi uwierzył. Sama czasami mam wątpliwości, czy to wszystko jest prawdą. Co to by była za ulga obudzić się nagle w moim dawnym życiu.

- Tu ma być rytm. Bach - raz, dwa, trzy - krok - bach, bach - raz, dwa - bach - Sensei nie wytrzymuje i pokazuje ciosy na mnie. Zatrzymuje dłonie dwa milimetry od mojego ciała, ale robi to tak szybko, że spontanicznie się odsuwam i zasłaniam.

Wiem, że musimy się nauczyć najbardziej prawdopodobnych schematów. Jestem pewna, że na tym etapie tylko to zapewni nam sukces.

- Rozumiesz? Rytm. To nie ma iść z głowy, tylko z mięśni. To ma się samo dziać. Ty nie masz myśleć. Masz uderzać jak robot.

- Tak. Wiem. Staram się przecież - mówię, żeby się usprawiedliwić, a w zasadzie, żeby cokolwiek powiedzieć. O tym, że mam walczyć jak robot, słyszę od samego początku treningów.

- To staraj się mocniej - jego głos brzmi łagodniej.

Powtarzam schemat. Bach - raz, dwa, trzy - krok - bach, bach - raz, dwa - bach.

- Trochę lepiej. Teraz na manekinie i na mnie. Sto razy. Zaczynamy.

Już wiem, że nie odpuści. I wiem też, jak będę wyglądać, kiedy dojdę do setnego powtórzenia.

- - - - - - - - -


Układam w głowie wszystkie informacje. Szereguję je w kolejności od najpewniejszych, to znaczy tych, co do których nie mam najmniejszych wątpliwości, do przypuszczeń, wrażeń i domysłów.

Cała trójka czeka na moją relację. Siedzimy w gabinecie na pierwszym piętrze. Typowe wnętrze biurowe. Komputer na biurku, obok telefon, kupa dokumentów w szarych teczkach. Mnóstwo papierów leży luzem na stosie. W rogu metalowa szafa zamykana na klamkę, w której tkwi kluczyk. Żadnego kwiatka, zdjęć. Jednym słowem miejsce pracy, a nie wypoczynku. Żadnych osobistych rzeczy, co może sugerować, że biuro jest zajmowane okazjonalnie przez różne osoby, tylko w razie potrzeby. Siedzimy na starych krzesłach wniesionych z korytarza. Trzymam w ręku filiżankę z kawą. Pułkownik jest nieco zniecierpliwiony. A ja nie mogę się zebrać, żeby zacząć mówić.

- Był bardzo zdenerwowany - mówię niepewnie. - Ma coś na sumieniu i nie chce wam powiedzieć, co to jest. Jego nastawienie jest bardzo negatywne, wiec nie ma żadnych szans, żeby się do czegokolwiek przyznał. To jest najpewniejsza informacja. W związku z tym żadne przesłuchania nie mają sensu. Nic nie powie. Będzie szedł w zaparte. Jednak jego zachowanie i poziom stresu daje, moim zdaniem, mnóstwo informacji. Broni na pewno nie znalazł i nie kupił. W takim razie zostaje nam tylko jedna opcja - dostał ją od kogoś. To jest pewne. Można też wywnioskować, że nie był to prezent na urodziny ani na gwiazdkę, który bardzo chciał mieć, bo nie wyczułam u niego żadnego żalu, że mu go zabrano. Nosi ten pistolet, bo musi i nie czuje się z nim komfortowo. Co do informacji o Mewiej Łasze, to jest to całkowity wymysł. Natomiast... - zawieszam na chwilę głos - wydaje mi się, że to miejsce nie jest mu obce i musi być w jakiś sposób z nim związane. Zna ten teren. Był tam. Więcej niż raz. Lubi to miejsce. Wie jak wygląda. Przyszło mu do głowy w trakcie przesłuchania. Przypuszczam, że nie zastanawiał się wcześniej nad tym, co powie, bo w ogóle nie chciał nic mówić. Nie wiem za bardzo, jak Mewia Łacha wygląda, ale w jakiś sposób wydawała mu się idealna w tej sytuacji.

Chyba się rozkręcam. Zdenerwowanie znikło. Potok słów wypływa ze mnie nieprzerwanie. Wnioski zaczynają układać się automatycznie w logiczny wzór. Słowo X prowadzi bezpośrednio do Y w rezultacie dając Z.

- Jestem również przekonana, że Mewia Łacha znajduje się daleko od miejsca, w którym dostał broń. Ludzka psychika działa według pewnych schematów. Jeżeli boimy się, że ktoś może domyślić się czegoś, czego nie chcemy zdradzić, staramy się kłamać biegunowo. Podajemy informację jak najbardziej odległą od prawdy. Z czarnego robimy białe, z bliskiego dalekie. Dlatego Mewia Łacha też daje nam wskazówkę. Miejsce związane z bronią jest na drugim biegunie od Mewiej Łachy. Jeżeli Mewia Łacha jest miejscem wysuniętym najbardziej na północ, w którym chłopak bywał, to szacuję tak na około 92 procent, że właściwe miejsce będzie na południu. Podejrzewałam, że może chodzić o Pruszcz Gdański, dlatego prosiłam, aby wymienił pan tą nazwę. Jestem pewna, że dostał broń w miejscu zamieszkania, albo bardzo blisko tego miejsca. Przypuszczam, że nieczęsto opuszcza ten teren, by jechać dalej na południe. Jak spojrzycie na mapę, to teoria o biegunowości ma sens. Co więcej, jestem prawie pewna, że broń dostał od ojca. Ojca się bardzo boi, ale uczucia tutaj się mieszają. Wyczuwam wiele negatywnych i pozytywnych emocji. Ponieważ jego stosunek do ojca jest skomplikowany, nie zrobi nic, żeby mu zaszkodzić. Jeżeli chcecie wywierać na chłopaka jakiś wpływ, to nie można posłużyć się ojcem. Za to starszy brat daje nam duże pole do manewru. Brata nienawidzi. Coś musiało się stać na tyle poważnego, że nie wyczuwałam żadnych pozytywnych emocji. Czysta, niepohamowana nienawiść. Zupełnie odwrotne uczucia żywi do młodszego brata. Dba o niego. Przypuszczam, że młody widzi w nim bohatera. Uczucie jest bardzo silne. Można to również wykorzystać w jakiś sposób. Matka się nie liczy. Nie czuje do niej zupełnie nic. Ani szacunku, ani miłości, ani przywiązania. Niewątpliwie starszy brat i ojciec są z nim bardzo silnie powiązani nie tylko rodzinnie, ale też zawodowo. Mogę się założyć, że działają razem w jakiejś nielegalnej grupie, z czego ojciec będzie w niej pełnił dość wysokie stanowisko. Na pewno wyższe niż on i brat. Łukasz obraca się w tym kręgu już dość długo, ale chyba niedawno został włączony na poważnie. Stąd takie nerwy. Nie przywykł do stresujących sytuacji i nie przesiąkł jeszcze schematem, że policja to banda głupoli. Ciągle jeszcze was się obawia. Nie wie, co go może czekać. Dlatego uważam, że siedzi w tym od niedawna. Starzy przestępcy znają wiele sposobów, żeby wyprowadzić wymiar sprawiedliwości w pole i zrobić ze wszystkich totalnych idiotów. Przepraszam, że tak mówię, ale statystyki nie kłamią - uśmiecham się przepraszająco. - Zastanawiam się, co to może być za rodzaj działalności przestępczej - milknę na moment. - Myślę, że przemyt, może pasować najbardziej. Dzieciak ma ochraniać coś, albo kogoś. Przypuszczam, że z daleka. Nikogo jeszcze nie zabił, ani nikomu nie groził, więc nie stawiałabym na wymuszenia, haracze i domy publiczne. Raczej jakiś handel. Przewóz. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy - milknę.

Mogłabym wprawdzie wyciągać kolejne wnioski, ale decyduję się przestać. Nadmiar jest wielokrotnie gorszy w skutkach, niż niedobór. Jeśli wiesz za mało, to zaczynasz myśleć. Jeśli za dużo, to tylko sprawdzasz wątki. Jak wyeliminujesz wszystkie, to zostaje ci tylko zacząć od początku. A ja mam tutaj pomagać, a nie szkodzić.

- Wydaje mi się, że na tę chwilę to wszystko - dodaję.

Przez całą moją wypowiedź patrzę w okno. Za oknem niebo. Nic mnie nie rozprasza. Teraz zwracam wzrok na słuchających. Pułkownik i doktor uśmiechają się pod nosem. Komisarz patrzy na mnie ze zdecydowanie zafascynowaną miną.

- To było fantastyczne - z emocji zaczyna wiercić się na krześle, jakby miał robaki. - Pani jest niesamowita.

No, no... myślę sobie. Pewnie, że jestem. Niesamowita, jak cholera. A ty masz śliczne oczy.