Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 30
Rozdział 30

Jest godzina 23.17. Piątek. Wysiadamy z samochodu przed domem mojej koleżanki ze studiów, Urszuli. Piotr budzi Nikodema. Długo zastanawialiśmy się nad tym, czy go wziąć ze sobą. Przeważyło to, że ostatnio spędza z nami bardzo mało czasu. Musimy przebywać z nim jak najwięcej, żeby nie poczuł się odrzucony. Wiem, że bardzo potrzebuje naszej obecności i uwagi, ponieważ wyczuwa nietypową sytuację w domu. A nie jest dzieckiem, które się błyskawicznie adaptuje. Postanowiliśmy, że Piotr będzie z nim zwiedzał, a ja załatwię sprawę z obrazem.

- Teraz się wyśpimy - mówię. - A rano skoczę na komisariat. Mam nadzieję, że uda mi się dowiedzieć czegoś o tym złodzieju.

Pukamy do drzwi i otwiera nam uśmiechnięta pani domu.

- Witajcie - mówi serdecznie. - Nie mogłam się doczekać.

Wpadamy sobie w objęcia. Dobrze jest znów się z nią zobaczyć. Przez trzy lata studiów Urszula mieszkała ze mną w kawalerce na Starym Mieście w Bydgoszczy. Po raz pierwszy jestem u niej. Znam jednak to miejsce ze zdjęć. Nadal jest panną. Mieszka tylko ze swoja mamą.

- A kim jest ten przystojniak? - zwraca się do Niko.

- Dzień dobry. Jestem Nikodem.

- A ja jestem Urszula - podaje mu rękę.

Nikodem trzyma się Piotra. Nie jest zbyt otwarty, jeśli chodzi o obcych ludzi. I dobrze.

Ula prowadzi nas do pokoju na pierwszym piętrze.

- Warunki będziecie mieli polowe, ale mam nadzieję, że dacie radę się wyspać.

Pokój jest niewielki, ale jest tam rozkładana wersalka i materac na podłodze dla Nikodema.

- Uleńka, jest idealnie - mówię.

- Przygotowałam wam kolację. Jak już się ogarniecie, to zejdźcie do kuchni.

Nikodem od razu wskakuje na materac i zaczyna po nim skakać jak na trampolinie.

- Kiedy - hop - pójdziemy - hop - zobaczyć - hop - pałac?

- Nie podskakuj synku, bo teraz jest noc i wszyscy śpią - uspokajam go natychmiast. - Chodź, rozbieramy się i idziemy spać.

Wkładam mu do ręki szczoteczkę do zębów i wyciągam z walizki piżamę.

W trakcie podróży zabawiałam ich historią zabytków Dołhobyczowa. Nikodema wyraźnie zainteresował kompleks pałacowy. Od kiedy go wyremontowano w 2018 roku, cieszy się niesłabnącą popularnością wśród turystów.

- Pójdziemy do pałacu jutro rano - mówię.

Prowadzę Nikodema do łazienki. Wracam. Piotr nadal siedzi przy stole i czeka na mnie.

- To jakie są plany?

- Myślę, że zaraz z rana podjedziemy na komisariat. Pospacerujecie sobie w pobliżu, a ja postaram się czegoś dowiedzieć. Powinien tam być tylko oficer dyżurny. Jak będzie do rzeczy, to powinno pójść szybko. Jeśli nie będzie mi chciał nic powiedzieć, to tylko wypiszę papiery i do was wyjdę. A potem? - milknę. - Nie mam pojęcia. Wszystko zależy od tego, jak się sprawa rozwinie na komisariacie.

Siedzimy przez chwilę w milczeniu.

- A zastanawiałaś się, co powiesz ojcu, jak już go spotkasz?

- Cały czas się zastanawiam. Bez przerwy. I nie potrafię sobie nawet tej sytuacji wyobrazić.

- Przyjdzie czas, będzie rada - mówi Piotr. - Chodźmy na dół. Ula czeka.

- Już, tylko umyję ręce - wstaję i kieruję się do łazienki - Niko, idziesz z nami do cioci?

- Nie - odpowiada. - Pogram sobie w kulki na taty telefonie.

- OK - mówię. - Jak będziesz czegoś potrzebował, to zejdź.

Wchodzimy do kuchni.

- Siadajcie i opowiadajcie. Co też was tutaj sprowadza?

- - - - - - - - -


- Co z towarem? - Karski stawił się na spotkaniu w prywatnym mieszkaniu byłego premiera.

- Już jedzie do stolicy. To akurat poszło jak po maśle. Wystarczyły papiery z CBŚ i telefon do komendanta.

- Całe szczęście, bo przeszłyby nam koło nosa grube miliony - odetchnął z ulgą.

- Taaaa - premier odpowiedział szybko. Ten Karski niby taki kumaty, a jeszcze nie wpadł na to, że nie o kasę tutaj chodzi.

- A na pewno nikt nie trafi na nasz ślad, jak się okaże, że papiery są podrobione?

- Masz mnie za idiotę?!

- Nie, oczywiście, że nie - Karski wzdrygnął się, słysząc wściekłość w głosie rozmówcy. - Tak tylko się upewniam.

Były premier zdenerwowany przygryzł wargi i wrócił myślami do czasów, kiedy był jeszcze na stanowisku i trzymał wszystkich za mordy. Już niedługo, a wszyscy będą mi jedli z ręki, pomyślał.

- Będziesz mi jeszcze potrzebny, żeby zneutralizować robaki - powiedział. - Masz tutaj przekaźnik.

Podał Karskiemu niewielki przedmiot z kilkoma przyciskami i wyświetlaczem.

- Każdy z nich ma swój numer. Wszystkie numery są wprowadzone. Pojedziesz do magazynu na Kolejową i jak już wszyscy odjadą, zawiesisz ich działanie. Włączymy je z powrotem, jak tylko utworzymy nową siatkę dystrybucji. Żeby to zrobić, musisz przycisnąć ten guzik. Jak złapiesz zasięg, to pojawi się numer na wyświetlaczu. Wciskasz wtedy ten przycisk i powtarzasz całą procedurę. Robaków jest dwa tysiące trzysta. Jeśli jakiegoś będzie brakować, to od razu dzwoń.

Karski przyglądał się przez chwilę przekaźnikowi trzymanemu w ręce.

- Teraz jeszcze została sprawa tego mechanika - kontynuował premier.

- Woźniaka - Karski dopowiedział bez zastanowienia.

Wzdrygnął się na wspomnienie rozmowy telefonicznej sprzed tygodnia. Od tamtej pory Woźniak groził mu jeszcze dwukrotnie.

- Jestem z nim jutro umówiony. Chce osiem milionów na wyjazd z kraju.

- No to nie ma sprawy. Spotkasz się z nim jutro i go sprzątniesz. Idiota nie wie, kiedy się zamknąć.

- Tak jest, panie premierze.

- - - - - - - - -


- Witam. Ja w sprawie obrazu, który zamieściliście na stronie. Podobno poszukujecie właściciela.

- Oj, obawiam się, że dzisiaj pani za dużo nie załatwi.

W monitorowanym pomieszczeniu, zabezpieczonym kuloodporną szybą, siedzi młody chłopak w mundurze, lat 28-30.

- Niestety, nie mogę przyjechać tutaj w tygodniu, ponieważ pracuję, ale chciałabym wiedzieć, jak można odzyskać moją własność.

- Przede wszystkim, czy może pani udowodnić, że to jest pani własność?

- Wydaje mi się, że tak. Mam tutaj zdjęcie, które przedstawia mojego dziadka. Ten obraz nie jest może niezbyt wierną, ale znacząco podobną kopią tego zdjęcia.

Podaję zdjęcie policjantowi. Ten chwilę mu się przygląda.

- Rzeczywiście. Widzę podobieństwo. Ale to i tak nie znaczy, że to jest pani obraz.

- Zgadza się, ale mogę napisać oświadczenie, które to wyjaśni. Obraz namalował mój wujek i podarował mojemu dziadkowi. Po dziadka śmierci obraz odziedziczyłam ja. Stał zapakowany w garażu, a po jakimś czasie zniknął. Nie wiem nawet, kiedy. Zorientowałam się dopiero, jak zobaczyłam zdjęcie na waszej stronie.

- A dokładnie skąd ten obraz zniknął?

- Z garażu na mojej posesji. Mieszkam w Czersku Świeckim. To jest w województwie kujawsko-pomorskim. Niedaleko Bydgoszczy.

- Co? Taki kawał drogi? To niemożliwe. Ten nasz pijaczek - złodziejaszek, działa tylko lokalnie. Najczęściej w Mirczu i okolicach. Nie ma najmniejszej możliwości, żeby pojechał na włam dalej niż do Hrubieszowa.

- Ciekawe - mówię i śmieję się w duchu. Udało się. Wiem, że gość musiał zwinąć ten obraz gdzieś na terenie gminy Mircze.

- A może ten złodziej coś na ten temat powie? - próbuję jeszcze czegoś się dowiedzieć, ale policjant nie daje się podejść.

- Zobaczymy. Na razie niech pani wypisze te dokumenty, a na osobnej kartce proszę opisać historię tego obrazu i okoliczności zniknięcia. I proszę załączyć to zdjęcie. Otrzyma je pani z powrotem, jak sprawa będzie już wyjaśniona.

- W porządku - mówię.

Biorę wszystkie dokumenty i siadam przy stoliku, aby je uzupełnić.