Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 20
Rozdział 20

Dzisiejszy test jest dla mnie wyjątkowy. Wyjątkowy z powodu wniosków, do których dochodzę. Zadanie moje polega na odgadywaniu haseł we wszelkiego rodzaju zabezpieczeniach. Skrzynki mailowe, strony internetowe z logowaniem, pliki, systemy. Pierwszy sposób, który mam do dyspozycji, najbardziej dedukcyjny z dostępnego zestawu, polega na poznaniu osobowości jednostki i przewidzeniu najbardziej prawdopodobnych możliwości doboru haseł. Mam z tym mniejsze lub większe problemy. Według mnie raczej większe. Jestem przekonana, że ustalenie jakiegoś wzoru w tym przypadku jest całkowicie niemożliwe. No, ale nie ja to wymyśliłam, wiec staram się najlepiej jak potrafię czując, że to wszystko i tak jest bez sensu.

Po zapoznaniu się z dokładnym opisem osoby jestem jedynie w stanie określić z dziewięćdziesięciosześcioprocentową pewnością, czy hasła do zabezpieczeń się powielają, czy nie. To znaczy, czy dana osoba posługuje się tym samym hasłem w różnych sytuacjach. To nie wynika z moich nadprzyrodzonych umiejętności dedukcyjnych, ale z czystej statystyki. Bo właśnie statystyki pokazują, że nieco ponad 60 procent ludzi tak robi, a tylko 4,3 procent społeczeństwa stosuje się do zaleceń zmiany hasła po upływie określonego czasu. Zdecydowana większość z nas używa tych samych haseł przez dziesięciolecia.

Otrzymałam dane dziesięciu osób i dla każdej osoby typuję prawdopodobne dziesięć haseł. Trochę to wygląda jak zwykłe ćwiczenie umysłu, taka łamigłówka, bo zastosowanie tej metody w praktyce jest jednak, jak sądzę, nieco ryzykowne. Ludzie postępują według pewnych schematów, więc pewne rzeczy można wydedukować, jednakże umysł każdego człowieka przechowuje różne wspomnienia, pamięta rzeczy w sposób jak najbardziej subiektywny i grupuje pojęcia według indywidualnego wzoru. Samotny mężczyzna z pieskiem może mieć hasło z imieniem psa, ale niewykluczone, że stworzy nowy wyraz związany z tym, jakie jego pupil wzbudza w nim uczucia, wspomnienia lub jaką dysponuje na jego temat wiedzą. Może na przykład użyć nazwy łacińskiej albo imienia przodka, szczególnie jeśli jego pies jest rasowy.

Łatwiej byłoby określić, jakie hasła są w przypadku danej osoby niemożliwe. Odrzucić można bez zastanowienia wszystko, co budzi negatywne uczucia albo jest za trudne do zapamiętania. Imiona byłych partnerów, którzy rozczarowali, ciągi przypadkowych liter i cyfr. Podoba mi się to zadanie, mimo tego, że nie widzę w nim - jak na razie - większego praktycznego zastosowania.

- Nie jest to najskuteczniejsza metoda łamania haseł - mówię do pułkownika. - Nawet, jeśli w zbiorze dziesięciu haseł odgadłam to właściwe, to nigdy nie będę miała dziesięciu prób, żeby to wykorzystać.

- Jest pani jednak na tyle blisko, że nie poświęciłbym własnego konta, żeby to sprawdzić.

- O! To ciekawe. Może mi pan podać, jaka jest skuteczność? - muszę powiedzieć, że jestem szczerze zaskoczona.

- Na dziesięć osób odgadła pani hasło w ośmiu przypadkach. Nigdy nie za pierwszym razem, ale też nigdy nie za ostatnim.

- Z tego wynika, że ta metoda i tak ma dość niską skuteczność.

- Wyższą niż pani myśli, ponieważ nie odgadła pani haseł tylko u stworzonych sztucznie tożsamości. Jednym słowem te dwie pozostałe osoby nie istnieją, a hasła wymyśliłem ja.

- Nieprawdopodobne. Nigdy bym na to nie wpadła. Gdybym o tym wiedziała, to znając pana, typowałabym jakieś niecenzuralne hasło - staram się być dowcipna.

Pułkownik się uśmiecha, ale jest wyraźnie zakłopotany. Z tego wnoszę, że dowcip mi nie wyszedł.

Zaraz, zaraz. Czuję, że mnie oświeca. Chyba już wiem, jakie zastosowanie może mieć ta metoda. Właśnie zrozumiałam, w jaki sposób mogę zarobić koszmarnie olbrzymie pieniądze. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby mi teraz powiedzieli, że ten eksperyment został stworzony właśnie po to. Jeśli tak, to czapki z głów, panowie szlachta.

- - - - - - - - -


Środa, czwarty marca, godzina 10.30. Siedzimy w samochodzie w drodze do Warszawy. Piotr prowadzi. Krajobraz nieco się zmienia i aura także. Zaczyna kropić deszcz i topi resztkę zalegającego na poboczach śniegu. Szkoda, że nie mieliśmy wczoraj tyle czasu, żeby prześledzić dane na komputerze ojca. W zasadzie dobrze, że w końcu udało się go odpalić, bo i z tym był kłopot. Mój mąż jest mistrzem "podpinek". Połączył komputer z poprawnym oprogramowaniem do tego, który przywieźliśmy od ojca i zadziałało. Na razie mamy kopię dysku. Analizą zajmiemy się po powrocie. Wyciągam telefon i wybieram numer.

- Halo? - rozlega się w słuchawce głos Radosława.

- Cześć, Radzio - mówię. - Co też dzisiaj porabiasz?

- Hej! W pracy siedzę. A czemu pyta?

- Bo chce się z tobą zobaczyć - Radosław często zwraca się do ludzi w bezosobowy sposób, co powoduje, że grono jego przyjaciół jest niezwykle wąskie. Odpłacam mu się tym samym.

- Super! Jest w stolicy?

- Jeszcze nie, ale już dojeżdża. Z mężem. Żeby sobie nic nie myślał.

- Uuuuuu. Niedobrze. Miał nadzieję na upojną randkę.

- Uuuuuu. Jakby wiedziała, to by męża zostawiła w domu - Piotr wybucha śmiechem. - Słuchaj Radzio, kiedy wymieniałeś ostatnio olej w samochodzie?

- O Boże! Ale trudne pytania zadaje - zastanawia się przez chwilę. - Nie pamiętam dokładnie. Jeszcze w starym roku.

- W porządku. W takim razie jedziemy do ciebie wymienić ci olej.

- Ale...

- Nie ma żadnego ale. Pożyczasz nam auto na godzinkę, maks dwie, a my ci w podziękowaniu wymieniamy olej. Co ty na to?

- Za niektórymi nie nadąży. Bierze auto i nie gada za dużo, bo się rozmyśli.

- Super! Będziemy za godzinkę. Tam gdzie zawsze?

- Jasne. Niech czeka.

Odkładam telefon i uśmiecham się do męża. On jednak tego nie widzi, skupiony na śledzeniu znaków drogowych.

- - - - - - - - -


- Pani Zuzanno. Potrzebuję pani pomocy - głos w telefonie brzmi znajomo.

- Witam pana komisarza - mówię i uśmiecham się do siebie na wspomnienie mojej reakcji na kolor jego oczu. No tak, dla niego jestem przecież doktor Zuzanną Kawską. Psychologiem śledczym.

- Witam. Miło mi panią słyszeć.

- Mnie również - mówię.

- Mam do pani wielką prośbę. Mam nadzieję, że zgodzi się pani mi pomóc.

- Zależy, co będę miała zrobić, ale będę się starała.

Nietrudno jest się domyślić, o co chodzi, ale czekam, żeby sam to powiedział.

- Muszę przygotować ofertę dla Łukasza Lipnickiego, tego przesłuchiwanego u nas chłopaka. Mam nadzieję, że pani pamięta.

- Oczywiście, że pamiętam.

- Dostaliśmy cynk, że szykuje się jakiś potężny przemyt i może dzięki temu udałoby się nam go udaremnić.

Jeszcze mi to potrzebne. Doba trwa zdecydowanie za krótko ostatnio.

- Czy to jest bardzo pilna sprawa? - Uważam, żeby nie zabrzmieć zbyt wrogo. - Ostatnio jestem strasznie zajęta.

- Myślę, że mam czas do końca tygodnia.

- Czy zna pan już jakieś szczegóły?

- Niewiele, ale i tak nie mogę o nich na razie mówić. Potrzebuję pani, żeby mieć pewność, że nie zostawimy chłopakowi żadnego wyjścia.

- W tej chwili nie mogę panu nic obiecać. Ostatnio prawie nie bywam w domu. Czy jest pan dyspozycyjny? - Pytam.

- Oczywiście.

- To może umówimy się gdzieś na trasie.

- Mnie pasuje.

- Niech pan czeka na telefon ode mnie. Jak będę miała chwilę, to podam panu, gdzie się spotkamy - zastanawiam się przez chwilę. - Wie pan już, o co chodzi z tym bratem? Dlaczego Łukasz go tak nienawidzi?

- Pracujemy nad tym, ale jeszcze nic nie znaleźliśmy. Lipnicki nie chce współpracować.

- Proszę spróbować. Przypuszczam, że to by nam ułatwiło sprawę - mówię. - Zadzwonię do pana jutro. Teraz naprawdę muszę już kończyć.

- Jasne. Czekam na telefon.

Wkładam słuchawkę do kieszeni płaszcza i patrzę na kierującego samochodem męża. Zacisnął usta. Wie, o co chodzi i ja też wiem, że mu się to bardzo nie podoba.

W kieszeni rozlega się wibracja. SMS. Czytam: 584671427. Mój prywatny numer. Pozdrawiam. Tomasz Drzazga.