Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 19
Rozdział 19

Siedzimy sobie w salonie na podłodze i budujemy samolot z klocków lego. Nikodemowi bardzo sprawnie idzie budowanie według schematu. W zasadzie jestem mu potrzebna tylko do poszukiwania odpowiednich klocków i do stałego chwalenia za poczynione postępy. Cały czas się zamyślam w związku z naszą sytuacją, planując kolejne działania. Mój syn co jakiś czas wyrywa mnie z tego zamyślenia kolejnym pytaniem lub pokazuje swój model, oczekując pochwały.

- Mamo, a my wszyscy umarniemy? - odzywa się nagle.

- Umrzemy - poprawiam go bezwiednie. Po chwili dochodzi do mnie sens tego pytania. - Słucham? O czym ty mówisz, synku?

- Czy my wszyscy umrzemy?

- A dlaczego o to pytasz?

- No bo dziadek umarnął. To znaczy umarł - patrzy na mnie licząc, że pochwalę go za poprawną formę.

Nie wiem, czy cieszyć się, czy martwić tym pytaniem. Cieszę się, że nie dotyczy ono naszej obecnej sytuacji, ale zaczynam sobie zdawać sprawę z faktu, że mój syn nie jest bezpieczny. Nawet u mojej mamy w Grudziądzu. Za prosto jest do niej trafić. Muszę go ukryć w niedostępnym dla bandytów miejscu. Robię szybko zestawienie osób i miejsc, w które mogłabym go zawieźć, nie wzbudzając wielkich podejrzeń. Muszę go ukryć na tydzień, dwa, albo i więcej. Muszę sprawić, aby przez ten czas prowadził w miarę normalne życie i żeby czuł się bezpiecznie.

Natychmiast znajduję takie miejsce i osobę, która jest w stanie mu to wszystko zapewnić. N53o24'. E18o27'. Bożena.

- - - - - - - - -


Jestem coraz bardziej przekonana, że winny jest system. To system sprawia, że dzieci w wieku siedmiu - ośmiu lat tracą ciekawość świata i zainteresowanie szkołą. Że po przyswojeniu sobie literek i podstawowych cyfr nie interesują się możliwościami, jakie przed nimi się otwierają. To przecież zdobywanie wiedzy i nauka powinny się dla nich stać źródłem przetrwania. Nie żyjemy już w jaskiniach, w czasach, kiedy sens miało tylko zdobywanie jedzenia i przekazywanie genów. Wówczas zachowanie rytuałów i tradycji mogło zabezpieczać klan przed tragiczną śmiercią, a nadmierna ciekawość mogła zabić.

Cywilizacja narzuciła nam pewne obowiązki, a zarazem pozbawiła nas potrzeby wysiłku. Sposób życia i fakt, że tworzymy produkty, które dopiero po stworzeniu zaczynają nam być potrzebne, wbrew przysłowiu, że to potrzeba jest matką wynalazku, spowodował zastraszające stępienie naszych zmysłów i instynktu. Otoczeni rozlicznymi przedmiotami na wyciągnięcie dłoni, które zastępują nam wiele niezbędnych do życia bodźców, stajemy się bezbronni i nieporadni w obliczu jakichkolwiek komplikacji. A przez termin komplikacja należy tu rozumieć każde odstępstwo od stałego porządku.

Cywilizacja nas rozleniwia. Powoduje, że dążymy do wykonywania zadań po linii najmniejszego oporu. Czy w dobie jajek w proszku ktokolwiek nawet pomyśli o hodowaniu kur? Czy komukolwiek w ogóle wpadnie do głowy, aby przepisywać notatkę z lekcji, kiedy kieszenie ma pełne urządzeń robiących zdjęcia? Szkoła to jest środowisko zupełnie obce dla cywilizowanego człowieka. Przepaść. Coś jak sierp dla kombajnu. Jak statek parowy dla statku kosmicznego. Pojęcie, które nie mieści się w żadnej porównawczej skali.

Dlatego też to nie nauczyciel, nie dyrektor czy podręcznik są winni temu, że młody człowiek jest niezaciekawiony. To cywilizacja upośledza naszą ciekawość a system pogłębia ten stan chorobotwórczy, bo nie nadąża za rozwojem cywilizacji i zawsze będzie sto, dwieście, trzysta lat do tyłu. Zacofany i niereformowalny. Niedofinansowany i zakompleksiony. Producent towaru out-of-date, dla klienteli, której napisów na nagrobkach już dawno nie można odczytać.

- - - - - - - - -


- A możesz mi powiedzieć o co chodzi? - Bożena nie daje za wygraną.

- Musimy wyjechać - odpowiadam. - Sprawy rodzinne.

Zdaję sobie sprawę, że muszę jej sprzedać jakieś kłamstwo. Zawsze byłam względem niej dość otwarta, więc nie mogę teraz zasłaniać się jakąś tajemnicą. A prawdy przecież też nie mogę powiedzieć. Przygotowałam już opowieść na tę okazję. Muszę tylko skupić się na tym, żeby wypaść wiarygodnie. Od jakiegoś czasu coraz trudniej przychodzi mi okazywanie uczuć.

- Brat mamy jest bardzo chory - mówię. - Chcemy z Piotrem jechać do niego, bo podobno jest bardzo źle.

Pamiętam o smutnej minie. Szukam chusteczki w torebce. Wyciągam ją. Na chwilę zasłaniam twarz i wydmuchuję nos. Udaję, że wycieram oczy.

- Nie wiedziałam, że byłaś tak przywiązana do wujka - Bożena wygląda na zasmuconą. - W zasadzie nie przypominam sobie, żebyś mi o nim opowiadała.

- Chyba nie byłam mocno do niego przywiązana. Ale wiesz, to jest ostatni członek naszej rodziny z pokolenia mojej mamy. Wiem, że jak nie pojadę, to będę żałować.

- Rozumiem - kiwa głową.

- Tutaj napisałam ci plan lekcji Niko. Dasz radę go odprowadzać? - pytam.

- Z tym nie ma problemu - odpowiada. - Jeśli nie ja, to Jerzy z nim pójdzie.

Mąż Bożenki jest już na emeryturze i pomijając jego charakter, który nie pozwala mu usiedzieć w miejscu, ma dość dużo wolnego czasu.

- Trzy razy w tygodniu Niko chodzi na treningi na halę. Jeśli to dla ciebie problem, to może niech nie idzie w tym tygodniu - mówię, starając się brzmieć przepraszająco.

Dla Nikodema to może być cios. Uwielbia treningi, trenera i kolegów z drużyny. Mam nadzieję, iż Bożena zgodzi się z nim chodzić na treningi, chociaż zdaję sobie sprawę, że obarczam ją bardzo dużym obowiązkiem.

- Damy radę - protestuje. - Jest nas przecież dwoje, a dziecko tylko jedno. Daj spokój. Nie martw się i jedź. Tylko że w weekend będzie musiał zostać z Jerzym, bo ja idę w sobotę i niedzielę do pracy.

Bożenka pracuje w "psychiatryku"; tak naprawdę, by już być precyzyjnym, w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych imienia doktora Józefa Bednarza.

Przywołuję w pamięci biografię patrona szpitala. Józef Władysław Bednarz. Pomorski Korczak. Żył sześćdziesiąt lat.

Kiedyś wydawało mi się, że świadome skazanie się na śmierć jest bardzo romantyczne. Karmiona byłam od dzieciństwa opowieściami o Januszu Korczaku oraz Maksymilianie Kolbe i myślałam sobie, że taka śmierć jest przejawem odwagi i odpowiedzialności za swoje człowieczeństwo. Teraz myślę o Józefie Bednarzu, którego historia jest bardzo podobna i zaczynam się zastanawiać, czy takie działanie nie jest czasem przejawem bierności i zwątpienia. Przejawem przekonania, że niczego już w życiu nie jestem w stanie dokonać, a walczyć o życie nie mam już siły. Co kieruje ludźmi idącymi dobrowolnie na śmierć? W chęć zasłużenia na chwałę u potomnych nigdy już nie uwierzę.

- Kiedy wrócisz? - głos Bożeny wyrywa mnie z zamyślenia.

- Planujemy być z powrotem za tydzień. Ale wiesz, wszystko może się zdarzyć. Zobaczymy na miejscu, jaka jest sytuacja. W razie czego będziemy w kontakcie.