Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 29
Rozdział 29

Jest późne popołudnie. Środa. Siedzimy z Nikodemem i czytamy książkę o przyjaznych potworach. Dzwoni telefon. Patrzę na wyświetlacz. Komisarz Drzazga.

- Słucham, komisarzu - mówię do słuchawki.

Mam nadzieję, że nie będzie miał dla mnie kolejnej roboty.

- Witam serdecznie - odzywa się wesoło. - Dzwonię, żeby pani serdecznie podziękować za pomoc.

- Czyli, wszystko się udało? - pytam z nadzieją w głosie.

- Tak. Wczoraj w nocy mieliśmy tę akcję, o której wspominałem pani poprzednio. Udało się aresztować cztery osoby. Dzisiaj rano aresztowaliśmy kolejnych pięć.

- Bardzo się cieszę z takiego obrotu sprawy.

- Przycisnęliśmy Łukasza i zgodził się współpracować. Ten pomysł ze zdjęciami był świetny. Gdy je zobaczył, to prawie się popłakał. Okazało, że brat uważa go za homoseksualistę i daje temu wyraz przy każdej najmniejszej okazji, w każdym towarzystwie. Wykorzystaliśmy to i zrobiliśmy parę fotomontaży Pawła z innym chłopakiem, w sytuacjach jak najbardziej intymnych. Zadziałało.

- Bardzo się cieszę - mówię. - Czyli pełen sukces?

- No, nie taki pełen. Znaleźliśmy wprawdzie kokainę i kilka sztuk nielegalnej broni, ale to dużo mniej, niż się spodziewaliśmy - milknie na chwilę. - Nie powinienem zdradzać za wiele, ale myślimy, że to była najprawdopodobniej indywidualna kontrabanda Złomiarza.

- Złomiarza?

- A tak. Nie powiedziałem pani, że brat Łukasza ma ksywę Złomiarz.

- Więc nie macie możliwości postawienia zarzutu działania w grupie przestępczej? - pytam.

- Wydaje się, że nie.

- To co oni w takim razie rozprowadzali? Coś przecież musieli przewozić.

Jestem zdumiona. Tyle przygotowań i taki marny efekt?

- Reszta była jak najbardziej legalna. Gadżety biurowe. Wie pani, breloczki, długopisy i latarki, popakowane w małe kartonowe pudełka.

Od razu przypominają mi się kartoniki z warsztatu.

- Czy były na tych pudełkach jakieś napisy?

- Tylko sześciocyfrowe numery. Żeby zobaczyć, co jest w środku, musieliśmy je pootwierać.

To na pewno takie same pudełka, myślę.

- Czyli zupełnie zwyczajny towar. Nic podejrzanego? - pytam.

- Nie taki zwyczajny. Na początku wpadliśmy w euforię, bo po otwarciu kilku pudełek zauważyliśmy, że w środku, oprócz właściwej zawartości, jest odrobina białego proszku. Niewiele, ale pomyślałem, że to może jakiś nowy wynalazek, o którym jeszcze nie wiemy - milknie na chwilę. - Nie wiem, dlaczego pani o tym wszystkim mówię. Mogę za to wylecieć z roboty.

- Niech pan w takim razie nie mówi, jeśli czuje się pan niekomfortowo. A czy mogę panu zadać kilka pytań?

- Oczywiście.

- Czy ten proszek, to była skrobia?

- Tak - odpowiada natychmiast. - Skąd pani wie?

- Nie mogę panu powiedzieć, ale wydaje mi się, że znalazłam powiązanie z warsztatem w Markach. Pamięta pan te zatrzymania z poprzedniego tygodnia?

- Pamiętam.

- Zaraz panu powiem więcej, ale proszę mi najpierw powiedzieć, czy oprócz skrobi było tam coś jeszcze?

- Nie. W każdym kartonie był woreczek strunowy, a w nim albo długopis, albo breloczek z latarką, otwieracz do butelek, ładowarka samochodowa, albo... - zastanawia się przez chwilę - albo sama latarka. To wszystko posypane delikatnie proszkiem.

- Ciekawe - milknę na chwilę. - Po co ktoś miałby to robić?

- Nie mamy pojęcia. Zatrzymani mówią, że nic na ten temat nie wiedzą.

- Co więcej, latarki mogą się przecież szybciej psuć, jeśli są czymś pobrudzone. Sprzęt elektroniczny nie lubi kurzu.

Zastanawiam się. Na razie to wszystko nie ma dla mnie większego sensu.

- Wie pani co? Te wszystkie gadżety miały wbudowane latarki. Teraz dopiero zdałem sobie z tego sprawę. - Komisarz przerywa nasze milczenie.

- Myślę, że powinniście to jeszcze raz bardzo dokładnie obejrzeć - mówię. - Ta skrobia musi mieć jakieś znaczenie. A może w jakiś sposób to wszystko wiąże się również ze światłem z latarki albo wytwarzanym przez nią ciepłem?

- Sprawdzimy to na pewno. A teraz niech mi pani opowie o tym, co pani wie o warsztacie.

- - - - - - - - -


Całymi godzinami przeszukuję pliki z danymi w poszukiwaniu ojca. Nigdzie nie mogę go znaleźć. Myślałam, że pomoże mi w tym moja fotograficzna pamięć, ale nic z tego. Nie przypominam sobie, żebym ojca gdzieś widziała na jakimś zdjęciu w ciągu ostatnich dwóch lat. Nie mogę przestać o tym myśleć. W zasadzie, od kiedy czuję się już trochę bardziej spokojna, bo gangsterzy nam na razie prawdopodobnie nie zagrażają, nie muszę ojca tak natychmiast odszukać. Ktoś mnie wprawdzie śledził, ale jeżeli to ta grupa z Pruszcza, o której opowiadał mi komisarz, to prawdopodobnie ich też mogę mieć na jakiś czas z głowy. Jednak nie daje mi spokoju myśl, że ojciec potraktował moją rodzinę z taką bezdusznością. Chciałabym zadać mu kilka pytań i spróbować to jego działanie zrozumieć. "To jest przecież twój ojciec" - mawia moja mama, kiedy próbuję na niego narzekać. Wertuję foldery w tę i z powrotem i nigdzie nie mogę odnaleźć jego twarzy. "Gdzie się ukryłeś? Co teraz robisz?" - powtarzam w myślach. Skupiam się ponownie na województwie lubelskim. Postanawiam prześledzić ogłoszenia. Może ojciec coś chce sprzedać, albo kupić? Sprawdzam wszystkie anonse i ogłoszenia, powiat po powiecie w kolejności alfabetycznej. Nie znajduję nic w powiecie bialskim, biłgorajskim ani chełmskim. Gdy dochodzę do hrubieszowskiego, z wrażenia aż mnie zatyka. Policja w Dołhobyczowie ogłosiła w Internecie, że poszukuje właścicieli różnych przedmiotów znalezionych u miejscowego złodzieja w trakcie przeszukania. Oglądam te przedmioty na załączonych zdjęciach, ale to co wprowadza mnie w wielkie zdumienie, to obraz. Zwykły bohomaz, ale przedstawiający osobę, którą bardzo dobrze znałam. To jest mój dziadek. Ojciec mojego ojca.

- Piotr! Piotr! - wrzeszczę. - Włączaj natychmiast komputer!

- Boże! Co się stało? - słyszę w odpowiedzi.

- Coś ci pokażę - rzucam się do szafki z pamiątkami rodzinnymi. - Wejdź na stronę Policji w Dołhobyczowie, w aktualności.

- Zaczekaj. Niech się komp odpali - mówi.

Wyciągam z szafy szuflady i wyjmuję z nich albumy ze zdjęciami.

- OK. Mam - słyszę głos mojego męża.

- Widzisz zdjęcia przedmiotów, które tam zamieścili?

- Tak. Poszukują właścicieli.

- Widzisz ten obraz? - pytam.

- Widzę.

- Przypomina ci coś?

- Nie - odpowiada niepewnie.

- Gdzie to jest? - przerzucam nerwowo zdjęcia. - Ostatnio było tutaj. Pewnie Niko znowu się tu bawił.

- A czego ty szukasz? - widzę, że Piotr zerka w moją stronę.

- Zdjęcia - mówię z roztargnieniem.

Przewracam wszystko w jednej z szuflad do góry nogami.

- Jest! Znalazłam! - krzyczę.

Podchodzę do Piotra i podaję mu zdjęcie.

- Podobny? - pytam.

- Rzeczywiście - odpowiada po chwili.

- Skąd ten obraz się tam wziął?

- Jakiś złodziej go ukradł i poszukują właściciela. Jestem pewna, że ojciec go namalował.

Piotr przykłada zdjęcie do ekranu i porównuje przez krótką chwilę.

- No nie wiem. Podobieństwo jest, ale skąd wiesz, że to nie przypadek?

- Bo widzę tutaj ojca poczucie humoru. Zobacz.

Biorę od niego zdjęcie i wskazuję palcem postać siedzącą w środku.

- Dziadek ma ubrany biały strój, który ma sugerować, że jest aniołem, ale między nogami wisi mu ogon i zamiast nóg ma kopyta.

- Matko! To jest chory człowiek. Ten twój stary.

Piotr jest wyraźnie zdegustowany.

- Dziadek siedzi na swoim ulubionym krześle w kuchni. Po lewej stronie jest lodówka, a po prawej stoi stół. Stołu na zdjęciu nie widać, ale na obrazie jest - milknę. - A tak właśnie wyglądała kuchnia w starym domu dziadków - dodaję z triumfem.

- Co teraz robimy? - pyta.

- Jutro jest piątek. Wyjeżdżamy od razu po powrocie z pracy.