Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 26
Rozdział 26

O odnalezieniu przez policję dziupli we wsi Wroceń, dowiaduję się zupełnie przypadkowo jadąc samochodem. Ogólnie rzecz ujmując, nie słucham już radia w aucie, ponieważ nie cierpię rozmów w studio dotyczących wydarzeń politycznych, a wszystkie informacje bieżące, które mnie interesują, otrzymuję w updatach codziennie rano i wieczorem. Tym razem włączam radio z powodu pogody. Jest bardzo ślisko i jestem ciekawa, jak przedstawia się sytuacja na drogach. Właśnie w tej chwili podawane są wiadomości z kraju. Słyszę, że jakiś miłośnik przyrody, obserwując przez lornetkę gniazda lęgowe ptaków o nazwie bataliony, zauważył podejrzane zachowanie czterech mężczyzn na terenie zaniedbanego gospodarstwa. Sprawdzam na mapie trasę z Białegostoku do tej miejscowości. Dystans: sześćdziesiąt trzy kilometry.

Dzwonię do Piotra.

- Wiesz, gdzie leży Wroceń? - pytam od razu.

- Nie mam pojęcia - odpowiada.

- Nad Biebrzą. Na południe od Grajewa. A wiesz, dlaczego pytam?

- Znowu nie mam pojęcia. Przecież ja za tobą nigdy nie mogę nadążyć.

- Policja znalazła tam dziuplę. Magazyn z częściami samochodowymi, prawdopodobnie z kradzieży i jakieś substancje, które wzięli do badania.

- Myślisz, że to jest to miejsce, do którego jechali ci faceci z Mercedesa? - słyszę zdumienie w jego głosie.

- Obliczyłam odległość. Pasuje idealnie - odpowiadam. - Zaraz dzwonię na policję w Goniądzu.

- W Goniądzu?

- Tak. Wroceń leży w gminie Goniądz. Napuszczę policję na ten warsztat w Markach. Wracam teraz w pobliże autostrady. Zadzwonię stamtąd. Chcę, żeby mnie złapał nadajnik w Starych Marzach.

- - - - - - - - -


Tego samego dnia przychodzi kolejny mail od Krystyny. Czytamy go z Piotrem na ekranie komputera.

"Panie Stanisławie, nie jestem pewna, czy mogę Panu pomóc. Nie mam pojęcia, gdzie Henryk przebywa. Miał przyjechać do mnie dwa lata temu. Mieliśmy wspólne plany. Pisał, jak bardzo mnie kocha i że nie wyobraża sobie życia beze mnie. Wyjechałam po niego na lotnisko, ale nie przyleciał. Próbowałam się do niego dodzwonić i napisałam maila. Otrzymałam jednak informację, że taki adresat nie istnieje. Wciąż dzwoniłam i pisałam sms-y na komórkę. Niestety, bez skutku. Nie odpowiadał. Po jakimś czasie jego telefon został wyłączony. Pomyślałam, że coś mu się stało. Kilka razy mówił, że boi się o swoje życie, bo jego była żona wielokrotnie groziła, że go zabije. Chciałam już zawiadamiać policję, ale zupełnym przypadkiem moja znajoma wygadała się, że spotkała Henryka na dworcu autobusowym w Lublinie. Zachowywał się dziwnie. Udawał, że jej nie widzi, ale go dogoniła i zapytała, co tam robi. Powiedział, że ma jakieś ważne sprawy, że ze mną zerwał i prosił, żeby mi nie mówiła o tym spotkaniu, bo to niby będzie zbyt bolesne dla mnie. Potem szybko zakończył rozmowę i odszedł. Znajoma rzeczywiście przez jakiś czas mi o tym nie mówiła, ale spotkałam ją któregoś dnia i kiedy opowiedziałam jej o tym, że się o Henryka boję i że mam zamiar powiadomić policję, powiedziała, żebym tego nie robiła. O wszystkim mi opowiedziała. Byłam zdruzgotana. Nie wiem do dzisiaj, o co w tym wszystkim chodzi. Przecież jeżeli miał jakieś kłopoty, to mógł mi o nich powiedzieć. Ale on zamiast tego znikł bez śladu. Wcale nie pomyślał o mnie i o tym, co czułam. Może Pan sobie to wyobrazić? Czułam się jak jakaś idiotka. Kiedy Pan napisał, że Henryk wziął od Pana pieniądze na moją operację, byłam wściekła. Teraz już wiem, że to jest krętacz i człowiek bez serca. Czy Pan wie, jakie musiałam wymyślać historie dla moich znajomych, którym opowiadałam o nim, jego wielkiej miłości i planowanym ślubie? To było dwa lata temu. Od tej pory nie mam żadnej informacji na jego temat. Nie miałam pojęcia, że jeszcze o nim usłyszę. Pozdrawiam, Krystyna Kleiner.

P.S. Gdyby dowiedział się Pan czegoś, proszę dać mi znać. Szczególnie, jeśli będzie to informacja, która go w jakiś sposób zrehabilituje. Nikt nie lubi być przecież bezdusznie porzucony."

Czuję sympatię do tej kobiety. Myślę, że Piotrowi też jest jej szkoda.

- Znowu jesteśmy w punkcie wyjścia - mówi.

- Niby tak, ale wiemy, że w podejrzewanym terminie do Stanów nie wyjechał i że był widziany w Lublinie. To już są jakieś informacje. Można się zastanowić, co porabiał w Lublinie. Raczej chciał się ukryć, moim skromnym zdaniem.

- Ale ta informacja nic nam nie daje. Dwa lata temu był w Lublinie, ale gdzie jest teraz? Może być wszędzie. Może nawet i w Stanach. Miał bardzo dużo czasu, żeby się przemieścić.

- Musielibyśmy mieć dostęp do danych lotnisk w Polsce, żeby wyeliminować wyloty. Spróbuję się tym zająć. Może jest na to sposób. Jeśli natomiast jest w Polsce, to chyba musiał kiedyś posłużyć się swoim własnym nazwiskiem. Zniknąć bez śladu jest dość trudno.

- Napiszę jeszcze do tej Krystyny. Może ona ma jakiś pomysł na to, co mógł robić w Lublinie albo przypomni jej się jakiś szczegół. Może ta znajoma widziała coś więcej na tym dworcu.

- OK. Zajmij się tym, a ja pogadam z pułkownikiem. Chcę dostać jakiś porządny program do przeszukiwania danych. Zastanawiam się jednak, czy nie skupić się na okolicach Lublina. Zakładam, że jeśli ktoś chce się ukryć, to nie pokazuje się ludziom za często. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś go zobaczy. Tak się przecież stało. Myślę, że on może być w Lublinie albo okolicach.

Zastanawiam się przez moment. W głowie mam kotłowaninę myśli. Szukam jakiegoś punktu zaczepienia.

- A może on się na tym dworcu w Lublinie przesiadał do innego pojazdu? To by znaczyło, że wysiadł gdzieś na trasie autobusów, w miejscu, do którego można dojechać z przesiadką w Lublinie. Z drugiej strony mógł też wsiąść do pociągu albo nawet pojechać dość daleko taksówką. Nie mamy wyjścia - zwracam się znowu do męża. - Musimy jeszcze raz napisać do Krystyny.

- - - - - - - - -


"Dzisiaj w godzinach rannych policjanci z Centralnego Biura Śledczego wkroczyli na teren warsztatu samochodowego w Markach niedaleko Warszawy i aresztowali siedem osób. Wszystkie te osoby są podejrzane o działalność przestępczą taką, jak: kradzieże samochodów, paserstwo oraz handel nielegalnymi substancjami. Policja łączy to zatrzymanie z odnalezieniem magazynu we wsi Wroceń, które miało miejsce dwa dni temu. Wszystkim zatrzymanym grozi do dwunastu lat pozbawienia wolności."

Tym razem włączyliśmy telewizję i oglądamy wiadomości na wszystkich dostępnych kanałach. Reporterzy pokazują warsztat i krótkie migawki z zatrzymania. Pomimo zamazanych twarzy rozpoznaję trzy osoby po sylwetce i czwartego osobnika - tego, który trzymał mnie w nocy na muszce, po charakterystycznej kurtce khaki. Facet ma rękę w gipsie. To pewnie moja robota, myślę.

- No i pięknie - mówię, spoglądając na Piotra. - Wygląda na to, że mamy ich z głowy.

- Trzeba będzie się temu przyglądać, bo nigdy nie wiadomo - Piotr jak zwykle jest sceptyczny.

- Ja tam się za bardzo nie boję. Nie mogliby w tak krótkim terminie zatrzymać ich tylko dzięki anonimowemu zgłoszeniu telefonicznemu. Moim zdaniem, muszą już mieć przynajmniej odciski palców czy też analizy materiału organicznego z magazynu. Policja przecież musi się zabezpieczać. Przypuszczam, że mój telefon mógł ich tylko naprowadzić na to, gdzie szukać sprawców. Zobaczysz. My już jesteśmy od nich wolni.

- Myślisz, że złapali wszystkich?

- Nie wiem. Siedem osób to dość mały gang, ale pamiętaj, że czterech wyeliminowaliśmy sami. A to już jest spora liczba. Panom od monitoringu możemy już chyba podziękować.

Mówię tak, ale wcale nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Trzy dni temu ktoś mnie śledził. To mogli być oni, ale mógł być kto inny. Rejestracja gdańska sugerowałaby kogoś innego, ale kto wie, jak daleko sięgają macki tego gangu.

- Ja bym jeszcze poczekał z rezygnowaniem z monitoringu. Przynajmniej do czasu, kiedy się dowiem, że dorwali też szefa, bo tej informacji nie podali.

- Masz rację, tak zrobimy. Przyjmijmy jednak, że na jakiś czas mamy ich z głowy. Nawet jeżeli nie dorwali wszystkich, to i tak ta reszta ma co robić. Znaczy się: wiać, gdzie pieprz rośnie.

Piotr się uśmiecha i widzę, że napięcie go powoli opuszcza.

- Myślisz, że to dobry pomysł przywieźć Niko do domu? - pytam.

- Nie wiem. Może i nie powinniśmy, ale ja już strasznie tęsknię za Robakiem.

Piotr nazywa tak naszego synka, kiedy ma dobry humor. Uśmiecham się do siebie pod nosem.

- No to jadę - mówię.

Nie wspominam Piotrowi o podejrzanym samochodzie. Postanawiam się wstrzymać. Jeżeli ci faceci należeli do gangu, to pewnie teraz odpuszczą. Jeśli to ktoś inny, to przecież ich zgubiłam po drodze. Gdyby wiedzieli, gdzie mieszkam, to już by tu byli. Znam mojego męża bardzo dobrze i wiem, że informacja o śledzącym mnie pojeździe nie pozwoliłaby mu zasnąć.