Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Epilog
Epilog

Nie wiem, gdzie jestem. Jest jasno, ale nie mogę otworzyć oczu. Nie mogę ruszyć żadną częścią ciała. Ale mam świadomość samej siebie. Co się stało? Co się dzieje? Czuję dezorientację. Jak się tu znalazłam? Co to jest to "tu"? Powoli przypominam sobie ostatnie zapamiętane obrazy. Widzę wylot lufy. Odrzut. Lufa faluje. W zwolnionym tempie widzę kulę, zbliżającą się do mnie. Jestem dla niej za wolna. Za wolna, żeby się odsunąć. W pierwszej chwili próbuję się zakryć ręką. W ostatnim błysku świadomości zdaję sobie sprawę, że to nie ma sensu i rzucam się w prawo. Za późno. Czuję tępy, przeraźliwy ból w klatce piersiowej. I czuję, jak obce ciało rozrywa mi tkanki i kości. Padam. Nic już nie widzę. Nie słyszę. Nie czuję. Stopklatka. Życie uchodzi. Przestaję istnieć. Czas się zatrzymuje. Wiatr przestaje dla mnie wiać. Kwiaty pachnieć. Promienie słońca nie rozgrzewają. Ziemia przestaje się obracać. Wszystko i wszyscy zastygają w bezruchu. Na wieczność pozostanie ze mną Piotr nachylony nad Nikodemem. Mój syn na podłodze, z krwawiącą raną głowy. I ten wylot lufy. Nieruchomy po wypluciu śmiertelnego pocisku. Ostatni obraz, który zarejestrowały moje oczy zostaje zapisany w historii mojego życia na zawsze. Dlaczego więc myślę? Dlaczego cały świat się zatrzymał, a moja świadomość nie?

- Świat się nie zatrzymał - słyszę. - Ty żyjesz - dociera do mnie jakaś myśl.

Co się ze mną dzieje? Co to za głos?

- Jesteś w szpitalu. Od siedemdziesięciu ośmiu dni. Byłaś nieprzytomna.

- Co z moją rodziną?

- Nikodem nie przeżył. Zginął na miejscu.

Wiem o tym, ale potwierdzenie tego faktu wprowadza mnie w odrętwienie.

Nie ma mojego syna. Mojego chłopca, którego tuliłam, gdy było nam źle. Pierwszy ząbek. Pierwszy krok. Pierwsze słowo. Pierwsze kocham cię. Nie ma. Odeszło.

- A Piotr?

- Jestem przy tobie.

- Ale jak...?

- Prześlę ci obrazy, bo nie potrafię jeszcze o tym mówić.

Wyczuwam przepływ danych.

Widzę siebie, padającą na podłogę. Ojca padającego pod moimi ciosami. Kolejny wystrzał. Kula trafia w sufit nad kanapą. Okładam ojca pięściami. Przestaje się ruszać. Zostawiam go. Podbiegam do mojej torebki i wyciągam telefon. Dzwonię. Zrzucam wszystko ze stołu i przykładam do piersi leżącego na ziemi mojego wygiętego nienaturalnie ciała. Siadam na podłodze i głaszczę Nikodema po policzku, cały czas uciskając drugą ręką ranę na piersi. Płaczę. Wbiegają ludzie. Dotykają mnie. Badają mojego syna. Kiwają głowami. Jeden z mężczyzn mówi coś do mnie, ale nie rozumiem, co chce mi przekazać. Patrzę na puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżał ojciec. Nie ma go. Kładą nasze ciała na noszach. Jeden z mężczyzn mnie podtrzymuje. Telefon. Podaję słuchawkę lekarzowi. Ten słucha i ostro dyskutuje z rozmówcą. Odkłada telefon. Czekamy. Patrzę przez siebie. Wbiegają kolejni ludzie. Wynoszą ciała na zewnątrz. Wnoszą do helikoptera. Wsiadam razem z nimi. Lecimy. Opatrują rany. Podłączają mnie i mojego syna do aparatury. Aparaty zaczynają pracę. Cały czas płaczę i patrzę na to. Nie mogę się poruszyć. Dolatujemy. Nie wiem, gdzie jesteśmy. Widzę wszystko jak przez mgłę. Rozdzielają nas. Zostaję z Niko, a moje ciało jedzie gdzieś w głąb szpitala. Podchodzi do mnie Rybarski. Mówi, że Nikodema nie da się już uratować, ale dla mnie jest szansa. Nie słucham go. Podchodzę do syna i łapię go w ramiona. Krzyczę. Krzyczę z rozpaczy. Krzyczę na Rybarskiego. Przychodzą jacyś ludzie. Nie patrzę na nich. Wykrzykuję do Rybarskiego, że to jego wina. Że to wszystko przez niego i że go zabiję. Rzucam się na niego. Jakieś ręce łapią mnie i czuję ukłucie w ramię. Zasypiam.

Budzę się. Chcę wstać z łóżka, ale jestem bezwładna. Przychodzi Rybarski. Mówi do mnie. Że trzeba mieć nadzieję, że przeżyję. Stan jest ciężki, ale robią wszystko, co w ich mocy. Że jestem już po operacji i mają nadzieję, że wkrótce podejmę funkcje życiowe. Mówię mu, że muszę znaleźć tego, który jest za to wszystko odpowiedzialny. Rybarski odpowiada, że wie o tym i że chce mi pomóc. Prowadzi mnie do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie leżę. Przyglądam się sobie i oczy ponownie zachodzą mi mgłą. Zgadzam się, mówię.

Pogrzeb. Moja mama mdleje, kiedy mała trumna opuszcza się do grobu. Marek rzuca się w jej kierunku. Nie mogę na to patrzeć. Zbyszek mnie podtrzymuje. Gracjana wyciera oczy. Jej ramiona się trzęsą od spazmów. Zbyszek zagryza wargi, ale łzy lecą mu nieprzerwanie. Wracam do szpitala. Golą mi głowę i przygotowują do operacji. Kładę się na łóżko szpitalne. Dostaję zastrzyk i zasypiam. Później obrazy powtarzają się. Gabinet Rybarskiego. Czuwanie przy moim łóżku. I tak wciąż i wciąż. Czuję ogromną radość, kiedy słyszę własne myśli: "Co się stało? Co się dzieje?"

- To ty - myślę do niego.

- To ja.

- Ale dlaczego?

- Bo nie mogłem znieść tego, że cię stracę.

- Nie wiedziałeś tego.

- Jakkolwiek by się to skończyło i tak bym cię stracił. Wszystko się przecież zmieniło. Nie było już nic, co by nas trzymało ze sobą razem.

- Ale...

- Nie zaprzeczaj. Widziałem, co się działo. Teraz przynajmniej będę mógł z tobą być bez bólu. Bez świadomości, że nie jesteś już dla mnie.

- Nie chciałam tego.

- Wiem. Ale ja chciałem. Tylko tak możemy razem przetrwać.

- Może masz rację. Chce mi się spać.

- Śpij. Jest ci to potrzebne.

Jego głos oddala się i cichnie.

Więc nie jestem już jedynym ERO. Jest nas dwoje. Ja i mój mąż, którego tak bardzo kochałam, pamiętam. ERO z numerem 20561. Nie ma już Nikodema. Nie ma Piotra i Anny. Nie ma naszej rodziny. Jest para robotów, które mają kolejny cel. Naprawić to, co zostało zniszczone.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ