Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 16
Rozdział 16

Poniedziałkowy wieczór. Zajeżdżam do Lidzi. To moja sąsiadka. Staruszka. W każdy poniedziałek przywożę jej tak zwane "ciężkie zakupy". Wodę w pięciolitrowych butelkach oraz mleko, bo ostatnią krowę sprzedał syn, jak tylko przepisała mu gospodarstwo. Dorzucam jej jeszcze inne produkty w miarę potrzeb. Lidzia to typowa Kociewianka. Ubrana jak zwykle w granatowy fartuch w kwiatki. Na głowie chustka. Mnóstwo energii. Wysoki, donośny głos, który słychać nawet w sąsiadujących gospodarstwach, oddalonych średnio o trzysta metrów.

- Chodź, chodź. Już wstawiam na kawa.

Uwielbiam te gwarowe naleciałości. To chyba dla nich odwiedzam Lidzię tak regularnie.

Wnoszę zakupy do kuchni. Na wprost stoi piec kuchenny. Na środku stół i cztery krzesła. Wiem już, gdzie co postawić. Trzy butle wody lądują koło lodówki, naprzeciwko pieca, pięć litrów mleka do szafki w rogu, paczka herbaty malinowej i kawa zbożowa na stół.

- Masz jeszcze tutaj pomidorki ode mnie. Kupiłam za dużo. I boczek był w promocji. Zobacz, próżniowo zapakowany. Taniej o sześć złotych na kilogramie. Chcesz kawałek?

- A ile to wyjdzie?

Lidzia ma rentę w wysokości 660 złotych. Jakoś sobie radzi, ale nie jest jej łatwo. Nie skarży się, ale zawsze pyta o cenę, a to o czymś świadczy. Dodatkowo, jesienią chodzi codziennie do lasu po szyszki, żeby mieć czym palić w piecu. Co ciekawe, zawsze ma jakieś łakocie dla odwiedzających ją wnucząt i dla Nikodema oraz puszkę piwa dla synów.

- Za mleko i wodę mi już dałaś ostatnio, pamiętasz? Herbata i kawa zbożowa trzy osiemdziesiąt. Tu masz rachunek. Pomidorki masz ode mnie, bo się pomyliłam i wzięłam za dużo. A boczek? Nie chcesz się wymienić na te twoje ogórki chilli? Piotr je uwielbia. Masz ten boczek, a daj mi jeden słoik ogórków.

Lidzia jest mistrzynią zapraw. Jej ogórki są "palce lizać". Dała mi przepis. Spróbowałam zrobić, ale nie wyszły mi takie dobre. Poza tym, już dawno zostały zjedzone.

- Tylko tyla? Dam ci dwa - podnosi się z krzesła, żeby pójść do piwnicy.

- Jak dasz dwa, to Piotr cię będzie po rękach całować - mówię.

Wraca i wyciera kurz ze słoików.

- Ty! - mówi. - A co to do was takie walne auto jechało w sobota rano?

- Do nas? - zimny dreszcz przelatuje mi przez plecy. - Nikt do nas nie jechał - zastanawiam się intensywnie nad tym, co powiedzieć. - Wczoraj leśnicy jeździli.

- Nie. To zawczorem było.

Tego nie przewidziałam. Przerzucam szybko w głowie pomysły na to, jak zareagować. Wiem, że Lidzia jest uparta jak osioł i jak powie, że samochód jechał, to jechał i koniec, ale na markach aut na pewno się nie zna.

- To nie do nas. Może ktoś jechał do Skrzynek albo Krąplewic. A może to ten myśliwy z Dąbrowy. On ma takiego ciemnego jeepa. Z taką kratką z przodu. Z tego co pamiętam, to jest teraz sezon na jelenie i dziki.

Mam nadzieję, że nie widziała za dużo i nie będzie się upierać. Nie chcę mieć więcej kłopotów niż mam.

- Moża być. Bo wisz, ja tu siedza, kawa pija i wszystko widza. Jak twój sóbie baba sprówadzi, to ja od razu ci powja.

- Dzięki, Lidziu. Ale jak ja sobie chłopa sprowadzę, to mojemu ani słowa, bo ci zakupów już nie przywiozę.

- Jo - śmieje się.

- Dobra z ciebie sąsiadka - mówię.

Kamień spada mi z serca. Chyba się udało.

- - - - - - - - -


Teraz czeka nas mnóstwo roboty. Musimy przygotować się na wiele przeróżnych ewentualności. Według moich wyliczeń, mamy jakieś dwa tygodnie przy "dobrych wiatrach", przy złych może pięć dni. Trzeba założyć, że ktoś, prędzej czy później, wpadnie na pomysł, że to zwyczajna nauczycielka i jej mąż wzięli sprawy w swoje ręce. Niemniej, liczymy pięć dni. Przez ten czas musimy się idealnie przygotować. Od strony technicznej Piotr sobie świetnie poradzi. Problem z obsługą wszystkiego. Sami nie damy rady. Musimy kogoś zaangażować. Tylko pięć dni. Cholernie mało czasu. Wiem, że zawsze trzeba przyjmować najmniej korzystną opcję, aby nie dać się zaskoczyć. Optymistyczne myślenie prawie zawsze kończy się fiaskiem. Jestem niespokojna. Kiedy sobie przypominam wszystkie wydarzenia z ostatnich dni i analizuję wszystkie możliwe scenariusze, wychodzi mi, że to nie powinno było się udać. A mimo to udało się. Taki pozytywny zbieg wydarzeń może się przydarzyć raz, no, może dwa razy w życiu. Szansa, że z następnej rozgrywki obydwoje wyjdziemy cało, wynosi jak jeden do nieskończoności, ponieważ nieskończona jest liczba możliwych scenariuszy. Dlatego jestem niespokojna. Zmuszam się do analitycznego myślenia. Przeglądam zasoby, do których mam dostęp. Jak powinniśmy się bronić? Czy obrona jest w ogóle możliwa w sytuacji, kiedy atakujący wie, czego może się spodziewać? Nie podoba mi się pomysł czekania na reakcję bandytów. To tak, jakby skonstruować bombę, dać komuś zapalnik i próbować przeczekać falę uderzeniową w namiocie. Wiem, że jesteśmy na straconej pozycji. Nasz dom to nie zamek w Malborku ani Jasna Góra, żeby przetrwać oblężenie. Można by wprawdzie zaminować cały teren fagusami. Można by zaopatrzyć się w granaty i uzi. Podobnie, jak to było w Magdalence. W pięć dni jest to jednak niemożliwe. Nie wiemy, przed iloma bandytami przyjdzie nam się bronić. Co więcej, nie będziemy znać daty. Czuwanie 24/7 tylko nas osłabi. A jak przyjdzie im do głowy nas spalić? Trudno bronić się przed ogniem, kiedy na zewnątrz stoją goście z karabinami. A jeśli nawet się uda, to co potem? Dochodzenie, policja, prasa. Bez sensu. Nie możemy tu zostać i bezradnie czekać. Najlepszą formą obrony zawsze jest atak. Zwycięstwo może nam zapewnić tylko element zaskoczenia. W naszej sytuacji tylko atak brzmi rozsądnie. Jako jedynie słuszna opcja. Według definicji powinniśmy więc gwałtownie i szybko uderzyć umiejętnym manewrem i przesunąć się w kierunku szeregów wroga. Pewien pomysł kiełkuje w zakamarkach mojego umysłu. W zasadzie to mogłoby się udać. Będziemy tylko potrzebować jednego lub dwóch pomocników i tygodnia urlopu. Niepokój powoli odpływa. Zastępuje go determinacja.

- - - - - - - - -


- Namierzenie ojca może być skomplikowane - Piotr nie jest dobrej myśli. - Jeśli rzeczywiście jest w Stanach, to nie mamy do niego żadnego dostępu. Przecież nie pojedziemy do Ameryki i nie będziemy go szukać na ulicach.

- Myślałam o tym. Wcale nie jest to takie oczywiste, że wyjechał z kraju. Ta kartka do babci nie musiała być wysłana przez niego. Mogę wprawdzie sprawdzić, czy kupił bilet na samolot, ale jeszcze nie wiem, jak dojść do tego, czy do tego samolotu wsiadł. W każdym razie będę próbować. Nie mam dostępu do danych linii lotniczych i nie umiem jeszcze złamać ich zabezpieczeń. W każdym razie nie jestem pewna, czy on do tej pory ma jeszcze jakieś pieniądze, żeby spłacić tych bandytów. A nawet jeśli, to i tak nie robi nam to żadnej różnicy, bo jeśli wyjdzie na jaw, że to my załatwiliśmy tych czterech, to żadna spłata nam nie pomoże. A czekać i liczyć na to, że się nie wyda, to brzmi jak samobójstwo. Zresztą, jeśli jest w Stanach, to już nie nasz problem, żeby go odnaleźć. Wysłałam maila do biura FBI w Tampie na Florydzie.

- Do FBI? A po co? - Piotr sprawia wrażenie bardzo zdumionego.

- A taka mała historyjka o działalności terrorystycznej. Podałam kilka danych osobistych ojca i prawdopodobny cel ataku. Wiesz, po jedenastym września sprawdzają wszystko trochę dokładniej.

- Jesteś nienormalna - w głosie mojego męża pojawia się echo tłumionego śmiechu. - W życiu bym na to nie wpadł.

Patrzę na ten jego, jakże mi znany, zachwyt w oczach i przelatują mi przez głowę wszystkie cudowne chwile, które wspólnie przeżyliśmy. Nie mogę być dla niego taka oschła. Nie dla niego. Za dużo dla mnie zawsze znaczył. Uśmiecham się szeroko.

- Chodź. Zaparzę kawkę. Napijesz się ze swoją żonką? - mówię wesoło. - Może znajdę ci jeszcze jakiś kawałek drożdżówki do tej kawy.

- Jasne. Z największą chęcią.

Idziemy do kuchni. Piotr siada na krześle przy stole. Patrzy na mnie. Wlewam wodę do czajnika.

- Powiedz mi jeszcze, co to za prawdopodobny cel ataku? - pyta.

- Zoo w Tampie.

- Zoo?

- Tak. Czwartego lipca.

- - - - - - - - -


Zmiany pojawiają się niezauważalnie. Niezauważalnie dla mnie. Piotr orientuje się pierwszy, że coś nie gra.

- Nie uśmiechasz się tak często, jaki kiedyś - mówi.

- Jakoś nie zauważyłam powodów do radości ostatnio. A ty?

- Zawsze jest coś, z czego można się cieszyć, prawda? Sama tak mówiłaś, gdy były problemy. Pamiętasz?

- Widocznie tych problemów mam już za dużo.

Faktycznie. Przestałam lubić rozmowy z przyjaciółmi. W zasadzie przestałam lubić moich przyjaciół. Nie odzywam się w ogóle do znajomych. Ignoruję obcych ludzi. Nie czytam gazet. Nie oglądam telewizji. Cały mój czas poświęcam na przeszukiwanie danych i gromadzenie statystyk.

- Jesteś inna niż wcześniej - Piotr najwyraźniej chce kontynuować tę rozmowę.

- Nie przesadzaj - odpowiadam. -To życie mi się zmieniło. Zabijam ludzi. Pozbywam się zwłok i bawię się w detektywa.

Piotr patrzy na mnie i kręci głową z powątpiewaniem.

- To nie to. Ja też zabiłem. Też z premedytacją. Ale... - zawiesza głos na chwilę i wykonuje ruch, jakby chciał mnie dotknąć. - Pocałowałem cię dzisiaj i chciałem przytulić... uciekłaś.

Zaczynam coś czuć. Robi mi się go żal. To jest przecież mój mąż, za którym kiedyś szalałam.

- Sama nie wiem, co myśleć - mówię.

- A ja wiem - podchodzi do mnie zdecydowanie i puka mnie palcem wskazującym w głowę. - To ten metal. To on cię zmienia. A ja nie chcę jakiejś cholernej encyklopedii w domu. Nie chcę cyborga, ani robota. Ja chcę cię taką, jaką byłaś.

Głos mu drży. Wyczuwam silne, ale jeszcze kontrolowane emocje.

- Wydaje mi się, że się mylisz - mówię ostrym tonem.

Spoglądam na niego jeszcze raz. Wygląda parszywie. Jeszcze chyba nigdy nie był tak bliski płaczu.

- Przepraszam - mówię. - Ja to widzę trochę inaczej. Zobaczysz, teraz już będzie lepiej.

Obejmuję go. Wtula się we mnie, jak małe dziecko.