Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 2
Rozdział 2

Szczęście do komplikowania sobie życia miał niewątpliwie pan Tomasz Zubrzycki, lokalny listonosz. Gdziekolwiek się obrócił, tam czekały na niego niespodzianki, najczęściej niezbyt przyjemne. Najbardziej dała mu się we znaki pani Urszula, którą przypadkowo, w trakcie doręczania poczty, nakrył na cudzołóstwie z monterem instalacji sanitarnej, jak się dowiedział po jakimś czasie. Widok splątanych w erotycznym, iście kaskaderskim uścisku ciał, pośród leżących na tarasie zwiędłych liści i na tle świerka srebrzystego, spowodowała u niego prawdziwy szok i sprawiła, że jego poglądy na seks nigdy już nie były takie, jak przedtem. Sprawę skomplikowało nadejście męża, który zatrzymał siłą pana Tomasza, a żonie uczynił prawdziwą jesień średniowiecza. Co gorsze, szanowny małżonek pani Urszuli powołał go na świadka w sprawie rozwodowej. Pan Zubrzycki był człowiekiem bardzo religijnym, więc z założenia potępiał rozwiązłość pani Urszuli, ale każde wspomnienie widoku gołych, obficie owłosionych pośladków męskich i bujających się piersi damskich, wystawionych na widok publiczny, odbierało mu mowę w sądzie, czym zraził do siebie zdradzonego męża, rozbawił żonę oraz wystawił na wielką próbę cierpliwość Wysokiego Sądu. I tak było zawsze. Na palcach jednej ręki można byłoby policzyć dni, w czasie których nie goniły go psy, nie potrącały samochody, nie przeklinali zazdrośni mężowie znajdujący się pod wpływem. Zbierał pan Tomasz również cięgi za beznadziejne funkcjonowanie poczty polskiej, opieki zdrowotnej, ZUS-u i czego tylko dusza zapragnie. Bywały takie posesje, do których zbliżał się na palcach w nadziei, że nie zostanie dostrzeżony przez żądne rozmowy staruszki. Dotyczyło to szczególnie pani Eugenii, która czatowała na niego o każdej porze dnia i nocy i zabierała mu pół godziny z życia (a czasami nawet więcej) opowiadając w nieskończoność dzieje swojej rodziny i jej upadku. "Czy mówiłam już panu o tym, jak tatuś pojechał z ministrem na polowanie na bażanty?" Dzięki tej wyjątkowo uciążliwej kobiecie już dwa razy prosił o zmianę rewiru. Bezskutecznie. Wyłączając jednakże panią Eugenię, musiał przyznać, iż lubił swoją pracę. I to bardzo. Czuł się niemym obserwatorem ludzkich życiowych zmagań. Ale dni, kiedy miał swojej pracy serdecznie dość, zdarzały się, jego zdaniem, zbyt często. Dziś był taki dzień. I on miał go dość.

- Jezu… gdzie ta cholerna karetka?

- - - - - - - - -


Karetka przyjechała po dwóch minutach zapobiegając tym samym zawałowi serca pana Tomasza. Listonosz Zubrzycki rzucił się w jej kierunku z takim impetem, iż prawie wylądował pod kołami. Karetka zahamowała z piskiem opon.

- Tutaj! Tutaj! Jezu! Tutaj! - pan Tomasz wykrzykiwał wskazując palcem dom przy ulicy Tulipanowej.

Z karetki wyskoczyło trzech mężczyzn w kitlach i biegiem ruszyli do wejścia.

- Niech pan tutaj zaczeka - zwrócił się do pana Tomasza jeden z nich, prawdopodobnie lekarz.

Listonosz został przed drzwiami, przez które starał się podejrzeć odbywającą się wewnątrz akcję.

- Zawiadom policję. Niech przyjadą to zobaczyć - powiedział lekarz do jednego z sanitariuszy. – My tutaj nie mamy wiele roboty.

Sanitariusz spiesząc do samochodu wpadł na stojącego przy drzwiach listonosza.

- Panie, suń się pan. Nie masz pan gdzie stać? - sanitariusz wskazał przestrzeń wokół domu. - Tyle miejsca, a ten musi tutaj przeszkadzać. Idź pan gdzieś dalej. Tu się pracuje.

Sanitariusz podążył w kierunku karetki i zniknął w szoferce. W tej samej chwili drugi z sanitariuszy wyskoczył na zewnątrz i z trupiobladym obliczem zaczął łapać powietrze. Na ten widok pan Tomasz ponownie podszedł do drzwi wejściowych i zajrzał do wnętrza domu, na wszelki wypadek zamykając jednak oczy.

- Czy ja jednak mogę już pójść? Mam jeszcze tyle pracy dzisiaj.

Na moje jest pan wolny. Im mniej ludzi mnie ogląda, tym lepiej.

- Musi pan zaczekać. Zaraz przyjedzie policja. Będą zadawać panu pytania. Jest pan świadkiem. - Lekarz był zdenerwowany i chętnie dawał temu wyraz. - A teraz niech pan wyjdzie, bo mi pan przeszkadza w czynnościach.

Właśnie, niech pan już stąd wyjdzie. Nikt pana tu nie chce. Nawet denatka.

- O Jezu... Jezu... - zaczął znowu.

Każcie mu się już zamknąć. Głowa mi pęka. Aha, jaka głowa. A tak poza tym z literatury wiem, że to ja powinnam jęczeć.

Od tego momentu wszystko potoczyło się bardzo szybko. Najpierw przyjechał jeden radiowóz, za chwilę drugi. Potem jeszcze dwa nieoznakowane auta. Posesja zaroiła się od ludzi. Pan Tomasz kręcił się na trawniku nie wiedząc, co ze sobą począć. I wtedy przyjechał mąż.

- - - - - - - - -


Mąż kobiety leżącej u podnóża schodów, Jerzy Otulak, miał 45 lat, 181 centymetrów wzrostu, delikatny brzuszek, nie za duży, taki, który udaje się jeszcze umiejętnie schować pod dobrze skrojonym ubraniem. W zasadzie był dość smukłym i dość małomównym mężczyzną. Pracował jako inżynier w dziale projektowym jednej z większych firm zajmujących się projektowaniem, produkcją i dystrybucją pomp wodnych. Firma nazywała się Hydrobase i w ówczesnym czasie rozwijała się bardzo szybko, dzięki wygranemu przetargowi na wyposażenie eksperymentalnego i ekologicznego osiedla mieszkaniowego. Jego osobistą pasją były książki. Czytał, czytał i jeszcze raz czytał. Nieważne w jakim języku, ponieważ na potrzeby lektury w oryginale był w stanie nauczyć się nowego języka dość szybko. Jego literackie życie dzieliło się na fazy i okresy związane z danym obszarem językowym. Jeśli już ogarniam szwedzki, to przeczytam wszystkie dzieła Vernera von Heidenstrama, mawiał. Dzięki lekturze miał, rzec by można, szeroki pogląd na świat i bywał duszą towarzystwa, jeśli akurat nie był w trakcie lektury, bo wówczas potrafił ignorować całe towarzystwo. Żona nauczona doświadczeniem organizowała spotkania towarzyskie tylko wówczas, gdy na podorędziu nie było żadnego ciekawego dzieła lub też biblioteka przechodziła remanent. Pan Jerzy potrafił dyskutować na niebanalne tematy. Potrafił sypać jak z rękawa faktami. Specjalizował się jednak w słowotwórstwie dzięki swoim umiejętnościom lingwistycznym. Wśród znajomych zyskał miano Profesor.

Ten krótko ostrzyżony, siwiejący na skroniach mężczyzna wydawał się przez większość swojego życia przebywać w innym świecie, co sprawiało, iż był niezwykle spolegliwy. Szczególnie kiedy wiedział, że jeśli wykona jakieś zadanie zlecone przez żonę, to będzie mógł wrócić do lektury i zostanie zostawiony w spokoju na resztę dnia. W ciągu swojego jakże nudnego i bezbarwnego, z perspektywy otoczenia, i pełnego emocji, z perspektywy zainteresowanego, życia nauczył się przyjmować wydarzenia takimi jakie są, bez zbędnego zaangażowania. Na wiadomość o śmierci żony, która dotarła do niego dziesięć minut przed "sign offem", odpowiedział tylko: Zaraz tam będę.

Jego pozorny brak zaangażowania postawił go od razu w pierwszym rzędzie podejrzanych. Według pobieżnej obserwacji śledczych pasował idealnie do profilu zabójcy. Dlatego też po krótkim przesłuchaniu listonosza, który bardzo chaotycznie opowiadał o znalezieniu zwłok, cała uwaga śledczych skoncentrowała się na mężu. Dopiero po godzinie i dwunastu minutach od przyjazdu, kiedy zwłoki przygotowano do wywiezienia, pozwolono mu wejść do domu i rozejrzeć się, czy nic nie zniknęło.

Aspirant Stefan Bąk, przekonany, że przez zaskoczenie można wyciągnąć od sprawcy tajone przez niego fakty, co chwilę zadawał nowe pytania.

- Co miała dzisiaj na sobie pana żona? - wyskoczył znienacka.

- Nie pamiętam. Coś jasnego – Jerzy odpowiedział bezwiednie rozglądając się po wnętrzu.

- Co podawano na obiad w stołówce? - zapytał po upływie minuty aspirant Bąk.

- Ogórkową i rybę.

- - - - - - - - -


Rybko! Jestem tu! Nie odeszłam. Słyszysz? Mówię do ciebie. Proszę, usłysz mnie, albo wyczuj. Proszę! Czy naprawdę nie obchodzi cię to, że umarłam? Ani jednej łzy nie zauważyłam. Zawiodłeś mnie. Gniewam się na ciebie. Będę cię od teraz ignorować. Ty masz mnie gdzieś, to ja ciebie też. Zastanawiam się, jak ty sobie teraz dasz radę sam. Co ty będziesz jadł? Mogłam jednak zostawić Zuzi ten przepis na kalafiorową z kluseczkami, którą tak lubisz. Może by ci ugotowała od czasu do czasu. A co stanie się ze mną? Czy skazana jestem na pobyt tutaj przez wieczność? Czym tak naprawdę teraz jestem? Czy jest na to jakaś naukowa nazwa? To, że nie mam ciała, to już wiem. Nie wydzielam też pewnie żadnych zapachów, ani ciepła, bo reakcje tych wszystkich ludzi na to nie wskazują. Czyli... nie ma mnie. A jednak. Dzieje się ze mną coś dziwnego, bo nie patrzę na otoczenie z jednego punktu. Nie kryję się w kącie, nie ma mnie za półką z twoimi książkami, ani za telewizorem. A tak a propos, miałeś go wynieść jakiś miesiąc temu, bo i tak nie działa. Jestem wszędzie. Nie mam oczu, więc to nie oczami patrzę. Patrzę całą sobą. Tak jakbym była złożona z molekuł, a każdy był całą mną. Mój wzrok nie jest umiejscowiony w jednym miejscu, bo jest wszędzie. Perspektywę również trudno opisać, bo widzę przestrzeń z każdej strony równocześnie. Czasami jestem dalej, a czasami bliżej, tak jakbym poruszała się w wodzie, nie do końca umiejąc pływać. Albo jakbym znajdowała się na powierzchni nadmuchanego balonu, który obraca się w niekontrolowanym kierunku na lekkim wietrze. Ciekawe, czy to przytrafia się każdemu, że umiera, a żyje. Wywożą go, a zostaje, nie ma pulsu, a ma świadomość, nie ma mózgu, a myśli i wnioskuje. Co jest, do cholery? I dlaczego nie mogę się przenieść w inne miejsce? Dlaczego jestem przykuta jakąś siłą do schodów, na których jakiś pieprzony kretyn zadźgał mnie na śmierć? Kręcę się tu, ale tylko tu. Czasami jakaś siła, może podmuch wiatru, przesuwa mnie delikatnie w prawo lub w lewo, raz mocniej, raz słabiej. Ale tylko po tym korytarzu. Przez otwarte drzwi dostrzegam, co się dzieje w pokoju. Innych pomieszczeń nie jestem w stanie zobaczyć. W tej właśnie chwili siedzisz i rozmawiasz z policjantem, którego nie widzę, bo zasłania go ściana. Kochany... Siedzisz na kanapie. Widzę tylko fragment ciebie. Lewą część. No i nie widzę stóp. Cholera! Skarpety miałam ci kupić. W tym sklepie u pani Krysi. Pamiętasz której? Tej niskiej szatynki z blizną po oparzeniu na szyi w kształcie Ameryki Południowej. Wstajesz? Wychodzisz? Nie zostawiaj mnie! Tutaj jestem! Przy tych cholernych schodach! Chcę iść z tobą! Chcę, żebyś o mnie wiedział! Zostań! Usiądź!