Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 14
Rozdział 14

Droga mija bez przeszkód. Przejeżdżam przez Osie, Łążek, Śliwice. Policji ani śladu. Zresztą, ruch na drodze też jest mizerny. Mimo, że Grand Cheeroke nieźle trzyma się drogi, nie jadę szybko. Nigdy nie wiadomo, czy za zakrętem nie natknę się na patrol. Na taką sytuację trudno się przygotować. Ciał na pierwszy rzut oka nie widać, ale jeśli policjant zauważy nieregularne kształty przykryte kocem, to mogę mieć kłopoty. W nocy padał śnieg i drogi nie są jeszcze odśnieżone, więc muszę uważać, żeby nie wpaść w poślizg. Jeszcze by tego brakowało, żebym uczestniczyła w karambolu. Najgorsza jednak jest świadomość, że jadę trefnym samochodem z czterema martwymi ciałami. Cały czas zerkam w lusterka i kontroluję sytuację na drodze. Jeśli już ma się nie udać, to wolę wiedzieć dużo wcześniej.

Siedem kilometrów za Śliwicami dzwonię do męża i podaję miejsce, gdzie ma na mnie czekać. Jest już przed Łążkiem. Każę mu zwolnić. Ma podjechać na miejsce zbiórki dokładnie o dwunastej dziesięć. Skręcam w lewo w las. Po przejechaniu 2342 metrów zatrzymuję się. Jest tutaj polana z wąskim dojazdem. Pusta przestrzeń wielkości około 850 metrów kwadratowych. Śnieg idealnie biały i równiutki, z wieloma tropami zajęcy i danieli. Idealne miejsce. Żadnego śladu człowieka. Wyskakuję szybko z samochodu, bo nie przyjechałam tu przecież, żeby podziwiać krajobraz. Zdejmuję jednoczęściowy kombinezon, zakładam białą kurtkę i z plecaka wyciągam męskie buty numer 46. Sześć numerów za duże. Będę miała kłopot, by w nich biec. Jeszcze w domu napchałam do nich szmat i teraz zakładam drugą parę grubych skarpet. Powinno trochę ułatwić sprawę, ale pewnie niewiele. Zarzucam plecak. Sprawdzam, czy nic nie zostało w wozie. Dwa ciała w bagażniku, dwa na tylnych siedzeniach przykryte kocami. Ściągam koce i kładę je na podłodze. Wyciągam kanister i oblewam benzyną całe wnętrze, szczególnie skupiając się na przestrzeni, której dotykałam i używałam. Na reszcie mi mniej zależy. Zakładam, że całkowite zniszczenie przez ogień moich śladów potrwa jakieś czterdzieści sekund. Kombinezon spali się w maksymalnie półtorej minuty. Ciała i samochód nie muszą się spalić zbyt dokładnie. Wyciągam zapalniczkę. Zapalam. Zajmuje się od razu. Bez chwili zwłoki odwracam się i idę w stronę pobliskich drzew. Zacznę biec dopiero w lesie.

- - - - - - - - -


Ewidentną niedogodnością eksperymentu jest to, że wyraźniej widzę rzeczy, których nigdy nie dostrzegałam lub nauczyłam się nie dostrzegać. Zaczynam rozumieć zachowania innych ludzi i przewidywać ich reakcje i ruchy. Nie jest to miłe odczucie, bo coraz mniej rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć. Cały ten eksperyment pozbawia mnie złudzeń. Tracę zaufanie i wiarę w człowieka. Widzę wyraźniej wszystkie bodźce, które kierują ludzkimi działaniami i wszystkie one wpędzają mnie w uczucie rozpaczy i pustki. To, że każdej akcji towarzyszy reakcja, jest prawem znanym i zaszczepionym w wielu kulturach i dziedzinach nauki, niewiele jednak osób pamięta lub wie o tym, że reakcja, z wielkim prawdopodobieństwem, będzie musiała mieć porównywalną wartość do samej akcji. To znaczy, im mocniej uderzysz w stół, tym nożyce głośniej się odezwą. Od pewnego czasu widzę tę dwutorowość działań bardzo wyraźnie. Zdaję sobie sprawę, że tak właśnie zbudowany jest wszechświat, od najmniejszego kwarka w protonie, po ruchy górotwórcze i zderzenia galaktyk. Widzę, że w przyrodzie nie istnieje zjawisko przypadkowości, a tym bardziej bezinteresowności. Dlaczego? Ponieważ przeczą one zasadzie akcja - reakcja. Każdy człowiek, nawet nie zdając sobie z tego bezpośrednio sprawy, jest nastawiony na doświadczanie reakcji powiązanej z uprzednim działaniem. Jeśli kochamy, to nastawiamy się na to, że miłość zostanie nam odwzajemniona. Odwzajemnienie, czy też jego brak, to też jest reakcja, która pociąga za sobą następne ogniwo łańcucha. Natura nie akceptuje próżni. Wszystkie działania muszą się zazębiać, gdyż jakikolwiek brak reakcji na działanie musiałby spowodować załamanie się znanego nam porządku świata. Próżnia. To jest idealne słowo. Ono, być może, opisuje świat bez reakcji i związków przyczynowo - skutkowych. A taki świat, to świat martwy. Pozbawiony dynamiki i ciągu zdarzeń. Jeśli pomagamy komuś, to zakładamy, że otrzymamy za to jakąś zapłatę. Czy to w postaci wdzięczności, uwielbienia, czy też podziwu. Inwestujemy w produkt lub usługę. Przewidziana reakcja budzi naszą satysfakcję, niespodziewana - powoduje złość. Obalenie tego porządku, spowodowałoby niechybnie zagładę ludzkości.

- - - - - - - - -


Stoję przy drodze schowana za kępą krzaków. Nie widzę żadnego dymu ani nie czuję spalenizny. Nie słyszę alarmów pożarowych. Dwunasta dziesięć, jedenaście, dwanaście. Piotra nie widać. Zaczynam się denerwować. Mimo, iż nikt nie ma prawa mnie zobaczyć od strony drogi, to nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie nadejdzie zza moich pleców. Dwunasta trzynaście. Coś się musiało stać. Kolejne sekundy mijają. Nie dzwonię. Zakładam, że gdyby mógł, to by zadzwonił. Jak na zawołanie odzywa się komórka.

- Wyjechała mi odśnieżarka. Właśnie ją wyminąłem - słyszę zdenerwowany głos.

- OK. Widzę cię - mówię. - Zatrzymaj się przy tym ograniczeniu prędkości. Przechodzę na drugą stronę. Nikt za tobą nie jedzie?

- Nie.

- Dobrze. Zwalniaj, bo ślisko - jestem już po drugiej stronie drogi.

Nasz srebrzysty Ford zatrzymuje się dokładnie przede mną. Otwieram drzwi. Wsiadam.

- Jedź dalej - mówię. - Nie będziemy zawracać. Wrócimy do domu przez Tucholę.

Mąż bez sprzeciwu wykonuje moje polecenie i z tego wnoszę, że jeszcze trzymają go silne emocje.

Jedziemy w milczeniu przez około pięć kilometrów. Zmieniam buty. Strasznie bolą mnie łydki. Szłam przez las po nierównej nawierzchni w obuwiu za wielkim o sześć numerów i z niewygodnym plecakiem na plecach. To chyba była najtrudniejsza część tej operacji. Opowiadam mężowi wszystkie szczegóły punkt po punkcie. Jeszcze nie słychać żadnego alarmu pożarowego, ani nie widać wozów strażackich. Czas działa na naszą korzyść. Wolałabym wprawdzie, żeby dało się zidentyfikować trupy. Specjalnie zostawiliśmy im rzeczy osobiste, dokumenty, komórki i jeden pistolet, żeby wyglądało na porachunki mafii. Dobrze by było, żeby nie wypaliło się wszystko do końca.

- A tobie jak poszło? - pytam.

- Według planu. Pojechałem do Joli i zawiozłem kobiałki. Dała nam dziesięć jajek. Są na tylnym siedzeniu. Powiedziałem, że siedzisz w domu przeziębiona. U sołtysowej zapytałem, czy droga odśnieżona, bo jadę po Nikodema do Grudziądza i nie wiem, czy mogę jechać przez las. Potem pojechałem do sklepu po cytryny dla ciebie na przeziębienie. Poskarżyłem się Oli, jak to strasznie cię wzięło. Kazała cię pozdrowić - uśmiecha się. - Wszystko szło dobrze. Tylko ta pieprzona odśnieżarka. Nie mogłem jej wyminąć. Było za wąsko. Wkurzyłem się jak jasna cholera. Nie wiedziałem, czy mogę dzwonić do ciebie.

Dojeżdżamy do Czerska.

- Skręć w lewo w Kościuszki, a za sto metrów w lewo w Tucholską - czuję, że powoli opada ze mnie napięcie. Opieram głowę na zagłówku.

W tym momencie rozlega się dźwięk syreny. Jest dwunasta czterdzieści jeden.