Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 1
Rozdział 1

Leżała na podłodze w korytarzu pomiędzy drzwiami do pokoju a schodami na górę. Głowę miała opartą o pierwszy stopień, nogi podkurczone, a ręce rozpostarte po obu stronach ciała. Wyglądało to tak, jakby trzymała niewidzialną sukienkę i kłaniała się widzom po udanym występie. Dobrze, pomyślał. Nawet teraz wygląda pięknie. Jej długie włosy rozsypały się wokół, zakrywając pół twarzy z lewej strony. Nagle zdał sobie sprawę, że chciałby ich dotknąć, uczesać. Zostawić po sobie perfekcyjne widowisko. Niestety, nie było w tej scenie nic z perfekcji. Plan był inny. To miało być idealne morderstwo. Miało wyglądać jak wypadek. Wszystko zaplanował dokładnie, a wyszło jak zwykle. Syknął nerwowo przez zęby. Miał zastawić pułapkę, czekać w ukryciu, a gdy spadnie, usunąć wszystkie ślady swojej obecności i wiać. Co ja tu jeszcze robię? - przeleciało mu przez głowę. Szybkim krokiem wbiegł na górę starając się omijać wszystkie ślady krwi. Dopadł ostatniego stopnia i zaczął nerwowo zdejmować cieniutką żyłkę rozpiętą na piętrze. Ręce zaczęły mu się trząść tak mocno, że przez chwilę miał wrażenie, iż nie rozwiązuje, tylko plącze węzeł jeszcze bardziej. Pieprzyć to, powiedział do siebie. Teraz to i tak nie ma znaczenia. Wyciągnął z kieszeni zakrwawiony scyzoryk i dwoma ruchami przeciął pętle z obu stron. Jak ona do cholery dostrzegła tę żyłkę? To przecież zupełnie niemożliwe. Nerwowo rozejrzał się dookoła. Ok. Wszystko będzie dobrze. Nie, do diabła, nic nie będzie dobrze. Będzie cyrk. I to ona jest temu winna. Powinna wleźć na żyłkę, zlecieć z tych pieprzonych schodów i skręcić kark. Tak to zaplanował, a ona miała idealnie zagrać tę rolę i finito. Tylko, że ona nigdy nie robiła nic tak, jak się od niej tego oczekiwało. Wrzód na dupie, powiedział szeptem. Jak zwykle musiałaś być mądrzejsza. Wszystkie takie jesteście. Wszystko musicie robić po swojemu nie licząc się z innymi. Suki. Wyciągnął chusteczkę i wytarł dokładnie miejsce, w którym przywiązywał żyłkę. Nie powinien był zdejmować rękawiczek, ale straciłby za dużo czasu. Rękawiczki nie nadają się do precyzyjnej roboty. To miało wyglądać na wypadek, więc nikt nie robiłby sobie kłopotów ze zdejmowaniem odcisków palców i to jeszcze w takim miejscu. Otarł pot z czoła i schował chusteczkę do kieszeni. Zszedł na dół uważnie stawiając stopy między plamami krwi. Starał się wykonywać wszystkie czynności bezszelestnie. Stanął przy ciele i wciągnął powietrze przez zęby. Suka. Zmrużył oczy. Cała scena powróciła do niego raz jeszcze. Zobaczył, jak idzie trzymając pod pachą wiklinowy koszyk z ubraniami. Podchodzi do schodów i nagle nachyla się do żyłki rozciągniętej miedzy ostatnim szczeblem balustrady a drewnianym cokolikiem przy ścianie. Zdziwienie na jej twarzy. Szybkie, nerwowe spojrzenie dookoła. I wtedy go dostrzegła. Wyprostowała się i zrobiła krok do tyłu, żeby uciec. Nie mógł już dłużej czekać. Decyzję podjął natychmiast. Wyrwał z kieszeni narzędzie zbrodni, rzucił się w jej stronę i zatopił ostrze w jej brzuchu. Musiałaś to zrobić? - powiedział jej do ucha szeptem. Musiałaś MI to zrobić? - powtarzał za każdym razem, kiedy wkładał nóż w jej ciało. Musiałaś? - powtórzył po raz pięćdziesiąty szósty i zepchnął bezwładne ciało ze schodów. Tak miałaś zlecieć, syknął. Miałaś się potknąć i zlecieć. Rozumiesz? Patrzył na jej ciało przez krótką chwilę, potem przeniósł wzrok na schody i zarejestrował skapującą powoli krew. Teraz wszystko jest wybrudzone w twoim ślicznym, idealnym domku. Sama tego chciałaś. Zrobił mały krok do tyłu, potem drugi, żeby ponapawać się tym widokiem. Jak artysta, który zmienia perspektywę, oddalając się od swojego dzieła. W ostatniej chwili, kiedy już miał dosyć i zdecydował się, że wyjdzie, dojrzał przewrócony kosz na bieliznę. Kurwa, jeszcze tego brakowało, żeby sobie złamał nogę. Tylko nie wleź na rozrzucone łachy, upomniał się. Rozejrzał się dookoła raz jeszcze. Na jednym ze stopni zauważył grudkę błota. Cholera, to chyba moje. Podszedł i zebrał brud chusteczką. Co ja jeszcze powinienem... chyba wszystko. Żeby tylko nikt nie szedł ulicą. Jeszcze raz ogarnął wzrokiem korytarz. Teraz wszystko się rozwiąże, pomyślał. Nareszcie. Lekki grymas przebiegł mu po twarzy. Mimowolnie potarł ręce o spodnie jakby dopadł go świąd. Prędzej, prędzej. Mucha usiadła mu na dłoni. Odegnał ją bezmyślnie i jeszcze raz spojrzał na ciało. Piękna jest, przemknęło mu przez głowę. Takie są najgorsze. Zamyślił się. Z odrętwienia wytrącił go szelest firanki. Powoli odwrócił się i wyszedł zamykając drzwi. Nie, drzwi zostawić otwarte, pomyślał. Będzie lepiej jak znajdą ją od razu. Jeszcze raz rzucił okiem na leżące u stóp schodów ciało. Wygląda jak scena z filmu, albo jakiś obraz. Odwrócił się i omiótł wzrokiem ulicę. Nikogo nie ma. Mogę iść. Zrobił krok do przodu i skręcił do ogrodu zdejmując kominiarkę i zakrwawioną koszulę.

- - - - - - - - -


Koszula. To było to, co kątem oka dostrzegłam jako pierwsze. Podniosłam zdziwiony wzrok i zobaczyłam wyskakującą zza ściany postać w kominiarce. Podniosłam się i chciałam rzucić do ucieczki, ale postać doskoczyła do mnie zanim zdążyłam zrobić pełen krok. W ręku błysnął nóż. Wpadłam w panikę. Sparaliżowało nie. Próbowałam się odsunąć i wyciągnęłam rękę, żeby zablokować cios. Rzucony kosz potoczył się po schodach na dół rozsypując wszędzie mokre ubrania. Udało mi się w końcu zrobić krok do tyłu. Poczułam jednak potworny ból w podbrzuszu i chciałam krzyknąć, ale nie zdążyłam tego zrobić. Z ust wyrwało mi się tylko ciche sapnięcie. Co się dzieje? Dlaczego to się dzieje? Postać wbijała nóż w moje ciało raz za razem, a ja nie mogłam już poruszyć nawet palcem, żeby się obronić. Nie mogłam powiedzieć, żeby przestała. Nie mogłam odepchnąć jej od siebie. Dlaczego mi to robisz? Kim jesteś? - przebiegało mi po głowie. Ból minął. Czułam, jak ucieka ze mnie życie z każdym kolejnym ciosem. Poczułam się lekka, jak nigdy dotąd. Poczułam, że nie jestem tą osobą, która leży na podłodze, bo ja już nie leżałam na podłodze. Patrzyłam na tę scenę z góry i z boku. Co jest do diabła? Co się dzieje? Zaraz, zaraz. A może to nie ja? Może to mi się śni? Ale przecież czuję, że to ja i to nie może być sen. Taki realny. We śnie nie czuje się bólu od ciosu nożem. Ratunku! Próbuję krzyczeć. Zero dźwięku. Ratunku! Postać podnosi się znad mojego ciała i spycha je ze schodów. Schodzi powoli na dół cała umazana krwią. Jestem cały czas sparaliżowana. Nie wiem co myśleć. Dlaczego ja to oglądam? Co się właściwie stało? Myśl, myśl, echo tych słów obija mi się po głowie. Jakiej głowie? Przecież ja nie mam głowy, żeby myśleć. Moje ciało leży na dole i przygląda mu się jakiś osobnik, a ja jestem tutaj, na piętrze. Rozproszona w cząsteczkach powietrza. Uwięziona i bezwładna. Jak to się stało? Niosłam kosz z praniem. Zobaczyłam nitkę błyszczącą w słońcu. Pochyliłam się, żeby zobaczyć co to jest i za chwilę ktoś mnie zabił. Kto? I dlaczego? Przyglądam się napastnikowi. Biegnie właśnie po schodach na górę. Przez chwilę mocuje się z węzłem przy barierce, a potem wyciąga nóż, ten sam którym mnie zbił, i odcina to coś od szczebelka. To jest żyłka. Teraz widzę wyraźnie. Żyłka, jakiej używa się do łowienia ryb. Cienka i mocna. Schodzi na dół. Cały czas gapi się na moje zwłoki. Bo ja nie żyję. Ale jak nie żyję, kiedy żyję. Jak to było? Cogito ego sum. Ej, ocknij się. Nawet nie mogę sobą potrząsnąć. Nie mogę zamknąć oczu, żeby tego nie oglądać. Bo ja nie mam oczu. Wiszę w powietrzu i po prostu jestem. Nie mogę się nawet ruszyć. Tak jakbym miała tu zostać na zawsze. Nieruchoma. A może ja jeszcze nie umarłam? Może wyjdę z tego? Niech mnie ktoś reanimuje! Pomocy! Widzę jak postać w koszuli i kominiarce na głowie wychodzi z domu. Mojego domu. Telefon! Zadzwonię po karetkę. Może jeszcze nie jest za późno. Ale jak mam zadzwonić, kiedy nie mam ciała. Nie mam rąk, żeby wybrać numer. Nie mam ust, żeby podać informacje. Mnie nie ma. I nic nie rozumiem. Kim był morderca? Mężczyzną? Kobietą? Chyba mężczyzną sądząc po sylwetce. Dżinsowe spodnie, koszula w brązowo-zieloną kratę. Flanelowa. Kwaśny zapach potu zmieszany z jakimś męskim środkiem czystości. Może mydło? Czarna kominiarka. Niebieskie oczy i krótkie, rzadkie włoski między lewą, a prawą brwią. Poszedł. Nie ma go już. A ja zostałam. Czyli co? Czyli jednak nie odchodzimy do nieba? Zostajemy na miejscu naszej śmierci? I co dalej? A może podążę za moim ciałem, kiedy będą je stąd zabierać? I dlaczego czuję się tak jakbym wypełniała cały korytarz? Tak jakbym rozpadła się na miliardy atomów. Jeden atom - ja. Drugi atom - ja. Trzeci... Widzę wszystko i jestem wszędzie. Przynajmniej w obrębie jakiegoś metra czy dwóch. Jakaś mucha przelatuje przez całą mnie, a ja widzę to tak, jakby ona wisiała nieruchomo, a przestrzeń poruszała się zamiast niej. Leci, a nie leci, albo ja lecę razem z nią. Dopiero potem znika za ścianą. Nie, to się nie dzieje naprawdę. Ja nie mogę umrzeć. Muszę powiesić pranie. Kupić masło, bo się skończyło, a musi być do kolacji. Ratunku! Czy ktoś mnie może usłyszeć? Halo!

- - - - - - - - -


- Halo! Pani Otulak! Polecony przyniosłem!

Listonosz niepewnym ruchem włożył łysiejącą głowę w uchylone drzwi. Był mężczyzną po sześćdziesiątce, krótko przed emeryturą, zdecydowanie nieprzygotowanym na wielorakie niespodzianki, które serwowało mu życie.

Jak miło! W końcu ktoś mnie znalazł. Myślałam, że zacznę się rozkładać, jak tak dalej pójdzie.

- O rany! Pani Otulak! Co pani jest? – listonosz błędnym wzrokiem rozglądał się po pomieszczeniu.

Boże! Człowieku! Nie widzisz? Pięćdziesiąt kilka ran kłutych. Krwi jak w rzeźni, a ty mnie pytasz co mi jest. Nie żyję. To mi jest.

- Ja... ja... ja tylko list przyniosłem.

Teraz nie interesują mnie żadne listy, panie Zubrzycki. Weź się pan w garść i mi pomóż.

Listonosz Zubrzycki patrzył w popłochu na leżące ciało.

- Jezu... Jezu... Matko boska... - powtarzał w kółko. - Karetka. Trzeba zadzwonić po karetkę. Jezu...

No, już lepiej. Nareszcie jakiś sensowny wniosek.

- Gdzie tu jest telefon? - listonoszowi drżał głos.

W kuchni.

- Jezu, telefon... – potykając się wszedł do pokoju po prawej. – Gdzie ten telefon?

W kuchni, człowieku!

- Telefon, do diabła!

Telefonu nie było w pokoju. Listonosz przebiegł przez korytarz starając się nie patrzeć na krwiste smugi na podłodze.

- Jezuuuuu... - zawył potykając się o leżący na podłodze kosz. Z trudem powstrzymał się przed upadkiem, ale noga zaplątała mu się w jakąś niebieską szmatę.

No nie, zaraz będziemy mieli następnego trupa zabitego błękitnym męskim T-shirtem rozmiar XL.

Telefonu nie było w korytarzu.

- Gdzie ten telefon? – powtarzał bez końca, wchodząc swoim głosem na coraz wyższe rejestry. Był bliski załamania.

Przecież mówię, że w kuchni. Korytarzem prosto.

W zasięgu wzroku po telefonie nie było ani śladu.

- Nie ma telefonu. Co robić, co robić? Jezu...

Listonosz nie mógł skupić myśli. Bliski paniki stanął w drzwiach kuchni i rozejrzał się. Wielokrotnie wzrok prześlizgiwał mu się po aparacie telefonicznym, nim w końcu zdał sobie sprawę, że poszukiwania się zakończyły. Biegiem ruszył do ściany, na której wisiał aparat, potknął się o leżący na podłodze kolorowy dywanik i upadając na stojącą w pobliżu szafkę wsadził rękę do dzbanka z herbatą.

- - - - - - - - -


- Herbatka świetna rzecz. Herbatka dobra jest na stres. – podśpiewywała pod nosem pani Jadzia, telefonistka na pogotowiu, wkładając do szklanki plasterek cytryny. Pani Jadzia nie miała dzisiaj dużo pracy. Środek tygodnia. Żadnych imprez. Spokój, cisza i szklaneczka herbatki z cytrynką. Dzisiaj cisza, dzisiaj spokój, la la la. Tylko jedna interwencja od rana, dana moja dana, roboto kochana. Jakaś staruszka zakrztusiła się biszkoptem i trzeba było wysłać karetkę. Zadowolona usiadła na wyściełanym krzesełku i zagłębiła się w lekturze "Najsłynniejszych zabójstw na zlecenie". Nagle odezwał się telefon.

- Pogotowie. Słucham – powiedziała pani Jadzia głosem słodkim od herbatki z cytrynką i dwiema łyżeczkami cukru.

- Dzień dobry. Listonosz. Ja...

- Słucham - powtórzyła pani Jadzia, jedną ręką poprawiając sobie fryzurę, a drugą zaopatrzoną w parującą szklankę podnosząc do ust. – Nie wiedziałam, że pracuję na poczcie - dodała w myślach.

- Pani Otulak leży i się nie rusza – zawołał głos w telefonie i zaniósł się płaczem.

- Powoli. Proszę się uspokoić. Jak się pan nazywa? - pani Jadzia poprawiła się na krześle i odstawiła herbatę.

- Ja się nazywam, nazywam... Ja się nazywam ten... no... Zubrzycki się nazywam. Tomasz Zubrzycki. Proszę przyjechać. Szybko. Jestem listonoszem. Przyniosłem list, a ona leżała. Zaraz przy drzwiach. Nie rusza się. Tyle krwi...

Pani Jadzia sięgnęła szybko po formularz i ręką przewróciła stojącą nieopodal szklankę ze słodką herbatą.

- Cholera! - krzyknęła.

- Jasne, że cholera i do tego jasna cholera, proszę pani. - Pan Tomasz poczuł, że ta kobieta na linii w pełni go rozumie.

- To nie do pana - pani Jadzia, zdenerwowana, próbowała sobie wytrzeć oblany płynem obfity biust "Najsłynniejszymi zabójstwami na zlecenie". – Proszę podać adres.

- Tulipanowa osiem, nie dziesięć. Osiem to Kwiatkowscy. Nie, Szczepaniaki.

- To osiem czy dziesięć, bo nie wiem co wpisać. - Pani Jadzia dopiero teraz zdała sobie sprawę, co wyczynia ze swoją książką i swoim biustem.

- Dziesięć - zdecydował pan Tomasz.

- Już wysyłam karetkę. Sprawdzał pan, czy oddycha?

- Nie... - odpowiedział natychmiast, wzdrygając się. - Ja nie chcę nic sprawdzać. Ona się nie rusza i cała jest we krwi. Ja się boję trupów. Raz, jak mój wujek Ryszard...

- Dobrze, proszę pana. Karetka już jedzie. Będzie na miejscu za mniej niż pięć minut. Proszę niczego nie dotykać i pozostać na miejscu.

- Ale ja nie mogę. Ja mam listy. Ja się boję... Halo. Halo.

W telefonie odezwał się tylko sygnał. Przerażony listonosz odwiesił słuchawkę.

- Jezu... Jezu... Jezu... - ponownie rozpoczął swoje lamenty.

Nie mogę już tego słuchać.

- Nie ruszać się. Niczego nie dotykać. Jezu... - mamrotał do siebie, przechodząc przez korytarz i starając się nie patrzeć na rozciągnięte pod nogami ciało. - Idę przed dom - postanowił. - Nie będę siedział w domu z trupem. - Zrobił kolejny krok lawirując między plamami krwi. - A może ona jeszcze żyje? - popatrzył i zrobił ruch, jakby miał się zbliżyć do zwłok.

Tylko mnie nie dotykaj!

Spojrzał niepewnie na ciało. Na ten widok zachwiał się i w ostatniej chwili oparł się ręką o ścianę. Krew odpłynęła mu z twarzy, a przed oczami pokazały się mroczki.

- Może trzeba reanimować? - wyszeptał.

Ani mi się waż!

Jezu... - wzdrygnął się ze wstrętem. – Ja to mam szczęście.