Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 22
Rozdział 22

Cały czas zastanawiam się nad celem podróży Mercedesa. To, że Biały to Białystok zdążyłam już ustalić z niemal stuprocentową pewnością. Białystok jest oddalony od warsztatu o sto osiemdziesiąt kilometrów, co przy stosowaniu się do wszelkich przepisów drogowych, a z doświadczenia wiem, że jest to konieczne przy przewożeniu nielegalnego ładunku, zajmie jakieś dwie godziny i piętnaście minut. Kierowca Mercedesa określił czas dojazdu do celu na cztery godziny. W Białymstoku muszą rozładować towar, ale są to tylko dwie paczki, więc pójdzie sprawnie. Rozładunek i wyjazd w dalszą trasę to, załóżmy, dwadzieścia - trzydzieści minut. Musimy szukać miejsca, które jest oddalone od Białegostoku o około półtorej godziny. To daje obszar o promieniu stu dwudziestu kilometrów, czyli obwód koła o długości siedmiuset pięćdziesięciu czterech kilometrów. Przy wyłączeniu obszaru Białorusi, która się wcina w ten okrąg na wschodzie i zabiera około jednej trzeciej długości obwodu okręgu, pozostaje pięćset trzy kilometry. Gdzieś na tej linii powinien znajdować się cel trasy Mercedesa.

Niemniej, trzeba wziąć również pod uwagę miejsca bliższe, ponieważ pobyt w Białymstoku może potrwać nieco dłużej. Co więcej, dojazd do celu drogą ze znacznym ograniczeniem prędkości lub po fatalnych drogach, może skrócić odległość o około trzydzieści procent.

Od razu odrzucam okolice Łomży, Zambrowa i Wysokiego Mazowieckiego, ponieważ wygodniej byłoby jechać najpierw tam, a dopiero potem do Białegostoku. Idealnie pasuje Augustów albo Grajewo no i setki innych miejsc, oddalonych o osiemdziesiąt do stu dwudziestu kilometrów na północ i południe od Białegostoku.

- - - - - - - - -


Jest trzecia dwadzieścia. Idealna pora do tego typu zadania. Ewentualny strażnik jest już bardzo zmęczony. Jego koncentracja jest na bardzo niskim poziomie. Patrzy na martwe wskazówki zegara i marzy o tym, żeby położyć się spać. Jak będę miała szczęście, to może nawet będzie już spał. To jest bardzo prawdopodobne. Jeżeli przez długi czas nic ciekawego się nie dzieje, ludzie tracą czujność. Wpadają w otępienie, półsen. Mija chwila i nawet nie wiedzą, kiedy już twardo śpią. Podjeżdżamy do warsztatu od Traugutta. Stawiamy samochód na poboczu.

- Wszystko według planu - mówię.

Już wcześniej omówiliśmy, co po kolei będziemy robić. Po pierwsze, wysiadamy z samochodu. Ja przemykam do warsztatu od "zaplecza". To znaczy, staram się wejść od razu do zabezpieczonej strefy, bez narażania się na kamery i zabezpieczenia z warsztatu. Piotr odgrywa rolę zwykłego przechodnia i obserwuje zabudowania od strony ulicy. Robi kółeczko przechodząc po kolei ulicami Traugutta, Fabryczną, potem szybkim krokiem przez Rodziewiczówny i Zieleniecką, do auta. Potem ma przejechać samochodem tą samą trasą, ale w odwrotnym kierunku. Mamy cały czas połączenie ze sobą, więc możemy na bieżąco modyfikować plan. Ja w tym czasie mam sprawdzić, co znajduje się za tym metalowym płotem. W ciągu dnia przejechaliśmy tędy i stwierdziliśmy, że od tyłu teren jest zabezpieczony murem wysokim na dwieście dziesięć centymetrów. Wysoko. Jak dla mnie, to za wysoko. Szczęśliwie, pod jedną ze ścian budynku leżą palety. Postanowiłam wziąć trzy i oprzeć jedną pod kątem o mur, przy niej postawić pozostałe dwie, jedna na drugiej i wspiąć się po nich jak po drabinie. Przydałby się kawałek drutu, żeby je ustabilizować, ale niestety, nie pomyślałam o tym. Rozglądam się wokół, ale nic odpowiedniego nie widzę. Na początku wydawało mi się, że palety to dobry pomysł. Teraz nie jestem już taka pewna. Palety są stare i przesiąknięte wodą po zimie. Staram się stawać jak najbliżej brzegów. Idzie mi całkiem dobrze. Do czasu, kiedy opieram ręce o szczyt muru. W tym momencie pęka jedna z desek. Zamieram. Dźwięk jest głośny. Jeżeli ktoś jest na zewnątrz, to na pewno to usłyszał. Liczę w myślach do dwudziestu. Nic się nie rusza. Może nikogo tu nie ma. Albo gość przysnął. Przesuwam się wyżej. Lustruję okolicę. Nie jest źle. Trzy metry w prawo - leżą jakieś skrzynki. Poukładane jedna na drugiej. Muszę wrócić na dół i przesunąć palety, na których stoję, kawałek dalej. Tym sposobem będę mogła zejść po drugiej stronie jak po schodach. Moja druga próba idzie jak z płatka. Jestem już na miejscu. Rozglądam się wokół. Teren jest w zasadzie pusty. Na środku stoi metalowy barak. Koło niego dwa stare samochody. Z tej perspektywy nie widzę dokładnie, jakie to marki, ale to przecież nie ma żadnego znaczenia. Nieco dalej leży jakaś karoseria i trochę drobnego złomu. Na ziemi widzę ślady opon trzech różnych samochodów. Dość świeże. Mercedesa nie ma. Podczas naszego popołudniowego zwiadu nie natknęliśmy się na jego powrót. Być może wcale nie wrócił. Możliwe też, że wyjechał ponownie w jakieś inne miejsce.

- Jak tam sytuacja u ciebie? - mówię do mikrofonu.

- Spokojnie. Żadnych ludzi. Przejechał koło mnie tylko jeden samochód - słyszę odpowiedź Piotra.

- OK. Wracaj do samochodu i przejedź naokoło. Wyjdę w tym samym miejscu.

- Dobrze.

Podchodzę do baraku. Jak na razie wszystko układa się po mojej myśli. Nikogo tu nie ma. Mogę się spokojnie rozejrzeć. Zaglądam przez okno. Poruszam nim. Zamknięte. Idę do drzwi. To samo. Przez drzwi nie dam rady wejść. To jest pewne. Pozostaje okno. Wracam. Dotykam futryny, szukając słabszych punktów. W jednym miejscu palec wchodzi mi w przegniłe drewno. Całkiem blisko zamka. Wyciągam scyzoryk i wtykam ostrze w naruszone miejsce. Wchodzi jak w masło. Nie wierzę we własne szczęście. Niecała minuta i okno stoi otworem. Biegnę po jedną ze skrzynek. Podstawiam ją pod okno i wspinam się do środka.

- Jestem w baraku. Słyszysz mnie? - mówię szeptem.

- Tak. Uważaj na siebie - Piotr musi być strasznie zdenerwowany. Słychać to w jego głosie. - Mów co widzisz.

- Stół na środku. Jakieś kartony z woreczkami strunowymi. I jakieś małe kartoniki z numerami. Kilka krzeseł. Szafka z czajnikiem bezprzewodowym. Kawa, cukier i inne takie. Podłoga betonowa. Dosyć czysta.

- Masz pomysł na to, co oni tam robią?

- Chyba coś przepakowują. Żadnej produkcji tutaj nie ma. Coś przywożą, sortują i wysyłają dalej. To dlatego są im potrzebne te woreczki strunowe. Czekaj. Tutaj w rogu leżą jakieś zużyte worki foliowe.

Chowam jeden z nich do kieszeni i rozglądam się badawczo jeszcze przez chwilę. Chcę zapamiętać wszystko jak najdokładniej. Nic więcej ciekawego nie widzę. Wyciągam telefon i robię zdjęcia w trybie noktowizyjnym.

- OK. Wychodzę. Podjedź po mnie.

- OK.

Przeciskam się na zewnątrz. Staję na skrzynce i próbuję wsunąć okno na swoje miejsce. Robię przy tym trochę hałasu. Spowalniam ruchy. Staram się skoncentrować na tym, co robię. Nareszcie rygiel wskakuje w otwór ościeżnicy. Oddycham z ulgą i tym sposobem robię podstawowy błąd. Najwięcej błędów popełnia się przy końcu zadania, kiedy przychodzi już odprężenie i napięcie zaczyna opadać. Człowiek zaczyna myśleć o tym, co będzie robił za chwilę. To właśnie dlatego nie słyszę nic za plecami. Szczęk zamka totalnie mnie zaskakuje. Zastygam w bezruchu.

- Nie ruszaj się, bo ci odstrzelę łeb.

Młody głos. Mężczyzna.

- Nie strzelaj. Nic nie ukradłam - mówię, żeby Piotr usłyszał co się dzieje.

- Ilu ich jest? - rozlega się w słuchawce.

- To jest mój pierwszy raz. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam - mówię do faceta za plecami. Mam nadzieję, że Piotr zrozumie.

- OK. Tylko jeden. Podjeżdżam pod bramę. Przygotuj się.

- Odsuń się od okna. Powoli. W lewo. - Wykonuję instrukcje jak najwolniej. - A teraz się odwróć.

Błyska światło latarki.

- Teraz - słyszę w słuchawce.

Ruszam natychmiast. Zza muru rozlega się głośny dźwięk klaksonu, a ja walę faceta bykiem w brzuch. Rozkłada ręce szeroko. Latarka spada na ziemię. Uderzam go kantem dłoni w krtań i nadeptuję przedramię jego prawej ręki. Łapię za pistolet. Nie puszcza. Przekręcam zdecydowanym ruchem jego dłoń. Słyszę chrupnięcie kości. Facet krzyczy. Wyrywam pistolet i co sił w nogach biegnę w stronę muru.

- Podjeżdżaj. Już wychodzę - sapię do mikrofonu.