Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 33
Rozdział 33

- Dziadku, a ja już chodzę do szkoły - Nikodem zwraca się do mojego ojca.

- Tak? - odpowiada.

Cały czas jest nieobecny myślami, więc nie jestem pewna, czy rzeczywiście dosłyszał, co Niko właśnie powiedział. Nie wiem, dlaczego zaprosił nas do środka. Bardzo wyraźnie wyczuwam, że nie chce, żebyśmy tu byli.

- Tak. I bardzo dobrze mu idzie. Z matematyki jest najlepszy - przerywa ciszę Piotr.

Ojciec nie odpowiada, ale spogląda na nas co jakiś czas.

Piję swoja herbatę dość szybko. Widzę, że Piotr robi to samo. Sytuacja jest bardzo niezręczna i chcę jak najszybciej stąd wyjść.

- A co tak w ogóle robisz tutaj, tato? - pytam.

Uśmiecha się dziwnie. Poprawia włosy nad czołem. Patrzy na mnie.

- Ekologia - mówi.

- Hodujesz coś? - próbuję okazać mu zainteresowanie.

- Co ty tam wiesz - wzdycha.

W jego wzroku pojawia się coś, co mi się zdecydowanie nie podoba. Z minuty na minutę robi się coraz bardziej nieprzyjemny. Zaczynam się czuć nieswojo.

- Chyba będziemy się już żegnać - mówię i daję Piotrowi znak, żeby się podniósł.

- Nie. Jeszcze nie! - protestuje ojciec.

Odwraca się i podchodzi do komody. Otwiera szufladę. Przebiega mi przez myśl, że może chce dać Nikodemowi jakiś prezent. Stoi przez chwilę bez ruchu tyłem do nas i nagle odwraca się. W ręku trzyma pistolet z lufą wycelowaną we mnie.

- Chcecie mnie zniszczyć! - krzyczy. - Przyjechaliście mnie zniszczyć! Ja was bardzo dobrze znam! Znowu chcecie mnie zniszczyć!

Zastygam w miejscu. Nie potrafię wykonać żadnego ruchu.

- Tato - mówię zduszonym głosem. - Przyjechaliśmy tutaj, żeby się z tobą zobaczyć.

W oczach mojego syna i męża widzę przerażenie. Mąż robi krok w przód.

- Nie ruszaj się! - ojciec kieruje lufę pistoletu w jego stronę i zanim mam szansę uczynić jakikolwiek ruch, przywraca ją z powrotem do poprzedniego położenia.

Nie wiem co robić. W głowie mam pustkę. Zaczynam się potwornie bać, że jest gotów wystrzelić.

- Całe życie mnie niszczycie! Zabraliście mi wszystko! Ciągle było wam mało!

Boże, on jest obłąkany, myślę. Czuję spływający po czole pot. Synek stoi po mojej lewej stronie i słyszę, że próbuje powstrzymać łkanie. Ma problemy z nabraniem powietrza. Drży tak mocno, że w stojącej niedaleko szafce zaczynają brzęczeć szklanki.

Wpatruję się w ojca próbując ocenić wszystkie możliwości. Widzę obłęd w jego oczach. Człowiek w takim stanie może być nieobliczalny. Może zrobić wszystko. Rzucić broń i zacząć płakać. Wystrzelić w sufit, albo...

Wpatruję się w niego usilnie i próbuję wymyślić jakiś sposób na odebranie mu broni.

- Tato - mówię.

- Nie odzywaj się do mnie. Nie mów do mnie tato. Nie jestem już twoim tatą. Tatę się szanuje, a ty chcesz mnie zniszczyć.

Nie potrafię ocenić tej sytuacji. Nie potrafię nic zrobić. Stoję jak cielę i nie mogę uczynić najmniejszego ruchu ani podjąć jakiejkolwiek decyzji.

Piotr prawie niedostrzegalnie próbuje się zbliżyć do Nikodema. Robi to powoli, korzystając z tego, że ojciec wpatruje się we mnie.

Nie mogę oderwać od niego wzroku. Jestem jak zahipnotyzowana. Patrzę na niego i zdaję sobie sprawę, że widziałam już ten wyraz twarzy wielokrotnie. W łagodniejszej formie, ale to ten sam widok. Zupełnie o tym zapomniałam. Może mój mózg schował te wspomnienia w najciemniejszym zakamarku. Patrzę na niego i nagle wszystko sobie przypominam. Wraca do mnie całe moje dzieciństwo. Wszystkie straszne momenty, które wyrzuciłam z pamięci. Wszystko to, czego dotychczas nie chciałam pamiętać, wróciło. Przebiegają mi przed oczami zrzucane ze stołu naczynia, meble lądujące na podłodze. Chowanie się w piwnicy i nocowanie na dworze. Ale to, co zaczyna pulsować mi w mózgu jak stroboskop, to pewna Wigilia. Najbardziej traumatyczna chwila mojego dzieciństwa. Ten sam człowiek. Ten sam obłęd. Widzę stół pięknie nakryty. Nie wiem dlaczego, ale jest tylko jedenaście potraw. Cztery nakrycia. Dla taty, mamy, dla mnie i niespodziewanego gościa. Opłatek. Stroik ze świerka z wiszącymi na nim kolorowymi bombkami. Ojciec łapie za talerz z opłatkiem i podaje nam po kawałku. Zaczyna składać życzenia. Stoimy przy stole. Ja w mojej ulubionej sukience. Mama ma na sobie długą, zieloną suknię w kwiaty. Zbyszek, trzymiesięczny bobas, leży w wózeczku i płacze. Ojciec każe mamie go uspokoić. Niestety. Dziecko najprawdopodobniej ma kolkę. Pręży się i nie pomaga nawet to, że mama bierze go w ramiona. Ojciec mówi mamie, żeby odłożyła dziecko i ponownie zabiera się do składania życzeń. Zbyszek nadal płacze. Nagle, ni stąd, ni zowąd ojciec wpada w szał. Podchodzi do wózeczka. Łapie mojego małego brata, szarpie nim, potrząsa wózkiem, łapie go za ramionka i wciska z całej siły w dno wózka. Mama krzyczy i rzuca się w jego stronę, ale ojciec ją brutalnie odpycha. Patrzę na to wszystko przerażona. Mam sześć lat i tak jak teraz nie potrafię nic zrobić. Nijak zareagować. Przecież powinnam rzucić się na ojca. Wbić w niego zęby i walić pięściami jak szalona, żeby już przestał. Żeby nie robił małemu krzywdy. Ale nie potrafię. Nie potrafię. Mam sześć lat i wiem, że nie jestem bohaterem z moich dziecięcych książek. Jestem przebrzydłym tchórzem, bo nie potrafię obronić malutkiego dziecka, które niczym nie zawiniło i zupełnie nie ma pojęcia, co się dzieje. Ogarnia mnie przeraźliwy lęk. Łzy płyną mi ciurkiem po twarzy z poczucia krzywdy tego maleństwa, z poczucia bezsilności i z przerażenia, że jestem do niczego i nie powinnam być niczyją siostrą, bo nie potrafię uratować swojego brata. Dziecko w wózeczku traci oddech. Zalega cisza. Słychać tylko zduszony płacz mój i mojej mamy. Ojciec wraca do stołu i składa nam życzenia. Stracił ochotę do dzielenia się opłatkiem. Mama dopada do wózeczka i łapie Zbyszka w ramiona. Klepie go po pleckach. Słychać cichy dźwięk wydobywający się z krtani i słaby płacz. Najsłodszy płacz, jaki kiedykolwiek słyszałam w życiu.

Ten właśnie obraz staje mi w tej chwili przed oczami.

I ja już wiem co się teraz stanie. I już wiem, że nie jestem w stanie nic zrobić. Nie mogę obronić mojej rodziny, tak, jak nie potrafiłam obronić Zbyszka.

Piotr dotyka końcami palców ramienia Nikodema. I właśnie w tym momencie ojciec poprawia położenie pistoletu i rozlega się strzał. Nie patrzę, bo wiem, kogo dosięgnęła ta kula. Słyszę głośny stukot i ciało mojego syna pada na posadzkę. Piotr rzuca się w ślad za nim i wrzeszczy. Łapie go w ramiona. A ja stoję i nie potrafię nic zrobić. Nie w tej chwili. I wiem, co kiełkuje w chorym umyśle mojego ojca. I on też wie, że ja się domyślam. I czuje, że musi powtórzyć ten strzał jeszcze przynajmniej raz, bo ma świadomość, że ja się w końcu obudzę z tego odrętwienia i jeśli tego nie zrobi, to całe życie będzie musiał oglądać się za siebie nie wiedząc, w którym momencie zginie z mojej ręki.

Patrzy na mnie i powoli, z uśmiechem na ustach naciska spust.

Zapada ciemność...