Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 15
Rozdział 15

- Kontaktowali się?

Lekko siwiejący mężczyzna około sześćdziesiątki wszedł do garażu, gdzie dwóch młodych chłopaków majstrowało przy mercedesie. Przyjrzał im się uważnie. Nowe nabytki. Jeszcze nie wtajemniczeni we wszystko, ale dobrze się zapowiadają. Wiedzą, kto tu rządzi i która łapa ich karmi.

- Nie, szefie - odpowiedział blondyn i podniósł się z klęczek, kładąc klucz francuski obok skrzynki z narzędziami. - Dzwoniliśmy do nich z pięć razy i żaden nie odpowiada.

- OK. Próbujcie dalej - mężczyzna odpowiedział szybko i zrobił krok w kierunku wrót warsztatu. - Będę w biurze. Jak się odezwą, to od razu dajcie znać.

- Tak, szefie.

Blondyn wrócił do pozycji wyjściowej i złapał ponownie klucz, żeby szef zobaczył i zapamiętał jego zaangażowanie.

I rzeczywiście, szef dostrzegł to i pomyślał, że warto zapamiętać. Postawa blondyna bardzo mu się podobała.

- Szybciej mi tu z tym złomem. Klient już czeka - odwrócił się i wyszedł nie czekając na reakcję.

- Tak jest, szefie - zdążył jeszcze usłyszeć wychodząc.

Jego biuro mieściło się w murowanym budynku na lewo od rzędu garaży, w których najczęściej naprawiali samochody. Najczęściej, bo od czasu do czasu przeznaczali je na jeszcze inną działalność. Na terenie warsztatu były także kolejne zabudowania, całkowicie niewidoczne od strony wjazdu. Tam w zasadzie toczyło się całe życie. Rozbieranie aut na części i wywożenie ich do dealerów, którzy pchali je dalej. To była działalność przynosząca stały i niemały dochód oraz tak zwany etap inicjacyjny dla nowych członków, przed włączeniem ich do poważnych zadań. Części były sprzedawane również na polskim rynku, ale większość i tak szła do Rosji. Tam był niesamowity zbyt. Większy odsetek luksusowych aut na metr kwadratowy niż w Brunei. A wiadomo, luksusowe auta też się psują. Dodatkowo, w Rosji można było sprzedawać kradzione części bezpośrednio w serwisach. Normalnie barbarzyński kraj. Nie do pomyślenia w Polsce. Chociaż... Żył już dosyć długo, więc wiele widział i przywykł niczemu się nie dziwić, choć jego własny kraj zdumiewał go po wielokroć. Jego ostatnia robota natomiast, to było dopiero coś. Trochę wkładu finansowego i dwa lata przygotowań, ale efekty... Nie miał pojęcia, że wszystko będzie tak sprawnie szło. Miał kilka razy nalot policji, ale kretyni nic nie wywąchali. Po prostu perfekcyjnie wszystko przygotował. Ostatnio zastanawiał się, czy nie przejąć całego interesu. Dobijała go świadomość, że jego udział to tylko trzydzieści procent, a robotę odwala prawie całą. Zawsze był panem samego siebie. To on wydawał rozkazy i płacił ludziom. Kiedy chciał i ile chciał. Nikt mu nie wchodził w paradę. Dopiero teraz musi się dostosowywać do poleceń jakiegoś kretyna, którego nawet na oczy nie widział.

Na początku nie zwrócił uwagi na wiadomości w radio. Dopiero po chwili poczuł niepokój wywołany tym, co powiedziała spikerka. Wstał z rozmachem, zrzucając przy tym kilka teczek z dokumentami i rzucił się w stronę szafy, na której stał odbiornik.

"... spalone ciała czterech osób. Prawdopodobnie mężczyzn. Policja nie ma wątpliwości, że zostali zamordowani. Istnieją przypuszczenia, że są to porachunki mafijne. Więcej wiadomości na ten temat o godzinie czternastej w następnym wydaniu wiadomości z Polski."

Był prawie pewny, że to jego chłopaki. Przecież nie dzwonią i nie odbierają telefonów. Powinni zakończyć akcję już około dziewiątej rano. Mieli zabrać kasę, w razie kłopotów strzelić wszystkim w łeb i wracać.

Minęło prawie pięć godzin i nie ma po nich śladu. Wrócił do biurka i włączył laptopa. Znalazł trochę więcej informacji na "News24". Teraz nabrał pewności. To oni. Sięgnął po telefon.

- Wszyscy natychmiast do mojego biura. Migiem. I dzwoń po Karskiego.

- - - - - - - - -


Rozpoczęłam nowy etap mojego życia. Czy miałam jakiś wybór? Pewnie tak. Wydaje się, że zawsze jest jakiś wybór. Ucieczka? Nawet jeśli, to gdzie? Próba zniknięcia z mapy świata w dwudziestym pierwszym wieku to na dłuższą metę czysta fikcja. A w szczególności w moim przypadku. Jeśli ja mogę używać GPS, żeby znaleźć jakieś miejsce na mapie, to równie dobrze ktoś może użyć go, żeby znaleźć mnie. Przy najbliższej okazji trzeba by było wybadać tę kwestię. Jeśli podejdę odpowiednio pułkownika, to się pewnie wygada. Czy miałabym inne opcje? Może lepsze byłoby poddanie się i skazanie się na łaskę gangsterów? Albo zawiadomienie policji? Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że nie wygląda to zachęcająco. Ponadto ryzyko jest większe. Wziąć sprawy we własne ręce, postarać się zapanować nad sytuacją i zmienić to, co nieuniknione, wydaje się być mimo wszystko najbezpieczniejsze. Zakładam, że kupiliśmy sobie naszym działaniem trochę czasu. A czas jest teraz najważniejszy, ponieważ postanowiliśmy skupić się na zlokalizowaniu ojca. Piotr ma rację, że gdyby nie jego machloje, to nigdy nie znaleźlibyśmy się w takiej sytuacji. Nie byłoby bankructwa, eksperymentu, przestępców i przestępstwa. Nie tęskniłabym za moim dawnym życiem, bo nadal bym je wiodła. Jestem zdeterminowana, żeby odzyskać kontrolę nad moim losem. Niestety, przypuszczam, że czeka mnie jeszcze długa droga. Wciąż analizuję możliwe scenariusze, stosując różnorodne techniki. Śledzę statystyki i zaczęłam używać nowego programu do dedukcji KnowFor09, żeby pomóc sobie wyciągać wnioski i otrzymać procentowe przewidywania możliwych wyników. Pozytywne dla mnie zakończenie nadal mieści się w dolnym przedziale procentowym, chociaż po sobocie wskaźniki nieco się poprawiły.

Tak swoją drogą, to jest jakaś sadystyczna ironia losu, że aby być po prostu żoną i matką, będę musiała znowu zabić. I to, prawdopodobnie, nie jeden raz.

- - - - - - - - -


W gabinecie siedziało sześć osób. On za biurkiem, a na krzesłach i sofie jego pracownicy. Jeden z nich ubrany był inaczej. Nie w kombinezon roboczy z nazwą zakładu mechanicznego, ale w garnitur i to bardzo dobrej jakości. Wszyscy słuchali wiadomości w radio. Była godzina siedemnasta. Reporterka podała już nieco więcej informacji niż trzy godziny temu. Samochód zidentyfikowano jako Grand Cheeroke WK. Ciała leżały na tylnych siedzeniach i w bagażniku. Policja przypuszcza, że to może być początek wojny gangów. Zabezpieczono wszelkie ślady. W pobliżu samochodu znaleziono odciski stóp jednej osoby. Apel do potencjalnych świadków o zgłaszanie się z informacjami. Szczególnie chodzi im o pieszego, który poruszał się przez las do szosy Osie - Czersk, niedaleko wsi Szlachta. Był to prawdopodobnie mężczyzna. Wzrost od 175 do195 centymetrów, o szczupłej bądź chudej budowie ciała, około 75-90 kilogramów.

- Kto, do cholery, wiedział, gdzie oni jadą? - wysłuchał do końca wiadomości i wybuchnął.

- My wszyscy - odezwał się nieśmiało jeden z obecnych.

- Oprócz mnie - powiedział facet w garniturze.

- To w takim razie ktoś z was sprzedał to dalej - z wściekłości zrobił się czerwony na twarzy. - Ktoś się na nich zaczaił i zlikwidował na trasie. Założę się, że to te wieśniaki z Pruszcza. A teraz siedzą, liczą naszą kasę i nabijają się z nas wszystkich. Pół bańki szlag trafił.

- W sumie to tylko pół bańki - odezwał się po raz drugi facet w garniturze, patrząc na swoje mokasyny, które czymś pobrudził wchodząc tutaj.

- Nie chodzi o to, ile, kretynie, chodzi o zasady. Nikt nie będzie mnie robił w konia. Won mi stąd! - Rzucił zszywaczem do papieru w ścianę nad głowami siedzących. Posypały się kawałki gipsu. Wszyscy słuchacze skulili się na swoich miejscach. Niektórzy przeżyli już ataki złości szefa, więc wiedzieli, czym to pachnie. Blondyn rozglądał się zdezorientowany - Won! Ty, Karski, zostajesz. Mamy do pogadania.