Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 28
Rozdział 28

- Tata, a co to jest potas? - słyszę głos synka dochodzący z salonu.

- To taki pierwiastek - odpowiada mój mąż z rozbawieniem w głosie.

- A co on robi?

- Sprawia, że jesteś mądry.

Dziwię się, że okres pytań trwa w życiu człowieka tak krótko. Dlaczego moi uczniowie nie bywają dociekliwi? Przecież to właśnie odpowiedzi na pytania są motorami postępu.

- Tata, a to prawda, że banany mają dużo potasu?

- Prawda, synku.

Ciekawe, gdzie on usłyszał o tym potasie. W szkole? Wątpię.

- A czy ja mogę sobie zjeść banana?

- No pewnie.

Słyszę, jak Niko biegnie do kuchni.

- Przynieś mi też - woła do niego Piotr. - Jak mamy być mądrzy, to razem, prawda?

- Jasne, tata - odpowiada nasz syn. Słyszę, że usta ma wypełnione owocem.

- Wiesz, tata, bo u nas w klasie jest Olka i ona jest bardzo mądra. Ja też chcę być mądry, bo pani będzie mnie wtedy chwalić.

- Ale ty przecież już jesteś bardzo mądry.

- Nie, nie jestem - słyszę płacz w jego głosie.

- Dlaczego tak mówisz?

- No bo ja nigdy nie odpowiadam na pani pytania. A pani powiedziała, że Olka jest najmądrzejsza w klasie.

- No, ale przecież ty znasz odpowiedzi na pani pytania.

- Ale ja nigdy nie zdążę odpowiedzieć. Pani bierze inne dzieci. A Olka zawsze się wyrywa.

- Bo pani pewnie nie wie, że ty znasz odpowiedź. Musisz się zawsze szybko zgłaszać i pani cię na pewno zapyta.

- A jak pani mnie zapyta i ja źle odpowiem? Wszyscy się będą ze mnie śmiali.

- Nikt się nie będzie śmiał. Zobaczysz.

Słucham tej rozmowy i nachodzą mnie pewne refleksje na temat naszego systemu edukacji. Czy rzeczywiście nie byłoby lepiej, gdyby każdy uczeń pod koniec dnia, tygodnia, miesiąca czy semestru, mógł się pochwalić tym, czego się nauczył? Czy nie byłoby lepiej, gdyby otrzymał informację zwrotną, że wykonał świetną robotę i zasługuje na pochwałę? Nikt nie wracałby do domu rozczarowany. Nikt nie czułby się niedoceniony.

Coraz wyraźniej dostrzegam wszelkie mankamenty naszego systemu edukacji. I chyba znajduję pomysł, jak połączyć powyższe z tym, czego w naszych szkołach brakuje, czyli odpowiedzialności za stan własnej wiedzy i planowania przyszłości.

Jak wygląda szkoła dzisiaj? To dla większości przykry obowiązek, z którego trzeba się rozliczyć przynajmniej w stopniu minimalnym. I choćby nic się nie robiło, to i tak się ją prędzej bądź później skończy, w tym lub innym miejscu.

Uczeń w szkole ma bywać i nie sprawiać kłopotów. Przychodzi więc do szkoły. Otrzymuje partię nowego materiału, teoretycznie do przyswojenia, a tak naprawdę "do zaliczenia". Idzie do domu i już nie pamięta o tym, co miał zrobić. Wraca do szkoły i jego wiedza zostaje sprawdzana. Okazuje się, że stan tej wiedzy jest średni, niski bądź bardzo niski. A w każdym przypadku niższy, niż faktyczne możliwości ucznia, który nigdy nie wykorzystuje swojego całego potencjału.

Wracając do odpowiedzialności i planowania, to wydaje się, że lepszym sposobem na nauczenie młodego człowieka tych umiejętności, jakże ważnych w późniejszym, dorosłym już życiu, byłoby wprowadzenie zasady, że to uczeń jest odpowiedzialny za to, czego się uczy. Na każdym etapie swojej edukacji. Sam uczeń może planować działania na konkretny dzień, tydzień czy też miesiąc. Sam określa swoje małe cele, oczywiście w zakresie obowiązującego materiału szkolnego. Czyli minimum programowe - tak; maximum - nie. I właśnie z realizacji swoich planów mógłby być rozliczany.

Nigdzie nie jest zapisane, że wiedza ucznia powinna być limitowana do zawartości podręcznika lub też poziomu wiedzy nauczyciela. W dzisiejszym świecie, gdy dostęp do informacji jest tak łatwy i szeroki, tradycyjny podział ról na wykładowcę i słuchacza wydaje się być jakimś archaizmem. Zakładam, że w każdym, nawet wąskim temacie, młody człowiek jest w stanie znaleźć coś interesującego. A wiadomo, że jeżeli coś nas interesuje, to nie musimy wkładać najmniejszego wysiłku w zapamiętywanie.

Widzę to w ten sposób, że nauczyciel przedstawia uczniom, jakie są przewidziane zadania w danym przedziale czasowym, a uczeń indywidualnie wybiera z całej puli te, które akurat w danym dniu planuje wykonać. Pod koniec dnia przedstawia efekty swojej pracy i wówczas jest właśnie czas na to, aby wysłuchać indywidualnego komentarza nauczyciela w postaci wskazówek do dalszej pracy czy też pochwały.

Z perspektywy szkoły, jako instytucji, jednakże, ten sposób jest bardzo niewygodny. Wymagałaby on zindywidualizowanego toku nauczania. Łatwiej jest posegregować wszystkich według jakiegoś klucza, na przykład wieku, i traktować jednakowo według tych samych kryteriów.

Czym to wszystko się kończy w obecnym systemie?

Średniacy czują się w szkole dość dobrze, ponieważ pasują do wzoru i system jest stworzony właśnie dla nich. Ambitnym taki system przeszkadza, bo z całą pewnością chcieliby rozwijać swoje możliwości w szerszym stopniu. Leniwi i niechętni nauce stanowią dla systemu problem, ponieważ ich zupełnie nie obchodzi to środowisko, a nauczycielom, niestety, za bardzo rzucają się w oczy.

W poniedziałek idę do pracy po dwóch tygodniach urlopu bezpłatnego. Pomimo moich wątpliwości czuję pewną ulgę. Nigdy nie myślałam, że będę z przyjemnością wracała do pracy. Jednak doświadczam tak wielkiego głodu powrotu do normalności, że nawet wizja spędzania czasu z osobami, które wcale nie chcą ze mną być i słuchać tego, co mam do przekazania, wydaje się miłą odmianą.

W mojej pracy mogę znaleźć wszelkie przejawy życia, skumulowane jak antybiotyk w pigułce. Mogę poczuć cały realizm naszej egzystencji tak wyraźnie, że mam wrażenie, iż mogłabym go dotknąć, a nawet złapać za gardło. Od miłości i rozstań, po bezrobocie i biedę. Od szczęścia i radości, po beznadzieję i rozpacz. Mam tutaj cały wachlarz zachowań, zmieniających się jak w kalejdoskopie, który pozwala mi choć na chwilę oddalić od siebie moje własne życie.

- - - - - - - - -


Nie miałam czasu zająć się wcześniej workiem foliowym znalezionym w warsztacie, ani przeanalizowaniem zdjęć, które tam zrobiłam. Wyciągam najpierw aparat i wrzucam zdjęcia do komputera. Następnie drukuję je w powiększeniu. Wszystkie zdjęcia wychodzą dość wyraźnie. Przypominam sobie układ sprzętów w baraku i odpowiednio rozkładam zdjęcia na podłodze. Jestem trochę niezadowolona z faktu, że nie mogłam przyjrzeć się wszystkiemu dokładniej. No, ale dobrze się stało, że bandyta dopadł mnie już na zewnątrz. W środku mogło wszystko zakończyć się inaczej. Analizuję zdjęcia. Co jakiś czas wracam do komputera i powiększam jakiś interesujący mnie fragment. Zastanawiają mnie kartonowe opakowania z numerami. Kształty są różne, ale przystosowane do pakowania małych przedmiotów. Pamiętam, że w podobnym opakowaniu mój mąż kiedyś dostał otwieracz do butelek od jakiejś firmy. Jaka szkoda, że nie wzięłam żadnego z nich do zbadania. Przez długi czas nie znajduję nic interesującego. Wszystko wygląda tak, jak to zapamiętałam. Już mam zamiar zebrać zdjęcia, kiedy na jednym z nich spostrzegam ciemną rysę między deskami w podłodze. Powiększam obraz na ekranie, ale nie przychodzi mi do głowy, co to może być. Oddalam i zbliżam wielokrotnie. Za którymś razem robię zbyt mocny ruch i obraz zmniejsza się maksymalnie. I od razu widzę, jaki popełniłam błąd. Przed moimi oczami pojawia się skrytka w podłodze. Prawdopodobnie tam znalazłabym jakieś wyraźne ślady. Trudno. Nic już teraz nie zrobię. Wzdycham. Zbieram zdjęcia z podłogi i wrzucam je do koperty. Przychodzi czas na drugi etap badania. Wyciągam worek foliowy i rozwijam go delikatnie. Pierwszą rzeczą, która rzuca mi się w oczy to drobny, biały proszek, który zebrał się w załomkach. Dotykam delikatnie palcem. Wącham. Brak jakiegokolwiek zapachu. Suchy, nie zlepia się w palcach. Bardzo drobny. Nieco tylko cięższy od pyłku kwiatowego. Wzdycham i część proszku unosi się w powietrze. Nabieram odrobinę na paznokieć i dodaję kroplę wody. Nie rozpuszcza się. Myślę przez chwilę. Coś mi to przypomina. Otwieram szafkę w kuchni i wyciągam mąkę ziemniaczaną. Wydaje mi się, że są bardzo podobne. Proszek jest może o ton ciemniejszy. Jak mogę to najprościej zweryfikować? Jodyna, myślę. Przynoszę butelkę z apteczki. Od jakiegoś czasu mam ją idealnie wyposażoną. Wsypuję całą zawartość pogiętego worka na talerzyk. Dodaję kroplę brązowego płynu z butelki. Natychmiast kolor roztworu zmienia się na ciemnogranatowy. Tak. To skrobia. Teraz tylko trzeba się zastanowić nad jej zastosowaniem w tym warsztacie.

- - - - - - - - -


Prowadzę swoją pierwszą lekcję po urlopie. Temat: "Invitations. Accepting and declining." Lekcja, jak to lekcja. Ślimacze tempo. Ślimacze spojrzenia. Ślimacze myśli. Po omówieniu i wspólnych ćwiczeniach, proszę uczniów o wykonanie samodzielnego zadania, czyli napisanie zaproszenia. Uczniowie wykonują zadanie, a ja stoję na środku klasy i obserwuję ich.

I wówczas, jak grom z jasnego nieba, dopada mnie świadomość, że dokładnie pamiętam, kto był obecny na poprzednich lekcjach. Co więcej, dokładnie wiem, kto gdzie siedział. Tym samym otrzymuję potwierdzenie, że moja pamięć wzrokowa niesamowicie się poprawiła. Wydaje mi się, że ani Rybarski ani Kanin nie mają o tym pojęcia. Gdyby byli świadomi tej mojej umiejętności, to już miałabym za sobą jakiś test. Potwierdza się moje przypuszczenie, że niektóre umiejętności drzemią we mnie i budzą się dopiero po jakimś czasie, aktywowane specyficznym impulsem.

Wracam myślami do klasy. Widzę, że większość uczniów skończyła już zadanie. Proszę ich o podanie napisanego przez siebie zaproszenia koledze z klasy. Robi się małe zamieszanie, ale wykonują polecenie dość chętnie. Są ciekawi, co z tego wyniknie.

- Proszę, abyście napisali koledze odpowiedź w dwóch wersjach. Pierwsza, że akceptujecie zaproszenie. Wypytajcie o szczegóły, proszę. A druga, że niestety nie możecie przyjść i podajcie powód.

W klasie rozlega się zbiorowy jęk.

- W porządku - mówię. - Możecie to zrobić w dowcipny sposób. Ale pamiętajcie. Jeżeli napiszecie coś obraźliwego, to obniżę ocenę o trzy stopnie.

- To ja przejdę na ujemną stronę mocy - odzywa się Tomek.

Klasa chichocze. Ja też się uśmiecham. Dziwne, ale mnie też wydało się to zabawne.

Chodzę między ławkami i zastanawiam się, ile szczegółów zapamiętam z dzisiejszej lekcji.