Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 32
Rozdział 32

- To on? - pyta Piotr, kiedy wracam do samochodu.

- Tak.

Wsiadam na chwilę do środka. Mam mętlik w głowie.

- Zaprasza nas do siebie - mówię. - Ale... chyba najpierw chciałabym z nim sama porozmawiać.

- Jasne - odpowiada mój mąż.

Widzę, że patrzy na mnie współczująco.

- Co mu powiesz? - pyta.

- Nie wiem. Totalnie nic nie wiem.

Siedzę na przednim siedzeniu i patrzę przez okno prosto przed siebie.

- Zostańcie tutaj przez chwilę. Chyba muszę to sama ogarnąć.

- To może pójdziemy na spacer, co, Niko? - odwraca się w stronę naszego syna. - Zobaczymy, czy tutaj gdzieś nie ma jakiegoś jeziora.

- Ale ja chcę iść z mamą - marudzi Nikodem.

- Za momencik przyjdziecie i wejdziemy do dziadka na herbatę - mówię. - Mama musi najpierw z dziadkiem coś omówić.

Wysiadamy z auta. Piotr łapie mnie za rękę.

- Jeśli będziesz chciała, żebyśmy przyszli, to dzwoń - mówi mi do ucha.

- W porządku. Mam nadzieję, że to nie potrwa długo.

Obawiam się tej rozmowy. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w życiu dyskutowałam z ojcem na jakikolwiek temat, który mnie dotyczył. Pamiętam wiele rozmów o jego planach i o tym co on zrobił albo zamierza zrobić. Nie przypominam sobie żadnej rozmowy, w której mu się zwierzam albo chociaż opowiadam o tym, jak mi minął dzień. Teraz sytuacja jest inna. To ja muszę kontrolować całą rozmowę. To ja muszę wyciągnąć z niego informacje, na których mi zależy. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Czy mam przyjąć jakąś strategię? Czy mam sobie cokolwiek postanawiać? Czy robić jakiś plan? Nie wiem. Nie wiem. Nic nie wiem. Chciałabym podejść do niego bez uprzedzeń, ale obawiam się, że będzie to trudne. Wszystkie fakty wskazują na to, że z całkowitą obojętnością podszedł do mnie i mojej rodziny znikając i zostawiając nam na głowie cały ten bajzel. Czy rzeczywiście nie obchodziły go nasze losy? Czy jest w ogóle możliwe, aby nie obchodziły rodzica losy jego dzieci w sytuacji, gdy on macza palce w ich nieszczęściu? Czy choćby ta zwykła ciekawość, której zawsze tak cierpliwie szukam u moich uczniów, nie spowodowała, że chciał się przynajmniej dowiedzieć, jakie są skutki jego działań? Dwa lata bez żadnego odzewu? Żadnego telefonu do własnej matki? Co tak naprawdę się stało?

Kotłowanina myśli. Kłębowisko pytań, na które będę musiała znaleźć odpowiedź.

- - - - - - - - -


Pamiętam dokładnie dzień, w którym Nikodem powiedział do mnie świadomie "mama". Kładłam go spać. Był wykąpany. W piżamce. Siedemset sześćdziesiąty piąty dzień jego życia. Przytulił się do mnie i powiedział cichutko: "mama". Tak jakby chciał się upewnić, że umie mnie nazwać. Jakby powiedzenie tego słowa miało być tylko próbą wypowiedzenia na głos stworzonego właśnie terminu dla czegoś, co dotychczas nie zostało przez niego nazwane. Pamiętam, że uściskałam go i nie mogłam przez długi czas wypuścić z objęć. Czułam się tak, jakby mój syn odkrył to, kim byłam naprawdę. Tak jakby nazywając mnie dał mi kolejne życie i następny cel do zrealizowania. Życie już wcześniej było dla mnie piękne, ale wtedy stało się czymś, czego już dzisiaj nie jestem w stanie zdefiniować, ponieważ już tego nie czuję. Żadne słowo nie było w stanie określić moich uczuć wówczas i żadne adekwatne słowo nie przychodzi mi na myśl, by określić te uczucia dzisiaj. Tyle znaczeń kryło się w tym jednym słowie "mama". Taki ogrom treści, jaki mieści się w całym życiu osoby, która podejmuje świadomą decyzję, by stworzyć człowieka, którym pragnie się opiekować. Mówiąc "mama" mój syn zdefiniował cały sens swojego i mojego istnienia. Wyraził nadzieje, szczęście i radości, oddanie i ufność, jak również ból, smutek i niepewność.

Pamiętam to, chociaż już dzisiaj nic z tego nie zostało. Wspominam to jak obrazek. Tak jakby na moim miejscu znajdowała się zupełnie inna osoba i jakbym ja była tylko niemym świadkiem tych wzruszeń. Widzę kobietę z błogim wyrazem twarzy. Ma zamknięte oczy i uśmiecha się tak, jak tylko zakochany człowiek potrafi. To, co emanuje z tego obrazka, to szczęście. W najczystszej postaci. Szczęście, które jesteśmy w stanie docenić tylko wtedy, gdy je stracimy. Bardzo dobrze wiem, co czuje tuląca do siebie dziecko kobieta, ale ja sama nie potrafię z siebie tych uczuć wydostać. Jestem zazdrosna. Chcę zatrzymać ten obraz w pamięci na zawsze i jeszcze kiedyś poczuć to samo.

Kobieta trzyma w objęciach swojego syna bardzo długo. Za długo w pojęciu tego chłopca. Dlatego też powtarza on słowo "mama", ale tym razem w jego głosie brzmi zawód i pretensja.

- - - - - - - - -


Wchodzimy do domu. Omiatam szybko wzrokiem pomieszczenia i rozpoznaję ten styl życia. Jeden kąt posprzątany, w drugim bałagan. No i znajomy widok nie kończących się remontów.

Wchodzimy do salonu z kominkiem i otwartą kuchnią. Siadam przy stole nie czekając na zaproszenie.

- Chciałabym, żebyś mi po prostu powiedział, dlaczego?

Nie wiem, czy jest to najlepsze rozpoczęcie rozmowy, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.

- Dlaczego, co?

Patrzy na mnie. Nie odwraca wzroku i przechodzi mi przez myśl, że być może on rzeczywiście nie zdaje sobie sprawy z zaistniałej sytuacji. Nie, niemożliwe.

- Jak to, co? - pytam. - Czy naprawdę muszę ci mówić, o co chodzi? Wystarczy mi, że sam powiesz, co się stało i z jakiego powodu.

- Nie wiem, czego ode mnie chcesz. Co, dlaczego? Dlaczego się nie odzywałem?

Patrzę na niego z niedowierzaniem. Albo jest tak dobrym aktorem, albo zupełnie nie potrafi logicznie myśleć.

- Dobrze - mówię. - Widzę, że nie ma innego wyjścia, jak zacząć od początku. Po pierwsze: dlaczego zniknąłeś?

- Miałem kłopoty - mówi bez namysłu.

- Z mafią? - pytam natychmiast. - Tą, od której wziąłeś towar i nie zwróciłeś pieniędzy?

Na twarzy ojca maluje się zdziwienie. Po raz pierwszy zauważam u niego jakieś emocje.

- No co tak na mnie patrzysz, tato? - staram się być grzeczna, ale sytuacja zaczyna być groteskowa. - Skąd o tym wiem? Zostawiłeś im przecież namiary na mnie. Więc przyszli po kasę. Zdziwiony?

- Nie wiedziałem, że tak się stanie - mówi.

- Jak to nie wiedziałeś?

Chyba w tym momencie jestem już bardziej zaciekawiona jego osobą, niż zdenerwowana jego głupotą.

- Jak to nie wiedziałeś? - pytam ponownie. - To po co ich na mnie naprowadziłeś, Hank?

Milczy.

- No, słucham cię - próbuję zachęcić go do mówienia.

- Ty nigdy tego nie zrozumiesz - zaczyna po chwili. - Ja się już tam dusiłem. To był bezsens, to całe moje życie. Musiałem odejść. Chciałem zacząć na nowo. I udało mi się.

- Tak - rozglądam się wokół. - Tobie pewnie się udało, ale nam nie za bardzo. Zostawiłeś nam na łbie jakąś pieprzoną wojnę. Nie wiem, czy chce mi się tobie o tym wszystkim opowiadać. Nie wiem, czy jest sens.

- Czego ty ode mnie chcesz? - pyta.

- Dobre pytanie - odpowiadam. - Żalu? Słowa "przepraszam" za lata biedy, kiedy spłacałam twój kredyt? Wstydu? A może jakiegoś sensownego wyjaśnienia? Obietnicy, że spłacisz tych drani, którzy chcieli ci wybić rodzinę?

- Oddam ci te pieniądze - mówi.

Czuję się tak, jakby ktoś uderzył mnie w głowę metalową pałką.

- O czym ty teraz mówisz? - pytam zduszonym głosem.

- Bo przecież o to ci chodzi.

Patrzy na mnie, a mnie się wydaje, że widzę w jego twarzy coś na kształt nienawiści.

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Wstaję i próbuję do niego podejść, ale się odsuwa.

- Przecież zawsze chodzi o pieniądze - mówi bardziej do siebie niż do mnie.

Wydaje się być nieobecny. Nie zwraca już na mnie uwagi. Patrzy w inną stronę z wyrazem twarzy, który sugeruje, że świat już nie ma przed nim tajemnic.

- Nie wierzę - mówię pod nosem i kręcę głową.

Nie widzę u niego żadnej skruchy. Żadnych najmniejszych oznak wstydu. Wyobrażałam sobie wielokrotnie spotkanie z ojcem i wiedziałam, że rozmowa nie będzie łatwa, ale takiego scenariusza nie brałam nigdy pod uwagę. Nawet teraz nie jestem wcale pewna, czy to wszystko mi się nie śni.

- Wiesz co, tato? - zwracam się do niego. - Może rzeczywiście ta rozmowa nie ma najmniejszego sensu. Nie jestem pewna, czy potrafisz w tej chwili jasno myśleć i wyciągać poprawne wnioski. Chyba jednak mój przyjazd tutaj był błędem. Jeśli będziesz kiedyś chciał, to się skontaktuj z nami. Jeśli nie będzie ci to do szczęścia potrzebne, to żyj sobie jak chcesz. Ale obiecuję ci, że jeżeli kiedykolwiek moja rodzina będzie w niebezpieczeństwie z twojego powodu, to nie będę miała żadnych skrupułów, żeby podać twój adres.

Odwracam się od niego i wychodzę z pokoju.

- Zaczekaj - woła za mną.

Zatrzymuję się. Podchodzi do mnie. Stary, zniszczony człowiek.

- Chciałbym zobaczyć mojego wnuka - mówi. - Przyprowadzisz go?

Patrzę na niego badawczo i po chwili wahania mówię.

- Dobrze. Zadzwonię do Piotra. Za chwilę go przyprowadzi.