Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 3
Rozdział 3

Usiadł na ławce za domem. Pamiętał, że zbudował ją zaraz na początku małżeństwa, kiedy to lubił spoglądać w gwiazdy i znajdować ulubione konstelacje. Potem zainteresowanie astronomią mu przeszło. Z nawału pracy pewnie, pomyślał. Chociaż z drugiej strony, prawie wszystkie młodzieńcze pasje z biegiem lat od niego odeszły. Dlaczego dzisiaj siedzę tutaj i patrzę w niebo? Zastanowił się. Przecież nawet nie widać jeszcze gwiazd, a w domu leży ciało mojej żony. Może właśnie teraz przyszedł czas powspominać młodość i wrócić do dawnego życia? Wiatr potrząsnął gałęziami drzewa. Poczuł, że ma w nim przyjazną duszę. Pomimo krzątaniny grupy ludzi w domu poczuł się bardzo samotnie. Przypomniał sobie, jak bardzo był szczęśliwy, kiedy się poznali. Była śliczną dziewczyną, z włosami długimi prawie do pasa, które wiązała z tyłu głowy. Mimo to kilka kosmyków zawsze potrafiło niepostrzeżenie wyrwać się na wolność. Uwielbiał to. Mógł na nią patrzeć godzinami, a ona się rumieniła. Wiedział, że jej się podoba. Na jego widok uśmiechała się, a to sprawiało, że jej oczy robiły się nieco mniejsze, nadając jej łobuzerski wygląd. Tym, co zupełnie powaliło go na kolana i sprawiło, że wpadł po uszy, była jej niezwykła umiejętność znajdowania się w każdej sytuacji. Nigdy w trakcie całego narzeczeństwa nie widział jej wytrąconej z równowagi, płaczącej bądź krzyczącej na kogokolwiek. Ot, urocza, radosna dziewczyna, bez żadnych obciążeń przeszłością, fobii, kompleksów. Radosna. To jest słowo klucz. Radosna, powiedział na głos. Nie wiadomo dlaczego, dźwięk tego słowa rozśmieszył go. Nie mógł się powstrzymać. Położył się na ławce na wznak i zakrył twarz rękoma tak, aby nikt nie widział, że się śmieje. Po chwili zrozumiał, że to nie jest śmiech, a płacz. Wyrywał się z jego ust jak wołanie o pomoc. I co ja mam teraz zrobić? Łzy leciały mu po twarzy wbrew jego woli. Płakał płaczem bezsilności i skargi na całe swoje życie, beznadziejności i przegranej. Nie powinienem się tak zachowywać, przywołał się do porządku. To bez sensu. Wszystko jest całkowicie bez sensu. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Ani jego życie, ani jej śmierć. Nie ufał już ani sobie, ani innym. Od jakiegoś czasu odwykł od uzewnętrzniania swoich uczuć i ten jego wybuch wytrącił go z równowagi. Wiatr ponownie zaszumiał głośno w koronie drzewa potrząsając liśćmi jak kastanietami. Poczuł nagły chłód i dreszcz przebiegł mu po plecach. Nie strasz mnie, powiedział. Nadal płakał, lecz teraz był to płacz smutku nad ciągłością świata. Ktoś umiera, a życie toczy się dalej. Tak nie powinno być. Świat powinien się teraz skończyć. Albo przynajmniej wyraźniej zmienić. A tu nic. Tak jakby nic się nie stało.

- Panie Jerzy... - wyrwał go z zamyślenia jakiś cichy głos.

Odwrócił się, szybko wycierając oczy.

- Co pan tu jeszcze robi, panie Tomku? - zapytał. - Myślałem, że puścili pana już do domu.

- Ja nie wiem... - listonosz wyglądał na spłoszonego. Najwyraźniej było mu bardzo niezręcznie rozmawiać w takich okolicznościach z mężem martwego ciała. - Ja tylko ten polecony. Musi mi pan tutaj podpisać. Przepraszam...

- - - - - - - - -


- Przepraszam. Czy może mi pan powiedzieć, jaka jest różnica między tym blenderem, a tym? - usłyszał jakiś miły głos dochodzący zza półki ze sprzętem kuchennym.

Podniósł głowę i uniósł się lekko na palcach, żeby dojrzeć, do kogo należy.

- Pewnie niewielka - odpowiedział.

Po drugiej stronie sklepowego stojaka stała młoda dziewczyna. Ładna. I ten uśmiech...

- Ceny mówią co innego - odparła.

- A jak ceny mówią co innego, to trzeba się temu bliżej przyjrzeć - uśmiechnął się z miną znawcy.

Ruszył w jej kierunku, omijając ciśnieniowe ekspresy do kawy, którym się wcześniej przyglądał. Wyszedł zza półek. Dziewczyna otaksowała go wzrokiem.

- Pan tutaj chyba nie pracuje? - powiedziała, uśmiechając się do niego.

- Zgadza się, ale i tak spróbuję pani pomóc - odpowiedział, odwzajemniając uśmiech. - Zobaczmy. Parametry wprawdzie podobne... - przez chwilę przyglądał się opisom na etykietach - ale ten ma regulację prędkości. Widzi pani? Ten przełącznik tutaj.

Podeszła bliżej do niego i poczuł słodkawy zapach perfum.

- Jest jeszcze funkcja turbo, cokolwiek to znaczy i w wyposażeniu kubek do odmierzania i następny do miksowania.

- No tak, ale cena odstrasza - powiedziała wesoło.

- Niewątpliwie - zaśmiał się. - Ale mają tutaj raty czterdzieści razy zero procent.

- Nie, nie, dziękuję. Aż tak zdesperowana nie jestem.

Podobała mu się. I to bardzo.

- Dziękuję za pomoc - powiedziała i obdarzyła go ponownie najpiękniejszym uśmiechem na świecie.

- Nie ma sprawy. Polecam się.

Musiał coś zrobić, żeby ją zatrzymać. Nie miał tylko pomysłu, jak ma to zrobić.

- Gdyby pani jednak się zdecydowała - zaczął niepewnie - to mam zamiar przyjść tutaj jutro o tej samej porze, bo tak sobie myślę, że może i mnie przydałoby się takie coś.

Znowu ten uśmiech. Bał się tego, co teraz usłyszy.

- Zastanowię się - powiedziała po namyśle. - Może rzeczywiście przyda się jeszcze raz zerknąć na ten sprzęt.

- Tak, tak. Zdecydowanie kupno blendera to nie taka prosta sprawa. Konsultacje wskazane. Szczególnie takiego fachowca jak ja.

Podszedł do niej i wyciągnął dłoń.

- Jestem Jerzy. Miło mi panią poznać.

Uścisnęła jego dłoń. Zapadła niezręczna cisza. Miał nadzieję, że pozna jej imię, ale ona milczała.

- Do jutra - powiedział po chwili.

- Pomyślę.

- - - - - - - - -


I co myślisz? - zapytał aspirant Stefan Bąk swojego partnera, kładąc nogi na ich wspólnym biurku.

- Nie wygląda to na wypadek - zażartował Adam Pułacki, niesamowicie chudy sierżant z wielkimi ambicjami i długim nosem, co przy wzroście 197 centymetrów dało mu wśród kolegów ksywę Zgłąb. Przezwisko to nadał mu jakieś trzy lata wcześniej jeden ze stażystów, który zajmował się entomologią. Zgłąb to taki owad, który charakteryzuje się bardzo długim i chudym ciałem z kilkoma jeszcze chudszymi dodatkami. Dzisiaj większość opuszczała pierwszą literę tego przezwiska, przez co powstała nazwa, która nie do końca odpowiadała rzeczywistości, albowiem Adam Pułacki nie miał nic wspólnego z głąbem. Był to miły i sumienny człowiek. Nieco małomówny, z czasami nie do końca rozumianym poczuciem humoru. Życie prywatne współpracowników nie interesowało go kompletnie. Nie wiedział, kto ma dzieci, żony, kochanki, kto gdzie wyjeżdża na wakacje, kiedy planuje wziąć urlop i z jakiego powodu. Być może to spowodowało, że dogadywali się ze Stefanem tak dobrze. Nie na tyle jednak, żeby stać się przyjaciółmi. Dzieliła ich dość spora różnica wieku, a także to, że Stefan Bąk miał żonę pracującą zawodowo, pięcioro brzdąców, z których najstarsze miało dziewięć lat i zawsze zmykał pędem z pracy do domu, żeby zająć się swoim przychówkiem i odciążyć teściową, która niestety nie była dla niego milutką mamuśką. Adam był kawalerem. Lubił kobiety, ale stawiał karierę ponad wszystko. W jego życiu przewinęło się kilka dziewcząt, niekiedy nawet narzeczonych, ale kiedy sprawy posuwały się za daleko, zamykał się w sobie, bo obezwładniało go poczucie zagrożenia. Ten stan przenosił się również do jego pracy, a na to nie mógł i nie chciał sobie pozwolić. Żaden jego związek nie trwał zbyt długo, ponieważ kobiety dość szybko wyczuwały jego nastawienie i pakowały walizki w tempie szybszym, niż je poprzednio wypakowywały. Adam nie do końca zdawał sobie sprawę ze swojej przypadłości. Działo się to jakby trochę poza nim. Wydawał się nie zauważać, że po jakimś czasie trwania związku zaczyna zostawać dłużej w pracy, wraca do domu bardziej zmęczony niż wcześniej i zawsze ma coś do zrobienia nawet, kiedy jest już w domu. Kobiety opuszczały go jedna po drugiej, a on nie widział w tym własnej winy. Może dlatego jego przezwisko zaczęło funkcjonować nie tylko w pracy, ale również w życiu prywatnym, gdzie nikt już nie kłopotał się dodawaniem litery "z" na początku wyrazu. Po każdym zawodzie miłosnym zagłębiał się w pracy coraz bardziej i obecnie bez Adama wszyscy byli bezradni jak dzieci. Adam był od wszystkiego. Znał procedury jak mało kto. Dzięki temu stał się w swoim dziale niezastąpiony.

- Ten jej mąż jakoś nie za bardzo przejął się jej śmiercią - kontynuował.

- Taaaa. Ja też mam w związku z nim jakieś przeczucia.

Aspirant Bąk często kierował się przeczuciami i jak dotąd rzadko się mylił. Starał się polegać na swojej intuicji od czasu, kiedy przeszedł szkolenie z komunikacji niewerbalnej i zaczął dostrzegać ludzkie emocje poprzez gesty i mowę ciała. Wiedział, często teoretycznie, nawet bez znajomości określonej osoby, czy ta mówi prawdę, czy chce coś ukryć. Ten cały Otulak był dla niego jedną wielką zagadką. I to od razu postawiło go na pierwszym miejscu na liście podejrzanych, która jak na razie obejmowała tylko jedną pozycję. Mąż denatki prawie się nie odzywał. Długo zastanawiał nad odpowiedziami. W czasie rozmowy robił dziwne rzeczy ze swoim krawatem. Poprosił o szklankę wody. Wody nie wypił, ale cały czas brał ją w ręce i następnie odstawiał na stół.

- Ma alibi - powiedział sierżant.

- Które jeszcze musimy dokładnie sprawdzić.

- A może kogoś wynajął?

- No tak, ale jeszcze nie znamy motywu. Myślisz, że chodzi o kasę? To nie Ameryka. U nas się nie zabija dla ubezpieczenia. A już na pewno nie w taki sposób.

Sierżantowi zawsze w takich przypadkach przypominał się, krążący po Internecie dowcip z następującą puentą: "To był wypadek. Ofiara upadła na nóż. Osiem razy". Po krótkim namyśle rezygnował z opowiedzenia go Stefanowi, bo zasadniczo rzecz ujmując jego dowcipy prawie nigdy nie wywoływały zaplanowanego skutku.

- A może go zdradzała? - Stefan Bąk usilnie starał się wynaleźć jakiś motyw z jego osobistej bazy najbardziej popularnych motywów zabójstw.

- To nie łatwiej jest wziąć rozwód? Myślisz, że opłacałoby mu się zlecenie zabójstwa? Nie znasz cennika? Rozwód musiałby go taniej wynieść - Adam jeszcze nie spotkał się w swojej karierze z zabójstwem żony na zlecenie, więc uważał, że taki scenariusz jest mało prawdopodobny.

- To wszystko zależy od tego, ile widnieje na twoim zeznaniu podatkowym, a czasami od tego ile na nim nie widnieje. Przecież wiesz.

- No tak. W każdym razie, możliwości jest wiele. Zapisałem na kompie. Już drukuję. Teraz musimy tylko wyeliminować wszystkie opcje.

- Dawaj. Co tam masz jako pierwsze? - Stefan wyciągnął rękę po wydrukowany dokument.

- To, co ostatnio. Zabójstwo w afekcie. Członek rodziny.

- To piszemy. Punkt pierwszy: Mąż. Sprawdzić alibi i motyw. Zrobić wywiad. Rodzina i sąsiedzi. Do roboty.

- OK. Zaczniemy od sąsiadów. Tam są cztery zabudowania - spojrzał na zegarek. - Powinniśmy jeszcze zdążyć dzisiaj - pokiwał głową z niezadowoleniem i westchnął. - Taka ładna, młoda kobieta. Szkoda - dodał i wyjął z szuflady kluczyki do auta.