Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 2
Rozdział 2

Pokój o wymiarach trzy na cztery. Wygłuszony. Pod sufitem w każdym rogu kamery, a na środku stół i cztery krzesła. Jedno po prawej stronie od drzwi, trzy po lewej. Siedzę na tym po prawej. Wokół mnie skacze jakiś gość i podłącza mnie do aparatury. Stół cały zastawiony maszynerią. Czuję się nieswojo. Nie wiem, co mnie czeka. Powiedziano mi tylko, że to jest test.

- Jest pan pewny, że to bezpieczne? - pytam.

Facet uśmiecha się. Jest młody. Dość wysoki. Przedstawił się, ale nie zapamiętałam nawet imienia.

- Tak. Jestem pewny - mówi. - Niech się pani nie martwi. Nic się pani nie stanie.

To miło z jego strony, że próbuje mnie uspokoić.

- Trzymam za słowo. W razie czego będzie mnie pan miał na sumieniu - pozwalam sobie na żart. - Czy ktoś już kiedyś pana straszył po nocach? - pytam przekornie.

- Nie - odpowiada.

- Wychodzi na to, że będę pierwsza. To jakieś pocieszenie, nie?

Do pomieszczenia wchodzą dwie osoby. Jedną z nich jest dr Rybarski. Drugiej nie znam. Postura Van Damme'a, twarz mojego nauczyciela od matmy z podstawówki. Lubiłam mojego pana od matematyki w podstawówce, jeśli dobrze pamiętam.

- Dzień dobry - mówi Rybarski. - Jak się pani czuje?

- Całkiem nieźle, zważywszy na okoliczności - uśmiecham się nieznacznie. - Przedstawicie mi zarzuty czy wypuścicie po 48 godzinach?

Chyba trafiam w ich poczucie humoru. Widocznie oglądamy te same filmy.

- Pani pozwoli, że się przedstawię - mówi Van Damme. - Nazywam się Mirosław Krupski, jestem asystentem doktora Rybarskiego.

Podobieństwo do ulubionego matematyka znika.

Spoglądam na niego z zaciekawieniem i osłupieniem. Asystent? Nic nie mówię, ale nie spuszczam z faceta wzroku.

- Przeprowadzimy teraz krótkie sprawdzenie działania aparatury badawczej - Rybarski rozpoczyna procedurę. - Została pani podłączona do wariografu, czyli wykrywacza kłamstw oraz do monitora, na którym będziemy sprawdzać potrzebne nam parametry, między innymi EKG i EEG. Czy mam opisać działanie tych przyrządów szczegółowo?

- Nie trzeba. Wiem na czym to polega.

- Czyli możemy zaczynać?

- Tak.

Technik objaśnia mi, w jaki sposób będzie przebiegało badanie.

- Przez około 15 minut będzie pani odpowiadała na pytania używając tylko słów "tak" lub "nie". Potem odłączę to urządzenie i doktor Rybarski wyjaśni, na czym polega następny test.

- Ile czasu to potrwa? - pytam doktora.

- Postaramy się, aby trwało jak najkrócej. Niemniej, musi się pani nastawić, że zabierzemy pani około półtorej godziny. Potem będzie pani mogła odpocząć. Nie wolno pani w tym czasie nic jeść ani pić. Mam nadzieję, że nie będzie to bardzo męczące.

- OK. Zaczynajmy.

- Proszę - doktor Rybarski zwraca się do technika i wyciąga dłoń pokazując, że wszystko jest do jego dyspozycji.

Nie mogę powiedzieć, że jestem mocno zdenerwowana. Ogarnia mnie raczej ciekawość, coś pomiędzy dreszczykiem emocji a tremą.

Badanie się zaczyna.

- Czy nazywa się pani Anna Kowal?

- Tak.

- Czy mieszka pani w Gdańsku?

- Nie.

- Czy dzisiaj jest czwartek 3 lipca 2014?

- Nie.

- Czy urodziła się pani 2 marca 1986 roku?

- Tak

- Czy jest pani matką?

- Tak.

- Czy ma pani córkę?

- Nie.

- Czy zajmowała pani kiedykolwiek publiczne stanowisko?

- Nie.

- Czy w tym pomieszczeniu, oprócz pani, znajdują się jeszcze trzy osoby?

- Tak.

- Czy są to kobiety?

- Nie.

- Czy jedną z tych osób jest Mirosław Krupski?

Po raz pierwszy mam problem z odpowiedzią. Nie za bardzo wiem, co robić.

- Nie - mówię zdecydowanie. Moje wahanie zostaje odnotowane.

Doktorek zerka na Van Damme'a. Ten zaś nie spuszcza wzroku ze mnie.

- Czy współpracowała pani kiedykolwiek z tajnymi służbami tego kraju?

- Nie.

- Czy współpracowała pani kiedykolwiek ze służbami obcego wywiadu?

- Nie.

Pytania powoli zmierzają ku końcowi. Patrzę na aparaturę. Rysik skacze po wydruku, raz wolniej, raz szybciej, w nieodgadnionym przeze mnie rytmie.

- - - - - - - - -


- Wiesz, że muszę to zrobić.

Siedzimy w kuchni. Piotr odsunięty ode mnie jak tylko można najdalej. Zawsze tak robi. Od kiedy pamiętam. Jak jest na mnie zły, to zachowuje "kompleksowy" dystans. Tak, jakbym parzyła. Żadna siła nie zmusi go, żeby się do mnie zbliżył. Na początku mnie to bolało. Później nauczyłam się to akceptować.

- Sęk w tym, że nie musisz - odpowiada. - Wymyśliłaś sobie, że musisz i powtarzasz to ciągle i masz nadzieję, że im dłużej będziesz powtarzać, to i sama w to uwierzysz, i ja w to uwierzę. Nie musisz tego robić.

Zaczynam wątpić, czy uda mi się przełamać jego opór. Urabiam go już od miesiąca. Bez żadnego efektu. Zaciął się tak mocno, jak jeszcze nigdy dotąd.

- Muszę. Wiesz dlaczego. Nie mogę pozwolić, żebyście żyli tak, jak teraz, z mojej winy.

- Oj, już przestań - wstaje z impetem z krzesła. Podnosi głos. - Żyjemy tak już trzy lata i nagle nie możesz pozwolić? A zresztą, to nie twoja wina, tylko twojego starego, wiec przestań się obwiniać, bo to już jest żałosne.

- Ale ja tak się czuję i ani ty, ani nikt tego nie zmieni.

Łapie mnie za ręce w nadgarstkach. Trzyma mocno.

- Trzymaj się od tego z daleka, proszę.

- - - - - - - - -


- Zanim przejdziemy do kolejnego badania, chciałbym wyrazić moje zadowolenie z pani odpowiedzi z użyciem wariografu. Na wszystkie pytania udzieliła pani odpowiedzi zgodnych ze stanem faktycznym. Jedno z pytań nie dotyczyło jednak pani wiedzy, ale odczuć. Czy domyśla się pani, o które pytanie mi chodzi?

- Oczywiście. To było pytanie dotyczące osoby, z którą pan przyszedł.

- Czy może nam pani opowiedzieć o swoim pierwszym wrażeniu, jakie zrobił na pani mój gość?

Spoglądam zaskoczona. Nie podejrzewałam, że od razu przejdą do sedna.

- Czyli każecie mi tłumaczyć, dlaczego odpowiedziałam na pytanie tak, a nie inaczej? - pytam.

- Proszę się nie martwić - zwraca się do mnie Van Damme. - Tutaj nie ma błędnych odpowiedzi. To wszystko jest częścią eksperymentu. Wszystkie pytania, które pani zadaliśmy, były ważne i gdyby udzieliła pani innych odpowiedzi, to też mielibyśmy materiał do analiz. Gdyby odpowiedziała pani twierdząco na pytanie "Czy jestem ufoludkiem?" - też byśmy to przełknęli. Jeśli by nam pani potem sensownie wytłumaczyła swoją odpowiedź, oczywiście.

- Ciekawe. Ale oczywiście widzę w tym sens - mówię.

- Wiem, że oczekuje pani ode mnie odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę jestem, ale najpierw, jeśli się pani zgodzi, proszę nam opowiedzieć o swoim pierwszym wrażeniu względem mnie.

Myślę przez chwilę, od czego mam zacząć.

- To, co od razu zwróciło moją uwagę to fakt, że ogólnie rzecz biorąc, nie wygląda pan na asystenta lekarza. Sprawia pan wrażenie osoby zdecydowanej, czyli kogoś, kto raczej zarządza ludźmi, a nie wykonuje polecenia. Pomyślałam, że może pan być ewentualnie dyrektorem szpitala, no, może ordynatorem. W co i tak wątpię, nie wiem sama, dlaczego. W pierwszej chwili poczułam przed panem respekt, więc myślę, że zajmuje pan dość wysokie stanowisko. Dodatkowo, pana sylwetka wskazuje, że dba pan o sprawność fizyczną. To o niczym nie świadczy, może pan być przecież wysportowanym lekarzem - patrzę na niego, czy rozumie żart. Zrozumiał. - To może być pana hobby, jakieś sztuki walki albo coś takiego, ale wiązałabym to raczej z pracą. Asystent odpada zdecydowanie. Co więcej, kiedy pan się przedstawiał: "Jestem asystentem", zrobił pan delikatny przydech przed słowem "asystent", więc albo został pan asystentem przed chwilą i jeszcze pan się do tego nie przyzwyczaił, albo w momencie mówienia myślał pan o tym, co powiedzieć, a to świadczy o tym, że jest to nieprawda. Wie pan, o czym mówię? Kiedy człowiek używa często jakiejś frazy, to wychodzi mu to płynnie. Kiedy się uczy czegoś, to mówi wolniej i robi przerwy między wyrazami. Pracuję jako anglistka, niech mi pan wierzy, że wiem, co mówię. O właśnie, gdyby pan powiedział zdanie "Pracuję jako asystent", nie przywiązałabym wielkiej wagi do tego przydechu, bo zdania typu "pracuję jako... pracuję na stanowisku... jestem zatrudniony..." wypowiadamy dużo rzadziej, niż "Jestem..." plus zawód. Gdyby założyć, że nie przedstawia się pan często w sytuacjach oficjalnych, to lekka przerwa między wyrazami nie zwróciłaby tak bardzo mojej uwagi. Wyrażenia bardzo popularne ulegają skróceniu, a nie wydłużeniu. Zaczęłam to dostrzegać w szkole. Kiedy pytam uczniów: "What do you like doing in your free time?", średnio siedem osób na dziesięć odpowie: "I like watching TV". Jak chcą być oryginalni, to odpowiedzą inaczej, ale zawsze zrobią przerwę przed nazwą czynności. Nawet jeśli dam im czas na przygotowanie odpowiedzi.

Rybarski się uśmiecha. Van Damme słucha w skupieniu.

- A imię i nazwisko? - pyta.

- Ta sama sytuacja. Być może ma pan na imię Mirosław, ale nazwisko jest fałszywe. Przeciągnął pan głoskę "u" w Krupski. Wydaje mi się, że miał pan problem z wypowiedzeniem zbitki "kru", a przecież nie ma pan żadnej wady wymowy. Nie byłoby problemu, gdyby się pan przedstawił jako Jan Kowalski, chociaż pewnie i tak bym w to nie uwierzyła.

Uśmiecham się do niego.

- Przypuszczam, że zdanie: "My name is Bond. James Bond" wyszłoby panu lepiej. Albo: "Nazywam się nóż i widelec". Prawdopodobnie zrobiłby pan przerwę przed słowem "nóż", ale "nóż i widelec" wyszłoby panu płynniej, niż na przykład "nóż i łyżka". OK. Już nie przynudzam.

- Nie, nie - reaguje natychmiast Rybarski. - Proszę mówić. Zaintrygowała nas pani.

- Bardzo mi miło - uśmiecham się do niego. - Mam takie wypaczenie zawodowe. W szkole trzeba mówić to samo po kilka, kilkanaście razy, a i tak efekt jest mizerny. Mam nadzieję, że zapamiętają panowie to, co powiedziałam. Jeśli tak, to będzie mój pierwszy spektakularny sukces pedagogiczny.

Śmiejemy się przez chwilę.

- Nauczycielka powiedziała, a sto procent uczniów zrozumiało. Chyba pokazaliby mnie w telewizji - dodaję.