Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 4
Rozdział 4

Auto zaparkowali na niewielkim placu na skrzyżowaniu ulic Tulipanowej i Różanej. Na placu nie było zakazu parkowania, więc służył mieszkańcom za osiedlowy parking. W tej chwili stały tutaj dwa samochody; jeden dostawczy bus i osobówka oklejona reklamą restauracji "Paradise", do której drzwi były otwarte na oścież. Do restauracji przylegał sklep wielobranżowy. Na chodniku stały trzy rozłożone parasole, jeden koślawy stolik koloru gnijącego awokado i cztery oparte o niego krzesła z wytartą tapicerką. Pod sklepem, oparci o gzyms, odpoczywali dwaj podejrzanie wyglądający panowie. Na widok dobrze im znanego policyjnego auta i dwóch "zaprzyjaźnionych" z nimi od wielu lat gliniarzy zaczęli wypatrywać niewidocznych znaków na bezchmurnym niebie. Jeden z nich nawet pogwizdywał jakąś melodię, która w brzmieniu przypominała temat czwartej części suity Edwarda Griega. Sierżant Adam Pułacki wiedział już, że ta melodia nie opuści go przez resztę dnia ani na chwilę. Od domu denatki oddzielał ich tylko wylot ulicy Kwiatowej i jeden piętrowy dom z płaskim dachem, wybudowany prawdopodobnie w latach siedemdziesiątych. Przed domem posadzonych było kilka drzewek iglastych, przez które prześwitywały ściany obłożone kawałkami szkła i ceramiki użytkowej.

- Może zaczniemy od tego domu? - zapytał Adam.

- OK. Tak będzie najrozsądniej. Obejdziemy bezpośrednich sąsiadów, a potem wrócimy do sklepu. Tam już wiedzą, że jesteśmy, więc jeśli ktoś będzie chciał nam coś powiedzieć, to sobie na nas chwilkę zaczeka.

- Taaaa - odparł. - Z pewnością. Zawsze czekają.

- Ha ha ha - roześmiał się Stefan. Miłość ludności cywilnej do policji była szeroko znana i komentowana w środowisku. - Żebyś się nie zdziwił. Jeszcze się okaże, że wszyscy będą chcieli z nami rozmawiać i dzielić się swoimi przemyśleniami. Nie wiem co gorsze: zbiorowe milczenie, czy zbiorowe paplanie.

Krok po kroku dotarli do pierwszej posesji, która była opatrzona rzeźbionym w kawałku drewna numerem 12. Aspirant Stefan Bąk zapukał do drzwi.

- - - - - - - - -


Drzwi trzasnęły z takim impetem, że cały budynek zadrżał w posadach.

- Gdzie jest moja spinka? Nie widział nikt? Była w mojej torebce i nie ma. Ktoś mi ją wyjął.

Miotała się po pokoju jak oszalała. Za pięć minut autobus, a ona ma na głowie kołtun.

- Nikt ci nic nie zabierał - odezwała się Zuza. - Poszukaj dokładnie. Pewnie położyłaś w innym miejscu. Zawsze mówisz, że ktoś ci coś zabiera, a potem to się znajduje i wychodzisz na głupka.

Zuza była tą rozsądniejszą i bardziej oszczędną w ruchach, żeby nie powiedzieć powolną. Nie rozumiała, jak można tracić energię na miotanie się w kółko jak chomik na karuzeli.

- Tym razem bardzo dobrze pamiętam, że ją włożyłam do torebki. I co? Nie ma.

- Na pewno jest. Sprawdź dokładnie - odezwała się mama z drugiego pokoju. - A tak poza tym, to o jaką spinkę ci chodzi?

- Tę srebrną z koralikami. Od babci. Tak mi pasuje dzisiaj do sukienki.

- Daj sobie spokój. Musisz już lecieć, bo ci autobus odjedzie - krzyknęła Zuza wyglądając przez okno. - Chyba już jedzie.

Na szczęście to jeszcze nie był autobus relacji Parski - Grudziądz, tylko jakaś ciężarówka.

- A właśnie, że nie pojadę. Jak jej nie znajdę, to nigdzie nie jadę.

- Boże, mamo. Ona jest chora. Przecież masz jeszcze pięćdziesiąt innych spinek. Weź inną, a jak cię nie będzie to z mamą poszukamy.

Zuza już podniosła się, żeby pokazać siostrze swoją gotowość do poszukiwań.

- Kiedy ja sobie zaplanowałam, że wezmę tę - była nieugięta. Ta spinka była perfekcyjnym zwieńczeniem jej stroju. Mały koralik na szczycie był bardzo podobny do zapięcia sukienki na karku.

- Pomóżcie mi lepiej szukać, albo jeszcze lepiej powiedzcie od razu, gdzie ona jest - jej głos zaczął się załamywać. - Zrobiłyście to specjalnie, bo nie chcecie, żebym jechała.

- My nie chcemy, żebyś jechała? Czy ty słyszysz, co mówisz? - Zuza zaczęła odczuwać zniecierpliwienie. Sytuacja zrobiła się bardzo napięta. - Tak naprawdę, to my nie marzymy o niczym innym. Masz jechać i się dobrze bawić, bo dziadziejesz w tym domu. A poza tym mamy ciebie serdecznie dość.

W oddali rozległ się dźwięk przypominający nadjeżdżający autobus, który w rozumieniu Zuzy powinien zakończyć tę absurdalną wymianę zdań.

Zuza podeszła ponownie do okna. Autobus wyjechał zza zakrętu.

- Mamo! Ona nie ma zamiaru nigdzie jechać. No nie, to jest dopiero głupota. Umówiłaś się na randkę i nie pojedziesz, bo nie masz spinki? - Zuza wybałuszyła swoje piękne zielone oczy na siostrę i pokiwała z niedowierzaniem. - A właściwie, to nie jedź. Dla niego lepiej. Nie będzie się musiał z tobą męczyć.

Nie pojechała. Co więcej, nie pojechała, bo była przekonana, że to któraś z nich zrobiła jej kawał. To była ich wina, że nie mogła znaleźć tej spinki. Nie mogła przecież jechać bez niej. Czy to tak trudno zrozumieć, że wszystko musi mieć swoje miejsce?

Cała "afera" ze spinką wywarła wielki wpływ na Zuzę. Zaczęła patrzeć na swoją starszą siostrę jak na jakiś dziwny okaz, który zdecydowanie ma jakiś problem. Jej siostra, choć starsza i bardziej doświadczona, okazała się być całkowicie nieprzystosowana do życia. Zuza poczuła się za nią odpowiedzialna i tak już zostało przez cały czas. Starała się otaczać ją opieką, czy ta była blisko, czy daleko. Nie zmienił tego nawet fakt odnalezienia spinki dwa dni później za szafką w łazience. Prawdopodobnie spadła, kiedy mama robiła porządki.

W głowie siostry również zaszła pewna zmiana. Było jej przykro z powodu tego bezsensownego wybuchu. Miała problem z przeproszeniem mamy i Zuzy, chociaż w końcu się przemogła i to zrobiła. Najważniejsze było jednak to, że cała sytuacja otworzyła jej oczy na to, że: po pierwsze, rzeczywistość nie jest jednoznaczna i może być rozpatrywana z wielu perspektyw, po drugie, że każda sytuacja daje możliwość wielu rozwiązań, a ona zawsze wybierała to najgorsze. Postanowiła to zmienić. Od zaraz. Od tej chwili.

- - - - - - - - -


- Chwileczkę, już otwieram.

W drzwiach stanęła starsza kobieta w kolorowej sukience w kwiaty i białych koralach na szyi.

- Dzień dobry pani. Aspirant Stefan Bąk i sierżant Adam Pułacki. Komenda Miejska Policji w Grudziądzu. Czy możemy zadać pani kilka pytań?

Pani Eugenia Pająk była drobną kobietą po siedemdziesiątce, której mąż zmarł dwanaście lat temu (nikt za nim nie tęsknił, bo straszna z niego była kanalia), a troje dorosłych już dzisiaj dzieci wyprowadziło się z domu jeszcze dawniej, dzięki "nieświętej" pamięci tatusiowi. Pani Eugenia jednakże nie zasługiwała również na miano anioła. Wszystko przez jeden drobny szczegół, który na ogół wśród ludzi nie prowadzi do takich tragicznych następstw, albowiem Pani Eugenia miała zbyt krótkie palce u rąk (u nóg zresztą też, ale to nie budziło u niej takich emocji). Dwa milimetry. To tyle ile zabrakło, by zostać zawodową pianistką. Naukę gry na pianinie rozpoczęła w wieku czterech lat i robiła tak wielkie postępy, że wróżono jej świetlaną przyszłość. Niestety, cholerne palce przestały rosnąć w wieku szesnastu lat i żadne zabiegi nie zwiększyły ich długości. Do czterdziestego roku życia pracowała jako akompaniatorka, lecz właśnie wtedy okazało się, że cierpi na reumatoidalne zapalenie stawów, które zmusiło ją do rezygnacji z posady akompaniatorki w szkole muzycznej pierwszego i drugiego stopnia. Została więc nauczycielką fortepianu. Lekcji udzielała prywatnie, u siebie w domu, na fortepianie gabinetowym M-165, który kupił dla niej kochający, nadziany "starą" fortuną tatuś w 1958 roku. Był to piękny instrument zaprojektowany specjalnie dla kochanej Niusi, jedynej córeczki pana Edwarda Ulrickiego (przed wojną von Ulrich) przez Gustawa Arnolda Fibigiera III-go, przedwojennego właściciela i powojennego dyrektora Kaliskiej Fabryki Fortepianów i Pianin Calisia. Tak więc, pani Eugenia (Pająk - po mężu kanalii) pracowała do dnia dzisiejszego jako nauczycielka fortepianu, bardzo wymagająca zresztą. Niewielu jej uczniów wytrzymywało psychicznie na zajęciach, ale ci, którym zmienne nastroje pani Eugenii nie przeszkadzały zbyt mocno, robili postępy tak wielkie, że któregoś razu jedna z gazet branżowych wyraziła chęć przeprowadzenia z nią wywiadu. Niestety, redaktorzy trafili akurat na niezbyt dobry humor rozmówczyni i bardzo szybko zrezygnowali z tego pomysłu.

Dzieci pani Pająk, Klaudia, Tadeusz i Marianna wyprowadziły się z domu krótko po osiągnięciu pełnoletniości, obiecując sobie nigdy więcej w życiu nie siadać do fortepianu. Odwiedzały matkę średnio dwa razy w roku. Najpierw same, potem z małżonkami, a następnie z potomstwem. Większość czasu pani Eugenia przebywała w domu sama, bo liczba uczniów przez lata znacznie się zmniejszyła. Dom był duży, pani Eugenia malutka, więc wykorzystywała w nim tylko pomieszczenia na parterze. W zasadzie jej ulubionym miejscem był parapet kuchenny, przy którym toczyło się życie. Jej życie, a tak naprawdę życie sąsiadów i przypadkowych przechodniów, tudzież przejezdnych.

- Proszę, proszę wejść. Może ja herbatkę zaparzę? - zaproponowała pani Eugenia z zaskakującą jak na nią słodyczą.

- Nie, dziękujemy. Chcieliśmy tylko zadać pani kilka pytań.

- Chodzi o sąsiadów? Taka tragedia. Nie wiadomo, kiedy będzie pogrzeb. Szczutowska mówiła, że będą jej robić sekcję i wyjmować...

Stefan Bąk nie miał ochoty słuchać o tym, co będą i z czego denatce wyjmować, dlatego przerwał wywód pani Eugenii i zapytał:

- Czy może nam pani powiedzieć, co pani robiła dzisiaj około godziny dwunastej trzydzieści?

- Byłam w domu - odpowiedziała staruszka. - Na listonosza czekałam. On tutaj przychodzi o różnych porach. Już zgłaszałam na poczcie, że ja bym wolała dostawać korespondencję zaraz z rana, bo...

- A czy może widziała pani coś podejrzanego u sąsiadów?

Ten policjant zaczął ją już irytować. Nie daje jej dokończyć a przecież to jest takie ważne, co ma do powiedzenia.

- Nie, nic nie widziałam - odpowiedziała, piorunując go wzrokiem. Uczniowie pani Eugenii na wspomnienie tego spojrzenia budzili się w nocy z krzykiem, natomiast ten młody człowiek zdawał się zupełnie nim nie przejmować. - Wie pan, ja siedziałam przy oknie w kuchni, bo wychodzi na ulicę i wyglądałam za listonoszem, bo kiedyś go nie usłyszałam i musiałam iść na pocztę, bo awizo było, a to daleko i nogi bolą.

Pani Eugenia wyrzuciła z siebie potok słów z prędkością cekaemu. Bała się, że policjant znowu jej przerwie w połowie zdania.

- A co nam pani może powiedzieć o tym małżeństwie?

- Aaaa, panie policjancie, co ja tam wiem... Czasami, jak w ogródku jestem, to coś tam widzę. Ale tak to nie. Oni tam mają takie wysokie drzewa posadzone i żywopłot. Jesienią to tam sobie zawsze pójdę maślaków pozbierać, bo na granicy modrzewie rosną. Ja maślaki bardzo lubię z jajkiem. Z tych skóra nie chce za bardzo schodzić, ale ja mam specjalny nóż...

- W porządku. A wracając do tematu... co pani może powiedzieć o sąsiadach?

- Jego to prawie nie znam. Ona chodziła do mnie na lekcje fortepianu przez chyba trzy lata. Taaaak... - westchnęła. - Talentu dziewczyna nie miała za grosz, ale ambitna, nie chciała się poddać... - pani Eugenia ściszyła głos i pochyliła się w kierunku chudego policjanta. - Chociaż robiłam, co w mojej mocy - z jej ust wydobyło się konspiracyjne "hi hi hi".

Policjant Bąk spojrzał na kobietę karcąco.

- A jego nie znam - kontynuowała. - Rano wychodzą do pracy. Mają dwa samochody. Ona taki niebieski, on czarny. Takie luksusowe auta. Po południu on najczęściej na leżaczku wypoczywa z książeczką, a ona gdzieś wychodzi, ale nie na długo. Na jakieś dwie godziny. W poniedziałki, środy i piątki. Może jogę ćwiczy... W telewizji mówili, że to popularne bardzo. Ale o dziewiętnastej to już zawsze jest w domu. A nie... W ostatni czwartek wróciła późno. Wiem, bo jak się kładłam po dziesiątej, to jej nie było. Ale rano przed piątą, jak zerknęłam, to samochód stał za bramą.

Policjanci nie przerywali monologu, starając się wyłapać jak najwięcej przydatnych informacji.

- W soboty jeździli razem na zakupy. Ostatnio nawet prosiłam, żeby mi przywieźli sardynki w puszce, bo promocja była. Nie powiem, kupili i nawet pieniędzy nie chcieli. Czasami mieli gości, ale rzadko i nawet wtedy cicho było, raczej w środku siedzieli.

- Jakieś kłótnie?

- Nieeeee. To nie tak, jak u tych Ząbkiewiczów. Oni to się nawet biją. Ząbkiewicze, nie Otulaki.

- Dobrze. Dziękujemy. Jeśli będziemy jeszcze mieli do pani jakieś pytania, to zajrzymy. Do widzenia.

- Do widzenia - pani Eugenia odprowadziła gości do drzwi. - Jak byście chcieli czegoś się dowiedzieć o innych sąsiadach, to ja chętnie opowiem. Bo ja tu znam wszystkich. Mieszkam w tej okolicy od dziecka.

- Dziękujemy. Na razie nie ma takiej potrzeby. Do widzenia.

- Do widzenia - odpowiedziała pani Eugenia i ze szczerym żalem zamknęła za policjantami drzwi. Żwawym krokiem podreptała do okna w kuchni, aby śledzić ich dalszą wędrówkę.

- Idą do Kwiatkowskich. Pod ósemkę - powiedziała do siebie i zachichotała radośnie. - Mogli mnie zapytać, to bym im powiedziała, że nikogo nie ma. Wyjechali... O której? Chyba po ósmej.