Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 1
Rozdział 1

Siedzimy z mężem w biurze obok siebie. Przed nami mężczyzna po sześćdziesiątce w szarym garniturze i białej koszuli bez krawata przekłada dokumenty marszcząc przy tym czoło, jak gdyby myślenie stanowiło dla niego nie lada wyzwanie. Trochę podobny do Busha Juniora, przechodzi mi przez głowę. Ten sam wyraz twarzy i sylwetka. Włosy nieco ciemniejsze.

- Tak. Myślę, że mam już wszystko. Możemy zaczynać? - pyta.

- Tak - odpowiadam.

Biuro jest urządzone bardzo gustownie. Stonowane kolory ścian z przewagą beżu. Antyczna albo stylizowana biblioteczka. Nie znam się na tym za bardzo. Pomieszczenie jest wysokie. Na samym szczycie gipsowe wykończenie z dekoracyjnym motywem. Z sufitu zwiesza się witrażowa ampla w perłowym kolorze z brązowymi spojeniami w kształcie kwiatów i liści. Skórzane fotele i pięknie zdobione dębowe biurko. Czuję się nieco przytłoczona tym wnętrzem. Tak jakbym od razu była na straconej pozycji, myślę.

Nie lubię przepychu w pomieszczeniach biurowych. Ktoś, kogo można wynająć, wydaje się być bogatszy od przeciętnego klienta. To głupie. Mnie to nie przyciąga, a odpycha. Uciekłabym, ale za bardzo mi zależy.

Piotr milczy. Jest bardzo niezadowolony, że musiał tu przyjść. Użyłam wszelkich środków perswazji, aby go tu zaciągnąć. Cały czas powtarza, że to niedorzeczny pomysł i że ryzyko jest za duże. Ja widzę to nieco inaczej, ale zapewniłam go, że jeszcze ostatecznie się nie zdecydowałam i że warto posłuchać, co mają do powiedzenia.

- Możemy się wycofać w każdej chwili - powiedziałam przed wyjściem z domu.

Niechętnie, ale przyszedł ze mną, a teraz siedzi nadąsany z zamiarem podważania każdego usłyszanego argumentu.

- Kwestie medyczne omówił z panią dr Rybarski, prawda? - upewnił się prawnik.

- Zgadza się - odpowiadam.

- Zostały nam w takim razie do omówienia kwestie finansowe - szuka w pliku dokumentów odpowiedniej kartki. - Warunki, jakie proponuje pani Agencja, są następujące. Za każdy dzień trwania eksperymentu otrzymuje pani 100 złotych, brutto płatne miesięcznie z góry do 5-go każdego miesiąca. Dodatkowo, dostaje pani z góry raz na kwartał równowartość średniej krajowej, które musi pani przeznaczyć na artykuły wyszczególnione na liście, którą otrzymała pani w dniu 23 maja bieżącego roku od dra Rybarskiego - podaje mi dokument. - Proszę potwierdzić, czy jest to ta lista i czy jest to pani podpis.

Biorę do ręki wykaz artykułów. Są to przede wszystkim artykuły spożywcze i suplementy diety.

Potwierdzam.

- Przypominam, iż wszystkie rachunki podlegają kontroli i musi je pani przechowywać do końca trwania eksperymentu i przekazać do moich rąk lub osoby przeze mnie wyznaczonej w dniu zakończenia umowy. Jako rekompensatę za trudy i niedogodności związane z pierwszym etapem eksperymentu, otrzyma pani 25000 złotych płatne w terminie nie krótszym niż 7 dni przed rozpoczęciem eksperymentu. Jest to kwota, która podlega zwrotowi w przypadku, gdy wycofa się pani z eksperymentu przed upływem 6 miesięcy. Gdy eksperyment zostanie zakończony nie z pani inicjatywy, powyższa kwota nie podlega zwrotowi. Wszystkie wymienione sumy będą wpłacane przez Agencję na stworzone specjalnie na te potrzeby konto bankowe, do którego otrzyma pani nieograniczony dostęp. W razie komplikacji zdrowotnych, otrzymuje pani kwotę w wysokości 8700 złotych brutto za każdy procent uszczerbku na zdrowiu, płatne w terminie nie dłuższym niż jeden miesiąc od chwili zakończenia eksperymentu. W razie pani śmierci, wyznaczona przez panią osoba lub osoby, otrzymują równowartość powyższej kwoty razy 100 czyli 870000 brutto. Wszystkie wymienione przeze mnie kwoty będą korygowane rokrocznie o wskaźnik inflacji. Czy to, co dotychczas przedstawiłem, jest dla państwa zrozumiałe? Czy mają państwo może jakieś pytania? - Podniósł wzrok znad dokumentu i spojrzał najpierw na mnie, a potem długo i badawczo na mojego męża.

- Ja wszystko zrozumiałam - mówię.

Dostanę na rękę od razu około dwadzieścia pięć tysięcy, potem trzy tysiące miesięcznie i co trzy miesiące - kolejne trzy tysiące. To już coś. Na początek wystarczy. Spłacimy zaległości w banku, a przy stałych dochodach, moich i Piotra, wyjdziemy na prostą za pół roku. Potem ten cały eksperyment szlag może trafiać.

- Doktor mówił, że będę musiała przyjmować jakieś leki. Czy może mi pan powiedzieć, czy będę musiała za nie płacić? - pytam.

- Wszystkie lekarstwa, badania kontrolne i wszelkiego rodzaju medyczne działania będą opłacane przez Agencję.

Patrzę na męża. Nie odezwał się ani słowem od czasu, jak weszliśmy do gabinetu. Znam tę minę, nie wróży nic dobrego.

- Co o tym sądzisz? - pytam.

- Dobrze wiesz, co o tym sądzę. Nie musisz pytać - patrzy w bok, nie na mnie. - Myślę, że wszystko już wiemy i możemy stąd wyjść.

Czuję się bezradna. Przekonanie go będzie trudniejsze, niż na początku myślałam. Rozumiem, co czuje, ale wiem, że to JEST jakieś wyjście. Jedyne sensowne, jakie nam się trafiło od jakiegoś czasu.

- Ile mamy czasu do zastanowienia? - pytam.

- Muszą Państwo zdecydować się do piątku, do godz. 11.00. Po tym terminie wszelkie negocjacje zostają wstrzymane, a oferta nie będzie już aktualna.

- I dobrze - mówi mój mąż i szybko podnosi się z fotela.

- Przypominam państwu, że wszelkie negocjacje i nasza umowa, nawet jeżeli nie zostanie podpisana, objęte są klauzulą tajności.

- Tak. Wiemy o tym - mówię.

Wychodzimy.

- - - - - - - - -


Nie jestem Świecianką, ale pamiętam, że czułam sentyment do tego miasta. Tu poznałam Piotra. To przede wszystkim. Pamiętam ten dzień. Staliśmy w kolejce do lekarza. Właśnie kupiłam sobie nowy samochód i po prostu musiałam z kimś na ten temat pogadać. Złapaliśmy kontakt od razu, do tego stopnia, że zaczekał na mnie, aż wyjdę z gabinetu. Poszliśmy na ciacha i tak się potem jakoś potoczyło. Znamy się już ponad dziesięć lat. I te dziesięć lat jeżdżenia po ulicach tego miasta spowodowało, że poznałam je jak własną kieszeń. Dobrze się tu czuję. Ponad 28 tysięcy mieszkańców, z czego rozpoznaję na ulicy około 12%, a z imienia i nazwiska znam 582 albo 583, zależy, jak liczyć. Najczęściej śmigam przez Świecie samochodem, a pieszo pokonuję krótkie fragmenty, najczęściej Rynek Główny, idąc do banku, Mały Rynek, kiedy idę na pocztę. Nie są to jednak moje ulubione miejsca. Kojarzą mi się z pośpiechem, strefą parkowania, spoglądaniem na zegarek, czy aby czas już nie minął, bo w banku jak zwykle była kolejka. Najlepiej chyba jednak czułam się zawsze "na Kościuszkach". Znam tutaj niemal każdy kąt. Przyjeżdżałam tu minimum pięć razy w tygodniu. Do pracy, oczywiście. I czasami jeszcze w weekendy. Na dodatkowe zajęcia, albo po prostu z rodziną na zakupy. Nie mogę powiedzieć, że podoba mi się ta dzielnica dlatego, że tutaj pracowałam. Wręcz przeciwnie. Lubiłam tu przebywać, bo czułam, że w każdym calu jest to miejsce "w sam raz". Ludzi dużo na ulicach, ale nie tłumy; stare drzewa przy chodnikach o grubych pniach, które pamiętają prawdopodobnie rok 1951, kiedy to przeniesiono tutaj Publiczną Średnią Szkołę Zawodową i przemianowano ją na Zasadniczą Szkołę Metalową Centralnego Urzędu Zawodowego. Tym sposobem powstało moje miejsce pracy, czyli "zetespe". Sklepów jest tu rozsądna ilość, do tego znaleźć tu można restaurację, kawiarnię, pizzerię. Stąd wszędzie jest bardzo blisko, albo po prostu blisko. Kino, Hala Sportowa, stadion, park, znajdują się dosłownie "za rogiem". Stąd dostaniesz się do wszystkich ważnych miejsc w kilka minut. Nawet, jak nie masz samochodu, bo akurat szlag go chwilowo trafił. Jest tutaj kilka miejsc, które odwiedzam bardzo często. Plac zabaw dla dzieci niedaleko Starostwa, supermarket przy wyjeździe na Laskowice i stacja benzynowa zaraz obok, kiosk oraz pobliska biblioteka miejska. Dzisiaj to miejsce zdobyło kolejny walor. Mogę tutaj zniknąć za każdym zakrętem. W razie czego.

- - - - - - - - -


- Proszę się nie martwić - mówi dr Rybarski. - Dopilnujemy, żeby to się już nigdy nie powtórzyło.

Obliczam jego ciepłotę ciała i tętno. Trzydzieści procent wzrostu. Niedobrze.

- Nie wierzę panu - mówię. - Nie jesteście w stanie przewidzieć, co się w przyszłości zdarzy, a co nie, ani dopilnować, żeby się nie zdarzyło, co się ma zdarzyć. Niech mi pan nie wciska kitu! Proszę mi powiedzieć prawdę. Wie pan dobrze, że nie uda się panu mnie oszukać. Najlepiej będzie powiedzieć jasno, o co tutaj chodzi.

- Wie pani, że nie mogę podawać szczegółów. Mamy to w umowie. Zgodziła się pani na takie warunki, więc nie mam żadnego obowiązku informować pani o naszych działaniach w instytucie.

Jest zdenerwowany. Zmieniło się u niego napięcie mięśniowe. Patrzę na niego badawczo. Nie ma mowy! Nie odpuszczę. Muszę się dowiedzieć, o co tutaj chodzi.

- Strzelano do mnie. A tego też nie było w umowie. Warunki się zmieniły, więc dla mnie jest jasne, że należą mi się wyjaśnienia - zmieniam mimikę twarzy. Trochę za późno. Muszę lepiej to kontrolować. Przeglądam listę zachowań w sytuacjach stresowych. Część mojego umysłu pamięta emocje, ale mechanizmu muszę się jeszcze nauczyć. Uderzam w sentymentalną strunę. Powinno zadziałać. - Czy pan nie rozumie, że tu nie chodzi tylko o mnie, ale o moją rodzinę?

- Chciałbym pani przypomnieć, iż zgodziła się pani na ryzyko związane z naszym eksperymentem.

- A ja chciałam panu przypomnieć, że zgodziłam się na ryzyko, ale od strony medycznej. Nikt mnie nie uprzedził, że będzie mnie gonić jakaś legia cudzoziemska. O strzelaniu też nie było mowy! - Chyba udaje mi się odgrywać zaplanowaną rolę w tym przedstawieniu.

Przyglądam mu się badawczo. Obok zdenerwowania wyczuwam też bezradność. A może strach? Facet na pewno nie wie, co ma zrobić. Trudno. Masz problem. Ja nie odpuszczę.

- Nie mogę pani powiedzieć. Muszę się skonsultować. To tak nie działa - wierci się niespokojnie.

- Nic mnie to nie obchodzi. Przez was mam te wszystkie kłopoty. I wy macie zrobić tak, żeby te kłopoty szybciutko się skończyły. To już nie jest zabawa. To walka o przetrwanie. Jeszcze tylko nie wiem, kto tutaj polegnie. Wy, czy oni. Bo ja się nie poddam bez walki. Nie po tym wszystkim - przechodzę płynnie do etapu: wasza akcja - moja reakcja.

Zbliżam się szybko do niego i łapię go za koszulę pod brodą. Unoszę lekko. Czuję jak drętwieje. Zaczyna się pocić.

Dzwoni telefon. Puszczam go. Doktorek oddycha z ulgą i poprawia pognieciony kołnierzyk. Podnosi słuchawkę.

- Tak. Tak. Rozumiem - mówi. - Jest pan pewien? W porządku.

Słuchawka na widełki, wzrok na mnie.

- Dobrze. Powiem pani tyle, ile mogę. Dla pani dobra.

Dla mojego dobra? Znowu pojawia się to wrażenie jego bezradności. Myślenie o "tu i teraz", a nie o tym, co zdarzy się w przyszłości.

- Chyba dla waszego dobra - mówię i wyrównuję oddech. - Zamieniam się w słuch.