Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 13
Rozdział 13

- Jeden przy samochodzie. Trzech idzie do ciebie - Piotr szeptem podaje mi informacje.

- OK - mówię.

Jeden z nich staje przy drzwiach. Widzę go bardzo dokładnie przez szybę w drzwiach. To ten sam, który przykładał mi siedemnaście dni temu Makarova do czoła. Ten z blizną na szyi. Poznaję go od razu. Dwóch kryje się po obu stronach drzwi za murkiem. Nie widzę ich, ale muszą tam być.

- Jedynka i Trójka po bokach. Wyciągnęli broń - słyszę w słuchawce.

Umówiliśmy się, że nadamy im numery. Ci przy drzwiach mieli dostać numer Jeden, Dwa i ewentualnie Trzy. Ten przy samochodzie został w tej sytuacji Czwartym.

- Ok. Rób swoje. Według planu.

Walenie do drzwi. Zastanawiałam się, czy użyją dzwonka. Nie użyli. Ciekawe, czy naoglądali się filmów, czy mają już we krwi pewne zachowania. Niby drobny szczegół, a jakże ważny. Od niego w zasadzie zależy pierwszy element akcji. Czekam, powtarzając w myślach schemat wyćwiczony w pocie czoła na treningach. Bach - raz, dwa, trzy - krok - bach, bach - raz, dwa - bach. Muszę dać Piotrowi czas na spokojne zejście ze strychu i przygotowanie się do zadania. Bach - raz, dwa, trzy... Zakładałam, że będę musiała czekać około sześć sekund. Czekam siedem i pół. Słyszę pierwsze uderzenie i szybkim ruchem otwieram prawą ręką drzwi. Dwójka trafia pięścią w pustkę, lekko tracąc równowagę. Pięść nie zatrzymuje się na drzwiach i wpada do środka. Kant mojej lewej dłoni ląduje na jego krtani. Bach... Facet zwala się jak kłoda w moje objęcia. Raz... W słuchawce słyszę sapnięcie. I głos Piotra.

- Czwórka załatwiona. Idę do ciebie.

Dwa... Nie mogę się odezwać. Jedynka i Trójka nie może wiedzieć, co się dzieje. Trzy... Odrzucam faceta na zewnątrz. Przynajmniej jeden z nich powinien wystrzelić w lecące ciało. Już mam zrobić krok, ale strzał się nie rozlega. Cholera. Niedobrze. Nadal ich nie widzę. Przechodzę na schemat drugi: Krok - skręt - bach - unik - bach - bach.

- Plan B - szepczę do słuchawki, chociaż jestem pewna, że Piotr już to wie.

- Jedynka nadal przy drzwiach. Trójka schowany za murkiem - słyszę.

Nie tak, jak miało być, lecz jest jakiś promyk nadziei. Zostało przecież tylko dwóch. Nie wolno mi teraz pomylić schematu. Krok - skręt - bach...

- Ej. Co się tu dzieje? - Piotr krzyczy na cały głos, cały czas schowany za rogiem budynku gospodarczego. Cel jego działania jest prosty - chociaż na ułamek sekundy wprowadzić element zaskoczenia i odwrócić ode mnie uwagę napastników.

Krok - skręt - bach... Wyskakuję na lewo zgięta tak mocno, że trafiam Jedynkę głową na wysokości kolan. Miałam trafić w krocze, ale gość stoi na ostatnim stopniu, a nie niżej, jak zakładałam. Facet traci równowagę i spada do tyłu w śnieg. Huk wystrzału mnie ogłusza. Całkowicie skołowana, przez ułamek sekundy zastanawiam się, co miałam zrobić. Momentalnie z głowy wylatuje mi cały schemat. Pustka. Nie trwa to długo, ale na tyle długo, by facet zaczął się podnosić z ziemi. Nie mogę pozbierać myśli. W ostatniej chwili wyciągam przed siebie zaciśniętą dłoń z gazem. Naciskam spryskiwacz i uwalniam zawartość. Trafiam go w twarz. Słyszę krzyk i głośne jęczenie. Facet znowu się przewraca. Z całej siły ładuję mu hakiem pięść pod mostek. Nie patrzę na rezultat. Nie wiem, co robi Piotr. Jestem odwrócona plecami do Trójki i stanowię świetny cel. Przewrót w przód za krzak jałowca. Mam nadzieję, że wszystko u Piotra idzie zgodnie z planem. Pewnie tak, bo inaczej już bym nie żyła. Podnoszę leżącą broń i odrzucam za siebie, celując w miejsce, z którego mój mąż powinien mieć szansę ją złapać. Tak na wszelki wypadek. I tak nie potrafimy strzelać, więc nie możemy jej użyć, bo zrobimy krzywdę jedynie sobie. Przeanalizowałam wcześniej statystyki dotyczące wypadków z użyciem broni i celności pierwszych strzałów. Wolę nie próbować. Ale gdyby znowu poszło coś nie tak, można nim Trójkę postraszyć. Widzę nogi Trójki. Robi krok do przodu w stronę miejsca, gdzie powinien stać Piotr. Rzucam się za róg budynku i przywieram do ściany. Nie mogę się odezwać, bo nie wiem jak daleko ode mnie jest Piotr.

- Nie strzelaj - słyszę. - Wychodzę. Nie rób jej krzywdy.

To jest również umówiony sygnał. Tym sposobem mąż przekazuje mi po pierwsze, że nie udało mu się załatwić Trójki, po drugie, że gość jest nadal blisko mnie. Co więcej, daje mi czas do działania. Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. Decyduję się na wariant z obiegnięciem domu. Mam zamiar zajść go od tyłu. Dobiegam do trzeciego rogu i patrzę w zawieszone na drzewie lustro. Widzę mojego męża z rękoma w górze i dużego faceta, o wzroście około190 centymetrów i wadze w granicach 100 kilogramów, stojącego tyłem do mnie. Powinno się udać, myślę. Biegnę blisko przy ścianie budynku. Nie mogę inaczej, bo skrzypiący śnieg mnie zdradzi. Piotr mnie widzi, ale żaden mięsień jego twarzy tego nie pokazuje. Wiem, że stara się nawet patrzeć w inną stronę.

- Poddaję się - Piotr robi wszystko, żeby skupić na sobie uwagę bandziora.

Jestem już bardzo blisko, kiedy facet prawdopodobnie coś słyszy za plecami i zaczyna się odwracać. Broń ma cały czas wycelowaną w Piotra, ale głowę odwraca do mnie. Nurkuję w śnieg i podnoszę ukrytą tam policyjną pałkę. Czas spowalnia. Podnoszę się ze śniegu. Kątem oka widzę ruszającego do biegu Piotra i faceta, który robi piruet i przenosi pistolet w moją stronę.

- Aaaaaaaaaa - krzyczy mój mąż, ile tylko sił w płucach.

Trójka waha się przez ułamek sekundy, ale ten ułamek sekundy ratuje mi życie. Jeszcze raz przypominam sobie najwrażliwsze miejsca w ludzkiej czaszce. Wiem, że muszę uderzyć w skroń albo z całej siły w nos. Uderzenie w skroń ogłusza, uderzenie w nos wbija połamane kości wprost do mózgu. Uskakuję i wystrzelona kula trafia w zaspę. Robię krótki zamach i ciągnąc pałkę z lewej do prawej wytrącam mu pistolet z ręki, potem szybko zmieniam kierunek ruchu i cofając cios z prawej do lewej, trafiam go w szczękę. Skuteczność: sto procent, celność: zero. Miałam trafić w skroń. Facet pada na ziemię przygnieciony dodatkowo ciałem mojego męża. Zostawiam ich tam i biegnę sprawdzić, co się dzieje z Jedynką i Dwójką. Zastaję Dwójkę martwego na schodach przed wejściem do domu. Dokładnie tak, jak go zostawiłam. Udusił się po moim ciosie. Szybkie uderzenie w krtań pozbawiło go powietrza. Jedynka wije się na śniegu. Adrenalina we mnie buzuje. Podbiegam i z całych sił uderzam go trzymaną cały czas pałką w głowę. Poprawiam z drugiej strony. Odwracam się i widzę, że Piotr otrzepuje się ze śniegu. Biegnę do samochodu i sprawdzam Czwórkę. Martwy i cały we krwi. Nóż sterczy mu z szyi po lewej stronie. Czas: dziewięć minut piętnaście sekund. Zgodność z planem: dziewięćdziesiąt jeden procent. Czuję, że opadam z sił. Odwracam się i widzę mojego męża stojącego jakieś pięć metrów ode mnie. Rozgląda się z niedowierzaniem.

- Udało się - mówi kiwając głową. - Udało się. Dasz wiarę?

- Tak - odpowiadam. - Udało się. Teraz trzeba tylko to wszystko posprzątać.

Ani w moim głosie, ani w jego, nie słychać triumfu. Obawiam się, że rozpoczęliśmy wojnę. Bronimy się atakując i zabijamy, by żyć. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak to się skończy. Program chwilowo mi się zawiesza. Patrzę tępo przed siebie. Widzę, że Piotr próbuje przesunąć jedno z ciał. Idę po grabie. Pomogą mi usunąć ślady. Potem usuniemy śnieg, porobimy ścieżki i posypiemy je piaskiem.

- - - - - - - - -


Do tej pory nie zastanawiałam się za bardzo nad tym, w jakim celu został stworzony eksperyment, w którym biorę udział. Przyjęłam jako pewnik, że jest to eksperyment naukowy, i że wszelkiego rodzaju możliwości z nim związane wyjdą na jaw w trakcie jego przebiegu. O ludzka naiwności! Wyszło, że myślę jak typowa kobieta, wyciągając irracjonalne wnioski z dość logicznego toku rozumowania. Tak przynajmniej myślą mężczyźni, których godnym reprezentantem jest mój mąż. I jakkolwiek wielokrotnie sam się myli i potrafi wyciągać nie mniej irracjonalne wnioski od moich, w tym przypadku muszę się z nim zgodzić. Ten eksperyment musi być nakierowany na jakieś specyficzne, konkretne działanie. Czy jest nim działalność wywiadowcza? Sugerowałby to fakt, że jest w to zaangażowana Agencja Wywiadu. Ale po co Wywiadowi taka ja? Czy nie rozsądniej byłoby poddać eksperymentowi jakiegoś zawodowego, samotnego żołnierza rozmiaru Minotaura i IQ powyżej 200? Jak daleko sięga tajemnica tego eksperymentu? Kto o nim wie? I kto wyprodukował ten moduł? Jedyne wytłumaczenie, dlaczego akurat ja zostałam do niego zakwalifikowana, pomijając oczywiście predyspozycje zdrowotne, to prawdopodobieństwo, że jest to bardzo nielegalna sprawa. Z jakiegoś względu nie mogą użyć swojego pracownika. To dlatego spotykam się tylko z doktorkiem i pułkownikiem. Gdyby coś nie wyszło, to wszyscy są kryci i nikt nie ponosi służbowych konsekwencji. Ten eksperyment tak naprawdę nie istnieje. Ale... to wszystko na razie nie jest ważne. Mam inne rzeczy na głowie. Jedyne co powinnam odkryć jak najszybciej, to odpowiedź na pytanie, jakie w tym wszystkim jest moje zadanie. Ale to dopiero wtedy, gdy uporam się z własnymi problemami.

- - - - - - - - -


To, jak pozbędziemy się ciał, ustaliliśmy już wcześniej. Mieliśmy zamiar odstawić samochód w ustronnym miejscu i podpalić. Jednak, po przyjrzeniu się leżącym na śniegu zbirom dochodzę do wniosku, że można się jeszcze dodatkowo zabezpieczyć.

- Zawiozę ich do Czerska - mówię do Piotra.

- Dlaczego? Umawialiśmy się...

- Ci dwaj, - wskazuję na ciała facetów, których nazwaliśmy Dwójka i Trójka - byli tu poprzednio. Istnieje szansa, że trzecia osoba z włamania też tu jest. W takim razie, być może pozbyliśmy się wszystkich osób, które wiedzą, gdzie mieszkamy. Wiesz, że to jeszcze może nie być koniec. Dopiero teraz prawdopodobnie zaczną się kłopoty. Lepiej, jak znajdą ich w Czersku, a nie Czersku Świeckim. Może komuś się pomyli i będą nas tam szukać.

- Ale to jest jakieś osiemdziesiąt kilometrów stąd - mówi Piotr, chociaż słyszę, że podoba mu się ten pomysł.

- Dokładnie pięćdziesiąt siedem, a nawet mniej, bo zostawię ich pod Czerskiem w lesie. Dziesięć kilometrów od Śliwic, szesnaście od Czerska. Straż Pożarna ze Śliwic dojedzie tam w dwanaście minut. Z Czerska jeszcze później. Jakieś osiemnaście. A ja wrócę do głównej drogi w osiem i pół. Praktycznie to mam aż około dwudziestu minut, wliczając w to czas reakcji straży pożarnej. I to tylko w takiej sytuacji, gdy ktoś dostrzeże dym od razu.

- Jesteś pewna, że nikt tam nie mieszka?

- Najbliższa wieś to Szlachta. Też nie stanowi problemu. Pierwsi ludzie mogą pojawić się najwcześniej po dziewięciu minutach. Chociaż wątpię. Dymu nie będzie widać tak od razu. Teren jest osłonięty. Biorąc pod uwagę niski pułap chmur, wilgotność i słaby wiatr, możemy założyć, że dym będzie się trzymał nisko przy ziemi.

- Osiem minut, dziewięć minut. Ryzyko jest ciut za duże - Piotr nie jest jeszcze przekonany do końca. - Poza tym, ktoś może się zatrzymać przejazdem.

- Dlatego nie będę wracała drogą, tylko na przełaj przez las - ucinam rozmowę. Zaczyna mnie już ta dyskusja irytować. - Nie ma czasu. Pakujemy ich do samochodu. Zadzwonię do ciebie z drogi i powiem, gdzie masz na mnie czekać. Reszta zgodnie z planem.