Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 12
Rozdział 12

Piątek, 27 lutego. Wcześnie rano odwiozłam Niko do babci. Moja mama uwielbia spędzać czas z dziećmi, z jednym zastrzeżeniem, że czas ten nie będzie zbyt długi. Tym razem muszę zostawić synka na cały weekend.

- W porządku - mówi.

Uśmiecha się do mnie, ale od jakiegoś czasu potrafię dość dobrze odczytywać emocje, więc wiem, że trzy dni z wnukiem nie wzbudzają w niej euforii.

Jedno trzeba przyznać, że jak już zostaje z wnukami, to poświęca im cały swój czas. Wykonuje wówczas wszystkie rzeczy, na które ja nie mam czasu. Gry planszowe, czytanie i wymyślanie bajek, zabawa w rymy, albo układanie zagadek dla wujka Marka. To bardzo wyczerpujące zadania dla niej. Pewnie dlatego woli widzieć się z wnukami częściej, ale krócej. Spędzam z nimi dzisiaj trzydzieści minut, akurat tyle, ile zajmuje mi wypicie kawy. Nie mogę zostać dłużej. Droga do domu zabiera mi również około pół godziny, więc cały wyjazd to olbrzymia strata czasu w planie dnia. Ale mój syn nie może z nami być w ten weekend. Tak, jak powiedział Sensei. Jeśli ktoś będzie chciał zrobić krzywdę naszemu dziecku, to spełnimy wszystkie żądania bez zmrużenia oka. Przed chwilą wróciłam do domu. Czeka mnie mnóstwo pracy i dużo czekania. Piotr zrobił już prawie wszystko, co do niego należało. Teraz na strychu monitoruje sprzęt. Ja wzięłam na siebie sprawdzenie i porozkładanie potrzebnego sprzętu. Robię tak zwany kontrolny check-up i odtwarzając wszystkie warianty metodycznie, krok po kroku, dopasowuję do każdego z nich odpowiednie narzędzia. W dwóch wariantach sprawa rozstrzyga się już przy drzwiach wejściowych, ale nie potrzebuję do ich wykonania wielu narzędzi. W zasadzie nie potrzebuję żadnych, ale dla pewności rozkładam pojemniki z gazem, dwa kije i nunczako w werandzie i w jej pobliżu. Trzeci wariant jest nieco bardziej ryzykowny. Mam nadzieję, że do niego nie dojdzie. Ale gdyby tak się stało... Będę potrzebowała wielu rzeczy i cholernie dużo szczęścia.

Liczę, że będzie ich trzech. To trochę ułatwi zadanie. Czwarta osoba zmniejsza szanse na pozytywne załatwienie sprawy o prawie sto procent. Słyszę jakiś dźwięk z podwórka. Zerkam przez okno. Piotr przestawia przyczepkę tak, żeby blokowała wjazd na podwórko wewnętrzne. Ten, który zostanie przy samochodzie, nie może widzieć, co się dzieje w domu. Dlatego trzeba go zatrzymać za budynkiem gospodarczym. Wychodzę przed dom. Piotr parkuje samochód na widocznym z drogi miejscu. Muszą mieć pewność, że jesteśmy w domu.

- Sprawdzę jeszcze, czy brama jest zamknięta na skobel - woła do mnie.

Brama to też element planu. Chcemy ich trochę przytrzymać, żeby mieć czas na przygotowanie. Piotr musi mi powiedzieć przez telefon, co się dzieje, bo tylko on będzie to widział ze swojego stanowiska. Kupiliśmy dwa nowe numery, żeby w tym czasie nasze własne telefony nie były zajęte. Nigdy nie wiadomo, czy nie dostaniemy jakichś instrukcji.

Wraca Piotr. Muszę powiedzieć, że mi zaimponował. Stara się nie pokazywać, jak bardzo się boi, ale nie próbuje nakłaniać mnie do poddania się. Rozumie, że nie mamy wyjścia. Za dużo mamy do stracenia, żeby uciekać.

- Chodź do domu - przytulam się do niego. - Może chociaż ty się trochę zdrzemniesz. Ja będę czuwać. Obudzę cię w chwili, kiedy już nie będę dawała rady.

- Nie zasnę chyba - mówi.

- Musisz. Nie możemy obydwoje zarwać nocy. Poza tym, ty masz bardziej wymagające zadanie. Musisz być wypoczęty, żeby obserwować teren. Nie wiemy przecież, kiedy przyjadą.

Wchodzimy do domu. Zaczyna padać śnieg.

To chyba dobrze. Daje nadzieję.

- - - - - - - - -


Znowu jestem w gabinecie. Tym razem pułkownik przyniósł laptopa z wgranymi filmikami z monitoringu. Mam je oglądać i wyłapywać osoby, które zachowują się podejrzanie. Na pierwszym filmie widać wnętrze banku. Kamera zawieszona jest za kasjerką, której plecy znajdują się na pierwszym planie. W tle dość duży hol z ludźmi stojącymi grzecznie w kolejkach. Po lewej i po prawej kolejne kasy.

- Wnętrze banku. Nie w Polsce. Stany. Widzę fragment amerykańskiego sloganu "...onship people". Założę się, że chodzi o AmSouth Bank. Oni mieli takie hasło: "AmSouth. The relationship people". Jeśli wiec to jest AmSouth, to do wyboru mamy tylko kilka stanów: Alabama, Floryda, Tennessee, Missisipi, Louisiana i Georgia. Tylko tam są oddziały tego banku. Stawiam na Tennessee. Zimowe miesiące. Temperatura na zewnątrz musi być niższa niż 10 stopni Celsjusza. Może powinnam powiedzieć: niższa niż 50 stopni Farenheita. Ludzie są ubrani w nieco cieplejsze stroje. Grudzień, styczeń albo luty. Najmniej pasuje grudzień, bo nie widzę żadnych bożonarodzeniowych elementów. Nagranie z końca lat dziewięćdziesiątych. Ta kobieta - mówię i pokazuję ją palcem - wygląda na zdenerwowaną. Patrzy na zegarek. Myślę, że jest spóźniona. Ale nie przyszła tu obrabować banku. Chociaż może o tym myśli - uśmiecham się do moich słuchaczy, ale żaden nie odwzajemnia. Słuchają w napięciu i gapią się usilnie w ekran laptopa. - Stawiam na tych dwóch osobników - wskazuję mężczyzn w sąsiadujących kolejkach i zatrzymuję na chwile nagranie. - Udają spokojnych, ale napięcie aż z nich paruje. Ten po lewej ciągle podnosi lewą rękę do głowy i przesuwa dłonią po włosach, drugą rękę trzyma w kieszeni spodni, ale łokieć co jakiś czas przyciska do kurtki. Myślę, że ma tam coś schowane. Coś, co mu przeszkadza albo uwiera. Zresztą, takie ubranie, jakie ma na sobie, jest nieco dziwne w Tennessee. Nawet zimą - włączam ponownie na chwilę nagranie i znowu zatrzymuję. - Ten po prawej stuka stopą w podłogę. Problem w tym, że nie wybija żadnego rytmu. Po prostu stuka. Bardzo nieregularnie. Wyładowuje, moim zdaniem, napięcie - cofam nagranie o 35 sekund. - Popatrzcie.

Jeszcze raz oglądamy fragment nagrania. Tym razem nie zatrzymuję filmu i nagranie idzie dalej. Mężczyzna po lewej stronie podchodzi do kasy i podaje kasjerce jakąś kartkę. Lewą ręką zza pazuchy wyciąga papierową torbę z jakąś zawartością i kładzie na ladę. W tym samym czasie mężczyzna po prawej odsłania kurtkę i obraca się dookoła pokazując przyczepione do koszuli zwoje kabli.

- Na moje to atrapa. Chyba, że ochroniarz bierze w tym udział. Bo kasjerka na pewno.

- - - - - - - - -


Godzina trzecia zero osiem. Budzę Piotra. Wstaje energicznie, wręcz nerwowo.

- Coś się rusza? - pyta.

- Nie - mówię. - Musisz mnie zmienić. Zaczynam zasypiać nad tymi monitorami.

- W porządku - przytula mnie. - Połóż się spać.

- Taki mam zamiar, ale nie wiem czy zasnę. Zrobiłam ci kawę. Jest w kuchni na stole. Nie jedz nic, proszę. Nigdy nie wiadomo.

- Wiem, wiem - odpowiada.

Kładę się w ubraniu. Muszę być przygotowana natychmiast, kiedy się pojawią. Jestem pewna, że nie zasnę, ale przynajmniej poleżę z zamkniętymi oczami. Może chociaż oczy mi odpoczną, bo zachodzą mi mgłą ze zmęczenia. Ostatnio mało sypiam. Ciągłe myślenie o tym, co zrobić i jak to zrobić, wykańcza. Słyszę, jak Piotr stawia kubek z kawą na stole w kuchni. Stół jest szklany, kubek porcelanowy, dźwięk głośny. Wraca do sypialni.

- Kładę ci komórkę przy łóżku - całuje mnie i przytula tysięczny chyba dzisiaj raz. - Idę.

- Jeśli nie zasnę, to przyjdę do ciebie - mówię.

- Lepiej się zdrzemnij.

- Postaram się.

Minuty mijają. Leżę z zamkniętymi oczami. Przed czwartą zapadam w półsen. Mózg płata mi figle. Przenoszę się z miejsca na miejsce. Z lotu ptaka patrzę na nasz dom, który wcale nie wygląda jak nasz dom. Odprowadzam synka do szkoły. Idziemy przez jakiś śnieg. Z trudem stawiamy stopy w zaspach. Ojciec siedzi w kuchni i z wampirzym uśmiechem mówi coś do mnie. Budzi mnie dźwięk telefonu. Jestem skołowana. Odebranie go zajmuje mi 3,7 sekundy.

- Jedzie jakiś samochód - słyszę w słuchawce zdenerwowany głos męża.

Jest ósma dziewięć. Wyskakuję z łóżka. Załączam zestaw słuchawkowy. Ruszam do łazienki. Szybko przemywam oczy zimną wodą. Biegnę na piętro, gdzie widać drogę. Jedzie. Ciemny Grand Cheeroke. Chyba granatowy. Nie widać zbyt dobrze.

- To na pewno oni - mówię do słuchawki.

Takie auto koło mojego domu jest widywane tak samo często jak kosmici.

- Też tak myślę - słyszę spięty głos męża. - Jest ich czworo.

Dreszcz przebiega mi po plecach. Fatalnie.

Samochód toczy się wolno.

- Schodzę na pozycję - mówię odwracając się w stronę schodów.

- Zaczekaj. To nie oni. Przejechali koło bramy i się nie zatrzymali.

- To oni. Jestem pewna. To był rekonesans. Sprawdzają, czy teren jest czysty. Pojadą kawałek dalej i zawrócą. Zobaczysz.

- OK. To mamy chwilę na przygotowanie - Piotrowi drży głos.

- Nie martw się. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Nic nie może nas zaskoczyć. Próbuję go uspokoić, ale obawiam się, że słyszy drżenie w moim głosie.

- Wiem, ale... - zawiesza głos. - Kocham cię.

Czuję gulę w gardle.

- Kocham cię - mówię, nadając mojemu głosowi miękki ton. - Bardzo.

Nie odrywam słuchawki od ucha. Czuję, że łzy napływają mi do oczu. Przestań, rozkazuję sobie w myślach. Musisz trzeźwo myśleć. Opanowuję drżenie rąk i schodzę na dół.

- Wracają - w głosie Piotra napięcie się zwiększa. - Są przy bramie.

- Dobra. Przygotuj się do zejścia na dół. Pamiętaj, to tylko dziesięć minut i mamy wszystko załatwione.

W idealnym świecie... W idealnym świecie bandyci zrobiliby wszystko tak, jak się tego od nich oczekuje. Źle mówię. W idealnym świecie nie byłoby żadnych bandytów. W idealnym świecie sama nadawałabym tempo swojemu życiu. W idealnym świecie rzeczywistość kreowałaby się zgodnie z moim wzorem i życzeniem. W idealnym świecie nie zaciskałabym bezwiednie pięści, nie wstrzymywałabym oddechu, aby uspokoić trzepoczące w piersiach serce. Nie bałabym się o życie moich najbliższych, bo według mojego schematu żylibyśmy tak długo, jak byśmy chcieli. W idealnym świecie ja sama wiedziałabym, kiedy swoje życie zakończyć. Jeśli w ogóle. Ale to nie jest idealny świat. Niestety.