Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 27
Rozdział 27

- Co to, kurwa, ma być!!! - Karski odebrał telefon na parkingu sejmowym, w drodze do samochodu. Numer zastrzeżony. Głos w słuchawce był tak donośny, że odruchowo odsunął słuchawkę od ucha.

- Uspokój się - powiedział. - Nie drzyj się tak głośno, bo jeszcze ktoś usłyszy.

- Jak mam się uspokoić, kiedy mi firmę rozpieprzyliście. Na amen.

- Nie my, nie my - powiedział zirytowany. - Ja nie miałem z tym kompletnie nic wspólnego. O całej akcji dowiedziałem się z mediów.

- A za co ja ci, do cholery, płacę? Właśnie po to cię trzymam, żebyś o wszystkim mnie uprzedzał. Miałeś mnie informować o takich nalotach, ty ciulu!

- Tylko bez takich, bo zaraz skończymy tę dyskusję. Ta sprawa wcale nie przechodziła przez moje ręce. Dowiedziałem się, że policja dostała anonimowy telefon o twoim powiązaniu z dziuplą w tej pipidówie, co ją znaleźli dwa dni temu.

- Nikt nie miał prawa o tym wiedzieć.

- A jednak ktoś cię przejrzał. Zastanów się, komu zależy na tym, żebyś wypadł z branży? - ściszył głos prawie do szeptu. - Może poszukasz na swoim podwórku?

- To niemożliwe, żeby to był ktoś z moich. Wszyscy ci, co znali ten adres, zostali, kurwa, zabici, a pozostali dwaj to moi zaufani pracownicy. To niemożliwe.

W telefonie rozległ się głośny warkot i dźwięk, który mógł świadczyć o uderzaniu słuchawką w coś twardego.

- Kurwa, to się nie dzieje naprawdę - w głosie słychać było desperację.

- A nie pomyślałeś, że te twoje trupy mogły przed śmiercią się wyspowiadać?

- Nie wierzę - powiedział, ale już nie tak zdecydowanie. - Musieliby ich chyba torturować. Rękę bym sobie za nich dał uciąć.

- Ty sobie nic nie ucinaj, bo może jeszcze będziesz musiał. Teraz masz się na jakiś czas przyczaić.

Rozejrzał się, czy w pobliżu nie ma jakichś ciekawskich uszu.

- Ty mi nawet tak nie pierdol. Wyciągniesz mnie z tego. Koniec i kropka.

- Jeśli dam radę.

- Nie masz wyjścia. Pamiętaj, jeśli pójdę na dno, to ty razem ze mną.

Wiedział, że to mogą nie być tylko czcze pogróżki. A przecież wystarczy tylko mała plotka, aby był skończony.

- Zobaczę, co się da zrobić. Bądź w kontakcie - szybko zakończył rozmowę, ale nie odłożył telefonu, tylko od razu wybrał kolejny numer.

- Wydaje mi się, że mamy poważny problem - powiedział do słuchawki. - Musimy chyba porozmawiać.

Przez chwilę wsłuchiwał się w odpowiedź osoby po drugiej stronie linii.

- Oczywiście, panie premierze. Będę punktualnie.

- - - - - - - - -


Kolejny mail od Krystyny nie wnosi nic nowego. Dowiadujemy się tylko, że ojciec miał ze sobą walizkę i dużą torbę na ramieniu. Wglądało również, że wychodzi z dworca, ale znajoma wsiadała od razu do swojego autobusu, więc nie może powiedzieć na pewno, że dworzec opuścił.

Cały czas zastanawiam się, jak można go odnaleźć. Przepuszczam dane przez program do obliczeń statystycznych i wychodzi mi, że prawdopodobieństwo jego pobytu w Lublinie wynosi 12,8 procent, w Lublinie i okolicach - 31,3. Za mało, żeby wybrać się w tamte strony i próbować go namierzyć osobiście.

To, że nie posługuje się oficjalnie swoim własnym nazwiskiem, ustaliłam już dawno. Z perspektywy administracyjnej przestał po prostu istnieć. W związku z tym zaczynam namierzać numery IP z całego województwa lubelskiego, pod kątem zainteresowań ojca. Z zawartości komputera wynika, iż interesują go strony związane z krytyką obecnych władz, sztuką, a w szczególności malarstwem, filmami sensacyjnymi, związanymi ze wszelkiego rodzaju teoriami spiskowymi, no i przede wszystkim uwielbia dowcipy niskich lotów. Ponadto wiem, że lubi wypowiadać się na wielorakie tematy na forach internetowych.

Krąg prawdopodobnych trafień wciąż się zawęża, jednak po dodaniu wszystkich danych zostaje 905924 wyników, co stanowi 42,1 procent wszystkich mieszkańców województwa lubelskiego. Zakładam, że ojciec nie pracuje, więc może wchodzić na strony internetowe o każdej porze dnia i nocy, w każdy dzień tygodnia. Wykluczam zatem z poprzedniego wyniku 59,8 procent i otrzymuję liczbę 364182. Ciągle za dużo. Muszę się skupić chyba na portalach społecznościowych i forach tematycznych. Zapisuję się do najbardziej popularnych. Analizuję nazwy loginów i treści wpisów. Tutaj już jest lepiej. Znajduję 1089 osób, których treść wypowiedzi przypomina jego styl i sposób myślenia. Z tej grupy wyrzucam loginy wskazujące, że osobą piszącą jest kobieta. Zakładam, że nie użyłby żeńskiego nicku. Zostaje mi 369 osób. Ciągle jednak brakuje mi jakiegoś konkretnego zdania, jakiegoś szczegółu, który mógłby jednoznacznie na niego wskazać.

- - - - - - - - -


Jestem pewna, że ktoś uparcie mnie śledzi. Wracam z Gdańska i sytuacja sprzed tygodnia znowu się powtarza. Samochód jest inny, ale jestem pewna, że osoby siedzące w środku, to ci sami faceci, którzy jechali poprzednio Oplem Insignią. Tym razem śledzi mnie srebrna Toyota Prius rocznik 2015.

Dzwonię do Marka. Odbiera dopiero za drugim razem.

- Mam problem, Marku - mówię. - Siadło mi auto. Chcę je zawieźć do mechanika w Białym Borze. Czy pożyczyłbyś mi swój samochód na jakiś czas? Odbierzesz sobie mój, jak go już naprawią, dobrze?

- Nie ma sprawy - odpowiada.

- Wiedziałam, że mogę na tobie polegać - oddycham z ulgą.

- Czy mam po ciebie gdzieś podjechać?

- Jeśli masz czas, to przyjedź do mechanika. Tak za godzinkę z hakiem. Wiesz gdzie?

- Chyba tak. Za Mniszkiem trzeba skręcić w lewo i potem w prawo w las?

Byliśmy tam kiedyś razem. Wymienialiśmy amortyzatory w Marka renówce.

- Tak. Gdybyś miał problem ze znalezieniem, to dzwoń.

- Dobrze - mówi. - A potem zabieram cię na kawę do nas. Mama się ucieszy.

- W porządku. To na razie.

Skręcam w stronę Grudziądza. Samochód jedzie nadal za mną. Mam nadzieję, że dam radę zgubić ich gdzieś w mieście. Bardzo mi zależy, żeby nie domyślili się, że o nich wiem. Muszę im bardzo umiejętnie uciec. Postanawiam skorzystać z poziomowego parkingu w kompleksie handlowym. Jest sobota. Popołudnie. Powinno być dość tłoczno. Jeśli będę miała szczęście, to uda mi się ich oszukać. Wjeżdżam na pierwsze piętro. Mnóstwo samochodów. Znajduję jedno miejsce i udaję, że chcę zaparkować. Niestety, śledzące mnie auto zatrzymuje się za mną i czeka. Rezygnuję z zaparkowania i jadę kawałek dalej. Mam nadzieję, że ci goście skorzystają z pozostawionego przeze mnie miejsca. Niestety. Muszą być bardzo zdeterminowani, żeby mnie nie zgubić. Znajduję miejsce tuż przy wjeździe na kolejne piętro i znowu powtarzam manewr parkowania. I znowu mam pecha. Widzę, jak czerwony Fiat Panda zwalnia miejsce dwadzieścia trzy metry ode mnie. Śledzące mnie auto zajmuje wolną przestrzeń. Nie mam innego wyjścia, jak tylko dokończyć manewr i wysiąść. Muszę się zachowywać zupełnie naturalnie. Wchodzę do sklepu cały czas obserwując teren za sobą.

Jest. Idzie za mną. Tylko jeden. Drugi facet prawdopodobnie został w samochodzie. Patrzę na jego twarz odbitą w witrynie sklepowej i staram się jak najdokładniej go zapamiętać. Włosy: ciemny blond. Oczy: dość małe. Brwi: krzaczaste. Nos: szeroki, prosty. Usta: wąskie. Wystający podbródek, który z resztą twarzy tworzy prawie idealny trójkąt. Przyglądam mu się tak usilnie, że niemalże zapominam, iż powinnam się w końcu ruszyć i coś kupić, by zachować pozory. Wchodzę do księgarni i kupuję komiks dla Nikodema. Seria Ninjago. Takiej jeszcze na pewno nie ma. Powinien być szczęśliwy. Wracam do auta, skanuję go, czy podczas mojej nieobecności nie podłożyli mi jakiegoś urządzenia naprowadzającego. Czysto. Ruszam. Patrzę w lusterko. Jadą za mną.

Skręcam w prawo w kierunku Stolna i jadę powoli zastanawiając się, co powinnam teraz zrobić. Przebiegam myślą rozkład jazdy pociągów. Czuję, że nareszcie uśmiechnie się do mnie szczęście. Za piętnaście minut pociąg z Grudziądza do Torunia powinien dojeżdżać do Mniszka. Gdyby tylko udało się...

Dopasowuję prędkość jazdy do pozostałego czasu. Żebym tylko się dobrze wstrzeliła. Minuty mijają. Ni stąd, ni zowąd, odkrywam ze zdumieniem, że znam twarz śledzącego mnie faceta. Widziałam go już wcześniej na zdjęciu zamieszczonym w gdańskiej gazecie internetowej. Był w tłumie ludzi na koncercie, siedemnastego lutego w gdańskiej Arenie. Ciekawe. Dlaczego akurat tę twarz zapamiętałam? Będę musiała jeszcze sprawdzić, czy się nie mylę.

Mijam pociąg na wysokości zjazdu na autostradę. Jadę dalej, próbując jak najwcześniej dostrzec sygnalizację świetlną przy przejeździe. Czerwone światło. Zwalniam. Czekam na zapalenie się pomarańczowego. Wolniej już nie mogę jechać, bo będzie to podejrzane. Jest zmiana świateł. Mam przed sobą 250 metrów do przejazdu. Włącza się sygnalizacja dźwiękowa. Pamiętam, żeby nie włączyć kierunkowskazu. Jak najdłużej muszę udawać, że jadę prosto. 90 metrów. Szlabany zaczynają się obniżać. Jadę prosto. Jeszcze kawałek. Kawałeczek. Wykonuję delikatny zwrot i w ostatniej chwili nurkuję samochodem w lewo. Patrzę za siebie. Udało się. Toyota została przed przejazdem.

Teraz sprawa jest dosyć prosta. Jadę prosto przez osiedle i wjeżdżam na szutrową drogę. Wyznaczam trasę leśną. Jadę 13 minut i wyjeżdżam we wsi o nazwie Biały Bór. Znam te tereny dość dobrze. Jadę kawałek drogą asfaltową i skręcam w prawo. Jestem na miejscu. Marka jeszcze nie ma. I dobrze. Nie zdążyłam zadzwonić do Waldka, żeby uprzedzić go o tym, że przywiozę mu auto do naprawy.