Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 18
Rozdział 18

Ojciec mieszka w małym domu pod Grudziądzem. Jest to miejsce o nazwie Owczarki i znajduje się na trasie Grudziądz - Iława. Dom stoi na samym końcu ulicy Modrzewiowej. Samotnie. Otoczony wysokimi modrzewiami, tujami i istną dżunglą złożoną z przerośniętych krzaków, które od dawna domagają się przycięcia. Gołe gałęzie pogłębiają wrażenie opuszczenia. Polem można dojść nad rzeczkę o nazwie Osa, niewidoczną o tej porze roku pod warstwą śniegu i lodu. Ogród jest strasznie zaniedbany, co widać nawet przez leżący śnieg, w którym sterczą różnego rodzaju zdrewniałe badyle. Charakter ojca ujawnia się już w samym obejściu. Zatrzymujemy się przed przekrzywioną bramą, którą prawdopodobnie zrobił sam, i która z pewnością prezentowałaby się całkiem nieźle, gdyby ją też odpowiednio usadził w gruncie. Mój zmysł estetyczny cierpi.

Wzdycham. Piotr zerka na mnie. Nic nie mówi. Łapie mnie za rękę.

- Spokojnie - mówi.

- Wiem, wiem - odpowiadam. - Ojca przecież tu nie ma.

- Właśnie - kiwa głową. - Nie przyjechaliśmy tu na kawę, tylko na włam, więc zachowuj się profesjonalnie. Jak Catwoman.

- No, no - odpowiadam. - Czyli, że ty niby jesteś Batman?

- Właśnie - uśmiecha się. - Podoba mi się twój tok rozumowania.

Bramę udaje nam się sforsować bardzo szybko, bo nie jest zbyt wysoka. Idziemy w stronę domu. Piotr jest rozbawiony.

- Zaczekaj - mówię nagle. - Drzwi są otwarte.

- To niemożliwe. Przecież tu nie może nikogo być.

- Halo! - wołam głośno. - Jest tu kto? Szukamy pana Henryka Kiełpińskiego.

Odpowiada nam cisza. Słychać tylko lekki szum wiatru. Na niebie gromadzą się śniegowe chmury w sino-granatowych kolorach. Za chwilę znowu zacznie sypać.

- Nikogo nie ma. Żadnych śladów na śniegu - mówię. - Cicho i głucho.

- Zaczekaj tu. Pójdę pierwszy.

Piotr powoli zmierza w kierunku domu, trzymając się jak najbliżej ściany budynku. Podoba mi się jego zachowanie. Żyjemy w takim stresie i napięciu, że pewne zachowania weszły nam już w krew. Wiem, że ostrożności nigdy za wiele, ale i tak szczerze wątpię, żeby ktoś był w środku. Prawdopodobne jest, że ci, którzy byli u nas, zbadali to miejsce w poszukiwaniu ojca dużo wcześniej. Nie mówiłam tego Piotrowi, bo pewnie nie chciałby tu przyjechać. Jego obecność, jednakże, jest mi na rękę ze względów bezpieczeństwa. Uważam, że warto było tu przyjechać. Zawsze można znaleźć jakąś wskazówkę. A nawet brak wskazówek, to też wskazówka.

- Cholera - słyszę z wnętrza budynku. - Nieźle to wygląda. Spóźniliśmy się. Już tu byli.

Wchodzę do środka. Typowe przeszukanie. Wszystko, co się dało, wyrzucone na podłogę. Poodsuwane meble. Porozbijane fragmenty ścian. Przechodzę z pomieszczenia do pomieszczenia. Wszędzie wygląda tak samo.

- Ciekawe, czy znaleźli to, czego szukali - słyszę głos Piotra z łazienki.

- Wątpię - odpowiadam. - Gdyby znaleźli, to w którymś konkretnym miejscu przestaliby szukać i jakaś część domu nie byłaby zdemolowana. Zobacz. Zaczęli w sypialni, albo w kuchni. Pewnie było ich dwóch. Jeden zaczął w sypialni, a drugi w kuchni. Równocześnie. Ściany są rozbite innymi narzędziami. Ten, który był w sypialni, przeszedł potem przez korytarz do salonu. Tutaj już dostał napadu furii. Chyba czuł, że nic nie znajdzie. Drugi zaczął od kuchni. Potem prawdopodobnie wszedł do garażu, wrócił do salonu i do biura. Biuro zostawili na koniec? Imbecyle.

- Nic nie znajdziemy - Piotr jest rozgoryczony.

- Nieprawda - mówię. - Przecież my nie szukamy ani towaru, ani gotówki. Szukamy czegoś innego. Wskazówek. No i nie jesteśmy totalnymi idiotami, jak ci, co byli przed nami.

Zastanawiam się przez chwilę, od czego powinniśmy zacząć.

- Wysyp wszystko ze śmietnika. Założę się, że go nie opróżnił przed wyjazdem. Tam może coś ciekawego się znaleźć. Potem zerknij na te wszystkie papiery i dokumenty na podłodze. A najlepiej zapakuj je do czegoś. Obejrzymy sobie wszystko dokładnie w domu. Ja sprawdzę inne rzeczy.

Wchodzę do biura. Monitor rozbity, ale komputer powinien działać. Nawet jeśli nie, to powinniśmy dać radę coś z niego uratować. Odłączam kable i przenoszę go na korytarz. Zbieram do reklamówki walające się wszędzie papierowe śmieci. Jedno mogę powiedzieć od razu. Ojciec lubi batony czekoladowe. Na oknie w misce walają się jakieś paragony. Wrzucam je do kieszeni. Szuflad nie muszę sprawdzać, bo leżą rozbite na podłodze. Nic już tu nie znajdę. Na wszelki wypadek podnoszę róg chodnika. Kurz i piasek. Wchodzę do sypialni. Ojciec tam zainstalował telefon. Zawsze zastanawiałam się dlaczego, ale "nie moje zoo - nie moje małpy". Po telefonie ani śladu. Klękam na podłogę między walające się śmieci. Jest. Wpadł za szafkę nocną. Mam nadzieję, że nie rozbity. Podnoszę słuchawkę. Brak sygnału. Podłączam go do prądu. Jest to nowoczesny KX-TG2512PDM. Ma monitor. Wchodzę w ostatnio wybierane numery. Zapisuję je sobie na kartce i wybieram ostatni z nich na moim telefonie na kartę.

Rozlega się wybieranie numeru. Dwa sygnały. Ktoś odbiera.

- Zakład Mechaniczny Borowski. Słucham.

Myśli przelatują mi błyskawicznie przez głowę.

- Witam, chciałam się umówić na wymianę oleju w samochodzie - mówię.

- Możemy się umówić na jutro. Na godzinę piętnastą.

- W porządku. Pasuje. Może mi pan powiedzieć, jak do was dojechać? Nigdy jeszcze u was nie byłam.

- Bardzo prosto, proszę pani - słyszę. - Zakład mieści się w Markach przy ulicy Fabrycznej 28. Z E67 zjeżdża pani w prawo lub w lewo, w zależności od tego, z której strony będzie pani jechać. Zresztą, tam już są kierunkowskazy. Nie może pani zabłądzić.

Przebiegam myślami mapę Polski.

- Dziękuję - odpowiadam i odkładam słuchawkę.

Kończę przeszukanie sypialni rozglądając się za jakimś notatnikiem albo kartkami z numerami telefonów. Nic takiego nie ma.

Odsuwam nocną szafkę. Nic, z wyjątkiem pajęczyn. Przebiegam wzrokiem podłogę i zbieram kolejne papiery do reklamówki. Za plecami słyszę jakiś ruch. Piotr wchodzi do sypialni.

- Znalazłem jakąś kartkę z datą 23 listopada i jakimiś godzinami. Może odjazdy autobusów?

- Bierzemy - mówię. - A jutro jedziemy do mechanika.

- Do jakiego mechanika?

- Do Warszawy.

- - - - - - - - -


- Mój informator zarzeka się, że żadnej akcji nie było - głos Karskiego przebijał się przez jakieś zakłócenia na linii.

- Kłamie?

- Nie wiem jeszcze. Powiedział mi tylko, że stracili jednego człowieka kilka dni temu, ale nie w tej akcji.

- A policja?

- Tutaj mamy coś ciekawego - w słuchawce trzeszczenie nie ustawało. - Dowiedziałem się, że nikt nie został zastrzelony. Jeden się wykrwawił od cięcia nożem w szyję, dwaj mają rozbite głowy jakimś tępym narzędziem, a jeden się prawdopodobnie udusił. Co do tego jeszcze nie ma jasności.

Nie odpowiedział. Myślał intensywnie i próbował połączyć ze sobą wszystkie informacje. Pruszcz prawdopodobnie odpada. Nie ryzykowaliby walki gołymi rękami z jego ludźmi. To nie w ich stylu. Załatwiliby sprawę z daleka, strzelając do auta w jakimś ustronnym miejscu. Wynika z tego, że to musiała być jakaś inna akcja. Może jakiejś nowej grupy? Może ktoś szykuje się, żeby przejąć interes? Być może też, jest to sprawka któregoś z tych nowych. Może nawet tego blondyna. Bywa, że zachowuje się podejrzanie.

- To nie ma sensu - powiedział do słuchawki. - Jeśli dzisiaj niczego się nie dowiesz, to wracaj. Teraz myślę, że to wcale nie musiał być Pruszcz. Powinniśmy to jeszcze raz przemyśleć i sprawdzić inne możliwości.

- - - - - - - - -


Prowadzę samochód. Piotr ogląda kartkę z zapiskami, którą znalazł w zebranych papierach.

- Jest tutaj data 23 listopada, pod spodem godzina 5.30 i 10.00 i skrót "BEZP" łamane na "POSP".

- To jest godzina odjazdu autobusu z Grudziądza do Warszawy. Wyjazd o piątej trzydzieści, w Warszawie Zachodniej o dziesiątej. Bezpośredni i pospieszny. Wszystko się zgadza - włączam migacz i wyjeżdżam z ronda w Tarpnie, kierując się w stronę Starego Miasta.

- Potem napisał "AUTO" i podkreślił dwukrotnie.

- Myślę, że to jest skrót od autobus. Najprawdopodobniej pojechał autobusem. Może też chodzić o jego auto. Może się zastanawiał, co z nim zrobić, albo zdecydował się nim jechać do Warszawy. Albo, po prostu, chciał nim dojechać na PKS i gdzieś zostawić. A propos, ciekawe, gdzie jego samochód się zapodział?

Ojciec przez ostatnie trzy lata jeździł czarnym BMW Hatchback, po tuningu. Rocznik 2000. Diesel. Dźwięk wydawało to cudo taki, że wszyscy na ulicy się za nim oglądali. Ojciec promieniał. Psychologowie mieliby dużo na ten temat do powiedzenia, biorąc pod uwagę fakt, że wcześniej miał sportową Hondę Civic VI w kolorze czerwonym.

- Jest tam jeszcze coś? - pytam.

- Tak. Jakieś cyfry i następne skróty.

- Daj mi zerknąć - Piotr podsuwa mi kartkę przed oczy. Widzę następujący zapis "1306 LUB 1630 AM" - "AM" to może być Ameryka - mówię. - A te liczby to pewnie ceny biletu. Jakieś bardzo tanie linie lotnicze. Może norweskie. Z Warszawy do Nowego Jorku. Bezpośrednio. Jest taki lot o 11.20. Jeżeli pojechał autobusem, a potem wziął taksówkę, to zdążył.

- Ciekawe, gdzie zostawił samochód?

- Może sprzedał? Sprawdzę w ewidencji pojazdów. Po nazwisku, bo nie pamiętam numeru rejestracyjnego. Musimy dokładnie przejrzeć komputer, bo nie widzę żadnego lotu z 23 listopada za 1306 ani 1630 zł. Chyba, że to jest w euro, ale wtedy nie leciałby z Polski. Muszę to przemyśleć. "AM" to też może znaczyć Amsterdam. Z Warszawy samoloty latają tylko do Nowego Jorku. Jak chciał lecieć gdzie indziej, to mógł to zrobić z międzylądowaniem w Amsterdamie. Albo pojechał do Amsterdamu i tam dopiero wsiadł w samolot. Może to znaczyć, że z Warszawy poleciał za 1306 złotych do Nowego Jorku albo za 1630 złotych z Amsterdamu w inne miejsce w Stanach. Muszę to jeszcze przemyśleć, bo mi ceny nie pasują.

- Ciekawe, dlaczego ojciec dzwonił do tego warsztatu - Piotr zmienia temat.

- Wydaje mi się, że tutaj są tylko dwie możliwości. Albo chciał im opchnąć swój samochód przed wyjazdem, albo prowadził z nimi jakieś interesy. A to by znaczyło, że to właśnie przez tych ludzi mamy kłopoty, więc musimy się nimi zainteresować.

Dzwoni mój telefon. Proszę Piotra, żeby odebrał. Rozmawia przez chwilę. Słyszę tylko "Tak. Tak. Jasne. Za chwilę". Odkłada słuchawkę.

- Mamusia - mówi z przekąsem. - Mamy kupić coś na deser.