Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 31
Rozdział 31

Zwiedzamy Dołhobyczów całe przedpołudnie. Jedziemy do kompleksu pałacowego. Przedstawia się imponująco. Całość podzielono na wiele części i przeznaczono na różne ekspozycje. W pałacu znajdują się odrestaurowane komnaty przedstawiające historię zamku i dzieje kolejnych właścicieli. W budynkach gospodarczych oglądamy ekspozycje przedstawiające zabytki Lubelszczyzny i eksponaty archeologiczne znalezione na tych terenach.

Po południu postanawiamy jechać do Mircza i pokręcić się trochę po okolicy, a jeśli wystarczy nam czasu, to planujemy pojechać do Kryłowa, gdzie znajdują się ruiny średniowiecznego zamku Tęczyńskich. Od 2007 roku zamek ten znajduje się na liście najciekawszych zabytków tych terenów.

Wyjeżdżamy z Dołhobyczowa po obiedzie i jedziemy trasą 844 na północ, kierując się na Mircze. Droga zajmuje pół godziny, mimo że jest to tylko piętnaście kilometrów.

Zamyślam się i pewnie dlatego dopiero w ostatniej chwili zauważam ten kierunkowskaz.

- Zatrzymaj się - krzyczę.

- Co się stało? - Piotr naciska na hamulce i zjeżdża na pobocze.

Nikodem rozgląda się zdezorientowany. Nie zwracam na niego uwagi, ponieważ to, co zauważyłam, pochłania mnie bez reszty.

- Widziałeś to?

- Nie wiem o czym mówisz.

- Kierunkowskaz. W prawo - nie mogę powstrzymać emocji.

- Nie zwróciłem uwagi.

- Zawsze jest tak, że w największej bujdzie tkwi ziarno prawdy. Czemu mi wcześniej nie przyszło to do głowy? - mówię.

- O czym ty opowiadasz?

- Zawróć, a sam zobaczysz.

Piotr zawraca i przejeżdża niecałe sto metrów.

- Nie wierzę - wyrywa się z jego ust. - Jesteś pewna, że to coś znaczy?

- Zdecydowanie - mówię podekscytowana. - To musi być tutaj. Nie ma innej możliwości. Wiem, że ojciec często nie mówi prawdy, ale ma taką przypadłość, że jak kłamie, to i tak oscyluje wokół faktów. No i oczywiście zawsze uważa, że jest zabawny.

Siedzimy w samochodzie przez chwilę, a ja staram się znaleźć jakieś informacje na temat tego miejsca. Niewiele. Malutka wieś. Znajduję tylko kod pocztowy i informację z Urzędu Gminy w Mirczu, że jest tam trzynaście gospodarstw z zabudowaniami. Nie mam żadnej informacji na temat liczby mieszkańców.

- Jedziemy tam - mówię.

- Jesteś pewna?

- Tak. Jak niewielu rzeczy w moim życiu.

Ruszamy z miejsca, zostawiając za sobą kierunkowskaz prowadzący do wsi o nazwie Ameryka.

- - - - - - - - -


Wielokrotnie w moim życiu zastanawiałam się nad tym, czy byłabym innym człowiekiem, gdybym żyła w innym miejscu i w innej rodzinie? Czy środowisko wpłynęłoby na mnie tak znacząco, że myślałabym inaczej i dokonywałabym innych wyborów? Czy to nadal byłabym ja, czy może ktoś inny? Czy moja przeszłość ma w moim obecnym życiu decydujące znaczenie? Jak wyglądałoby moje życie dziś, gdyby nie kierowało mną poczucie skrzywdzenia przez jedną z najbliższych mi osób? Czy ten eksperyment w ogóle pojawiłby się w moim życiu, gdybym nie była przyparta do muru? Czy tak naprawdę kierowała mną bardziej potrzeba, czy może czysta ciekawość? A może mój ojciec nie jest wcale moim motorem działania? Może jego obecność i nieobecność nie ma w moim życiu najmniejszego znaczenia? Może moje życie płynęłoby tak samo, gdyby go w ogóle nie było? Tyle znaków zapytania i żadnej jednoznacznej odpowiedzi. Nikt nie potrafi przecież odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością na pytanie "Co by było, gdyby..." bez przeprowadzenia symulacji i eksperymentów.

Uważa się powszechnie, że styl naszego życia i życia naszych rodziców kształtuje naszą osobowość. A jeśli to nie jest prawda? A może obojętne jest, jakie otaczają nas warunki, a jesteśmy tacy, bo po prostu tacy jesteśmy? Bo tak mamy zapisane w genach i żadne wpływy nie są w stanie nas zmienić? Wówczas mówienie, że mam taki problem, ponieważ miałam takie a takie życie, nie ma najmniejszego sensu. Jedyne, co staje się prawdziwe, to fakt, że postępuję tak, a nie inaczej, bo po prostu taka jestem. Czy w takim razie mogę winić ojca za sytuację, w jakiej się znalazłam? Według tego pojęcia, nie. Co więcej, nie mogę go winić za to, jak on postępuje, ponieważ on też jest taki, jaki jest. Brzmi paskudnie, ponieważ całe życie jesteśmy przyzwyczajeni do obarczania kogoś lub coś odpowiedzialnością. Jeżeli jestem jednostką bardzo empatyczną, to potrafię wspaniale obwiniać okoliczności, a nie człowieka. Jeśli jestem skupiona na sobie, obarczam winą innych, a jeśli mam niski poziom własnej wartości, zawsze zrzucę winę na siebie. Na ile nasi rodzice mają wpływ na nasze postępowanie i postrzeganie świata?

Ciężko jest samemu dźwigać ciężar odpowiedzialności za własne błędne działania, bez możliwości zrzucenia go na innych. To przygnębia. Z drugiej jednak strony coś, co nam się udaje, dodaje nam skrzydeł. A sytuacja, kiedy możemy przypisać sobie całą zasługę, uskrzydla wielokrotnie.

Muszę podejść do mojego ojca bez uprzedzeń. Nie mogę spotkać się z nim nastawiona, że celem tego, co uczynił, była chęć skrzywdzenia mnie. Muszę po prostu zadać kilka pytań. Dowiedzieć się i zapisać wymazaną do czysta kartę nowymi informacjami. Postarać się poznać mojego ojca na nowo.

- - - - - - - - -


Pierwsze zbudowania znajdują się dwadzieścia metrów od zjazdu z drogi 844. Po lewej i po prawej stronie widzimy gospodarstwa otoczone z każdej strony polami. Jedziemy powoli i zastanawiamy się co robić. Postanawiamy przejechać całą wieś i jeżeli nie natkniemy się w ten sposób na ojca, to wstąpimy do jakiegoś domostwa i zapytamy o niego.

Piotr się jeszcze waha, ale przekonuję go, że jeśli już tu jesteśmy, to głupotą byłoby tego nie sprawdzić. Dojeżdżamy do końca wsi i zawracamy.

- Kogo my szukamy, mamusiu? - pyta Nikodem.

- Dziadka, synku - odpowiadam. - Być może tutaj się zatrzymał. Jedziemy tylko sprawdzić.

- Acha - mówi i wraca do swojej gry na tablecie.

Dziadek to dla niego obce słowo, bo prawdopodobnie wcale go nie pamięta.

- Zatrzymaj się przy tym domu po prawej - mówię do Piotra. - Wejdę tam i zapytam.

Zatrzymuje samochód. Wysiadam.

Na podwórku stoi kobieta. Z wiaderka po farbie, trzymanego w lewej ręce, wyjmuje garściami ziarno i wyrzuca zamaszystymi ruchami na ziemię. Kury gdacząc rzucają się na jedzenie.

- Dzień dobry! - wołam.

- Dzień dobry - odpowiada i patrzy na mnie z zaciekawieniem.

- Szukam mojego znajomego. Niedawno się tu przeprowadził.

- A jak się nazywa?

- A dużo macie tu nowych gospodarzy? - uśmiecham się do niej.

- Nieeee, pani. Stąd ludziska uciekajo.

- Roman Kowalik - mówię. - Nazywa się Roman Kowalik - wymyślam na poczekaniu.

- Nie, pani. Nikt taki tu nie mieszka. Może z drugiej strony. Bardziej na Łasków - pokazuje ręką stronę, w którą powinnam jechać. - Tutaj to tylko pan Kazimierz jest nowy. Mieszka tam przy tej drodze, gdzie ta żółta skrzynka na listy.

- Kazimierz? A jak ma na nazwisko?

Myśli przez chwilę.

- Kazimierz Piast. Tak jakoś.

Oblewa mnie gorący pot. To on, myślę.

- Dziękuję pani bardzo. Będę szukać dalej.

Szybko wracam do samochodu.

- Znaleźliśmy go - mówię szeptem do męża. - Wyobrażasz sobie? Nazywa się Kazimierz Piast.

- Skąd wiesz, że to on? Kazimierz Piast nie brzmi jak Henryk Kiełpiński.

- Tak, ale brzmi jak Kazimierz Wielki, który był z Piastów. To on. Jestem pewna.

Mój mąż patrzy na mnie z otwartymi ze zdumienia oczami.

- Zawróć i podjedź do tego domu po prawej - pokazuję palcem niewielkie gospodarstwo zasłonięte wysokimi drzewami.

Podjeżdżamy pod bramę.

- Zaczekajcie chwilę - mówię. - Zaraz wrócę.

Wysiadam. Przechodzę przez furtkę. Na podwórze wychodzi mężczyzna. Poznaje mnie, a ja jego.

- Gratuluję - mówi. - Byłem przekonany, że mnie nigdy nie znajdziesz.