Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 3
Rozdział 3

Zgadza się w końcu. Kamień spada mi z serca. Jestem tak przejęta, że nie mogę przez dłuższą chwilę znaleźć telefonu. Dzwonię do Rybarskiego i do Busha Juniora tuż przed dziesiątą i za dziesięć jedenasta siedzimy u niego w gabinecie. Doktor też jest obecny. Na stole czeka na nas kawa z automatu ciśnieniowego w dużych filiżankach ze spodkiem. Cukiernica i dzbanuszek ze śmietanką żywcem wyjęte z dziewiętnastego wieku. Wszystko postawione na srebrnej tacy. Rany boskie! Jak znam życie, to coś z tego zaraz zleci mi na bluzkę, albo na podłogę, albo na to misternie rzeźbione biurko. Czuję się tak, jakbym miała dziurę w bucie i świadomość, że wszyscy o tym wiedzą.

Junior czyta treść umowy. Po przeczytaniu pyta nas, czy wszystko jest zrozumiałe.

- Tak - odpowiadamy z Piotrem chórem.

Podpisujemy dokument.

- Tak się cieszę, że się państwo zgodzili - mówi doktor - Przeszła pani przez gęste sito ochotników.

Pijemy kawę. Odstawiam filiżankę. W porządku. Cała zawartość dotarła tam, gdzie miała.

- Byłoby szkoda stracić takiego kandydata. A może pani naprawdę coś pożytecznego zrobić dla nauki.

Piotr odwraca się w jego stronę. Mruży oczy, więc zaraz coś palnie.

- Jeśli coś jej się stanie, to nie daruję panu tego. Panu i sobie - mówi. - Obiecuję, że będzie pan miał straszne kłopoty - wyciąga palec wskazujący i kłuje go w pierś.

Wstajemy.

- Do widzenia - mówię.

Piotr wychodzi bez słowa.

- - - - - - - - -


- Przypominam, że jest pani zobowiązana do zachowania ścisłej tajemnicy. Nic, co się wiąże z projektem, w którym bierze pani udział, nie może być przez panią rozgłaszane ani komentowane. Wszelkie wątpliwości i problemy zgłasza pani doktorowi Rybarskiemu, a on, jeśli zajdzie taka potrzeba, przekazuje informacje bezpośrednio do mnie. O wszystkich kwestiach związanych z tym eksperymentem wiedzą jak dotąd tylko trzy osoby i wszystkie znajdują się w tym pokoju. Cztery inne osoby posiadają tylko wybiórczą wiedzę na ten temat. Jeżeli jakakolwiek informacja wycieknie do opinii publicznej, automatycznie podejrzenie spadnie na panią - patrzy na mnie badawczo. - Czy pani to zrozumiała?

Jestem trochę skołowana. Odczuwam niepokój. Może rzeczywiście Piotr miał rację. Pewnie niepotrzebnie się w to wszystko wpakowałam.

- Rozumiem, ale... - zaczynam. - Chciałabym...

- Pani pozwoli, że się przedstawię. Pułkownik Andrzej Kanin, pełniący obowiązki Szefa Agencji Wywiadu Rzeczpospolitej Polskiej - podaje mi dłoń. - Jestem więcej niż zadowolony z tego, jak zanalizowała pani moją osobę. Myślę, że doktor Rybarski nie popełnił błędu wybierając panią do tego eksperymentu.

- Agencja Wywiadu? - jestem zdumiona. - Nie rozumiem.

- Wszystko pani niedługo zrozumie. Potrzebujemy trochę czasu, żeby przygotować potrzebne pani informacje. Część z nich jest ściśle tajna, więc będziemy się starali przekazać pani jak najwięcej, nie naruszając klauzuli. Problem rozbija się o technologię użytą w tym projekcie. To właśnie informacja na jej temat nie może się nigdzie wydostać. Niech mi pani wierzy, że byłoby wielu chętnych, aby się z nią zapoznać. Dlatego dopóki będziemy dyskretni, dopóty eksperyment będzie bezpieczny.

- Rozumiem - mówię. - Nie zdawałam sobie sprawy, że to jest aż tak tajna operacja.

- Jak już pani mówiliśmy - wtrąca się Rybarski. - cel jest czysto naukowy. Chodzi o badania nad ludzkim umysłem. Postawiliśmy następującą hipotezę, że przy użyciu naszej technologii umysł człowieka może poszerzyć swoje możliwości o co najmniej 40 procent. Dotyczy to wielu aspektów pracy mózgu, ale jeszcze nie do końca wiemy jakich, chociaż mamy pewne przypuszczenia. Podam pani przykład. Będzie to wielkie uproszczenie, ale pokaże pani, co staramy się osiągnąć. Pani IQ osiągnęło w naszych testach wynik sto czterdzieści, co jest bardzo wysokim wynikiem. Mamy dość wiarygodne przesłanki, że dzięki naszemu eksperymentowi może ono wzrosnąć do co najmniej 196 jednostek. Taki wynik stawiałby panią na czołowym miejscu wśród najinteligentniejszych ludzi na świecie. A nie przeczę, że mamy wielkie nadzieje na dużo lepszy rezultat.

Czuję, że wyraz mojej twarzy nie odzwierciedla nawet 140 IQ w tym momencie.

- Chcemy również zbadać, w jaki sposób pani nowe umiejętności mogą być społecznie użyteczne - dodaje pułkownik.

- Znaczy to, że będę genialna? - dukam. - Chyba będzie mi się to jednak podobać.

- - - - - - - - -


- OK, tato. Jaki to duży kredyt?

Ojciec siedzi w kuchni na taborecie. Opalony, uśmiechnięty, popija espresso. Kontrast między beżową koszulką a opalenizną upodabnia go do Włocha albo Hiszpana. Muszę przyznać, że nie wygląda na swoje 65 lat. Twarz prawie bez zmarszczek. Tylko ciało... Ciało starzeje mu się bardzo szybko. Brak ruchu robi swoje. Czasami porusza się jak staruszek.

- Niedużo. Mam około 30 tysięcy. Potrzebuję jeszcze osiemdziesięciu. - mówi.

- 80 tysięcy? Chyba zwariowałeś, że ci to podżyruję.

Patrzę na niego badawczo.

- Powiedz, co to za świetny interes? - pytam.

- Mam zamiar rozkręcić biznes i potrzebuję na inwestycje. Złapałem kontakt z producentem podzespołów elektronicznych. Będę produkował systemy alarmowe. Mówię ci, to świetny interes. Mam już wyliczenia. Wychodzi mi, że można na tym zarobić świetną kasę. Wszystko zwróci się po 4 miesiącach.

Zdecydowanie jest z siebie dumny. Wiem, że potrafi zapalić się do pomysłu. Szkoda tylko, że jak dotąd był to zawsze słomiany zapał.

- No nie wiem. Dotychczas, te wszystkie twoje biznesy nie za bardzo ci wychodziły.

Mój ojciec zajmował się wieloma różnorodnymi rzeczami. Te, które pamiętam to: wydawanie gazet, sprowadzanie samochodów i złomowanie ich. O usługach transportowych nawet nie ma co wspominać. Krótko mówiąc, nic z tego nie przyniosło mu nadzwyczajnych dochodów.

Nigdy nie byłam z ojcem bardzo blisko. Był taki okres w moim życiu, że starałam się do niego zbliżyć. Myślałam, że tak trzeba. Bądź dobry dla innych, a inni odpłacą ci tym samym. Niestety, życie to nie przysłowie z książki. Życie jest bardziej skomplikowane. Moje starania o przyjaźń z ojcem trwały dość krótko, kiedy zdałam sobie sprawę, że to, czego ja chcę, nie ma dla niego najmniejszego znaczenia. Ważne jest to, czego on chce. A w zasadzie, czego nie chce. A on nie chce się ze mną przyjaźnić. Nie znam źródła tej niechęci do mnie. Kiedyś starałam się to analizować. Potem mi przeszło. Zawsze czułam, że mało go obchodzę. Żyliśmy obok. Zresztą rzadko bywał w domu. A jak był, to... szkoda wspominać. Było, minęło. W zasadzie, jak mam być szczera, niewiele pamiętam. Wyparłam moje dzieciństwo z pamięci. A mama nigdy o nim nie wspomina. Nareszcie jest szczęśliwa, a ja mam swoją rodzinę i brak czasu na rozmyślania o tym, co było. Zawsze mam w zanadrzu dwa stwierdzenia, które powtarzam sobie, kiedy nachodzi mnie myśl o ojcu i naszej rodzinie: "Tak musiało być" oraz "Co komu pisane, to go nie minie". Nie zostawiają one miejsca żadnym spekulacjom. Koniec. Kropka.

Teraz patrzę na ojca rozpartego przy moim stole kuchennym i zastanawiam się, czy ta jego wizyta pozwoli nam odbudować jakieś pozytywne relacje. Może jednak warto próbować?

- Wiesz, że i tak nie mogę sama podjąć decyzji - mówię do niego. - A co do Piotra, to wątpię, że się zgodzi.

- - - - - - - - -


- Przejdziemy teraz do drugiej części badania - Rybarski otwiera plastikową teczkę i wyjmuje z niej zbindowany zestaw kartek. - Zadam pani 20 pytań z różnych dziedzin. Pytania nie są ze sobą powiązane w żaden sposób. Chcemy sprawdzić pani ogólną wiedzę. Jest pani gotowa?

- Chyba tak - czuję się niepewnie. - Boję się, że obleję. Nie pamiętam już wielu rzeczy ze szkoły.

- Niech się pani nie martwi. To nie jest test - wtrąca Van Damme.

Dla mnie chyba już na zawsze zostanie Van Dammem. Nie mogę się przyzwyczaić do jego nazwiska. Czy Krupski, czy Kanin. Niech go jasna cholera weźmie.

- Staramy się określić pani początkową wiedzę. Stworzyć punkt odniesienia, od którego możemy mierzyć pani postępy - podnosi głowę. - Usłyszy pani tego rodzaju pytania jeszcze wiele razy.

Myślę, że błędem jest mówienie badanemu, że od początkowego stanu wiedzy będzie zależał jakiś progres. To tak, jakby sugerować mu, że im gorzej odpowie, tym będzie lepiej dla wszystkich. Znam to z autopsji. W szkole musimy robić uczniom tak zwane "testy na wejście". Idea jest jak najbardziej słuszna. W praktyce jednak wychodzi jak zawsze, czyli bez sensu. Uczniowie wiedząc, że ten test nie jest oceniany, zaznaczają "byle co" lub tylko się podpisują na kartkach i zostawiają arkusz zupełnie pusty. Wszyscy na tym zyskują. Uczeń jak czegoś nie wie, to może powiedzieć, że w gimnazjum tego nie było, albo nie pamięta. I nadal nic nie robić. A nauczyciel zawsze może się wykazać się wynikami, bo zero dodać "coś tam" zawsze daje "coś tam".

- W porządku. Zaczynajmy - mówię wiercąc się nerwowo na krześle, bo w moim przypadku pokazanie, że niewiele wiem, nie jest mi osobiście na rękę.

- Jak już wspomniałem, pytań będzie 20. Może się pani zastanawiać nad odpowiedzią, ale po 60 sekundach będę musiał zadać następne pytanie - wyjaśnia Rybarski. - Nawet jeśli nie jest pani pewna odpowiedzi, może pani zgadywać albo komentować. Wszystkie pani odpowiedzi będą rejestrowanie na taśmie i poddane analizie. Nagranie jest tajne i dostęp do niego mam tylko ja i pułkownik Kanin. Dlatego proszę się nie stresować. Proszę odpowiadać na pytania, nawet jeśli pani uważa, że odpowiedź może nie być poprawna.

- Zabrzmiało poważnie - mówię. - postaram się wypaść jak najlepiej.

Zaczyna mnie ta sytuacja lekko przytłaczać. Wyliczyli mi IQ na sto czterdzieści, a to zobowiązuje. Czuję jednak, że jak zadadzą mi pytania z fizyki, informatyki albo mechaniki to leżę. W zasadzie ze wszystkiego leżę i kwiczę.

- Proszę, niech się pani odpręży - pułkownik chyba zauważa moje rozterki. - Ja bym na te pytania nie odpowiedział, więc nie może pani wypaść gorzej ode mnie.

Śmiejemy się.

- Trochę mnie pan uspokoił - mówię. - Jak mi się uda odpowiedzieć na jedno pytanie, to wypadnę lepiej od pułkownika, a to już coś.

Rybarski śmieje się tak mocno, że musi obetrzeć łzy.

- Ode mnie też - mówi.

Pułkownik dołącza do rechotu.

- Dobrze - Rybarski odkasłuje. - Zaczynajmy. Czytam pierwsze pytanie: Co to jest aberracja?

Nie mam pojęcia, co to jest aberracja. Z niczym mi się nie kojarzy. Może nigdy w życiu nie słyszałam tego słowa. Brzmi jak hasło z krzyżówki. Żałuję, że rozwiązywanie krzyżówek nigdy nie było moim hobby. Milczę. Mija 60 sekund.

- W którym roku odbyła się koronacja Bolesława Śmiałego?

- Bolesław Śmiały? - pytam. Rybarski potwierdza. - To jakieś bardzo stare dzieje. X- XI wiek? Nie wiem - mówię zrezygnowana. Dwa do zera. Jestem beznadziejna.

- Co to są pola Brodmanna?

- Chyba coś związane z medycyną, ale nie wiem dokładnie.

Milczę. Mija chwila. Rybarski zadaje następne pytanie.

- Co to jest amplituner i z jakich części się składa?

Ciekawe, który z nich wymyślał te pytania. Może obydwaj. Usiedli sobie i tak kombinowali, co też by można tu wymyślić, żeby dziewczyna miała pod górkę. A może zrobili to podświadomie? Kto wie, jak głęboko jest zakorzeniona w naszych genach walka płci i chęć dominacji.

- To pewnie jest jakiś odbiornik. Będzie miał wzmacniacz, jakieś zasilanie, przełączniki, ale nie wiem do czego służy.

Czuję się coraz gorzej. Nie ma szans, żebym odpowiedziała na te pytania.

- Proszę wymienić elementy korbowodu.

- Korbowód? To coś do samochodu?- pytam.

Żaden z nich nie potwierdza, ani nie zaprzecza. Czuję się głupio. Wiem, że nie powinnam tak się czuć. Przecież te pytania są strasznie trudne. Z różnych dziedzin, i szczegółowe, i w ogóle. Jednak, co by nie powiedzieć, miło byłoby na nie odpowiedzieć i pokazać, że jest się mądrym nawet bez eksperymentów i nowoczesnych technologii.

- Jaką liczbę atomowa ma iryd?

- Tablica Mendelejewa. Gdzieś w środku. 70 - 80?

Po co pytam, przecież i tak mi nie odpowiedzą.

- Za trudne te pytania. Nie dam rady - mówię.

- Spokojnie. Wcale nie musi pani odpowiadać. Przynajmniej nie od razu. Proszę się zrelaksować i wyciszyć. I bardzo proszę, żeby pani mówiła nam wszystko, co przychodzi pani do głowy po usłyszeniu pytania - Rybarski uśmiecha się uspokajająco.

- Dobrze. Spróbuję - wzdycham ciężko.

- Proszę wymienić wszystkie okresy neoproterozoiku.

- Neoproterozoik to jest chyba era w dziejach Ziemi. Był jeszcze mezozoik i tam był trias, jura i kreda. Paleozoik? Kambr? - przyglądam im się badawczo. Rybarski zachowuje kamienną twarz. Pułkownikowi zmienia się lekko wyraz twarzy. Albo jestem na dobrym tropie, albo wręcz przeciwnie. Może cieszy się, że coś mówię, bo będzie miał materiał do analizy.

Spoglądam na pułkownika jeszcze raz. Sprawia wrażenie zrelaksowanego. Jego spokój zaczyna na mnie spływać. Oddycham głęboko. Próbuję się odprężyć. Ruszam głową naokoło, żeby rozruszać mięśnie karku. Już mi trochę mniej zależy na udzielaniu poprawnych odpowiedzi. Spokój, spokój i jeszcze raz spokój.

- Co oznacza termin prokarionty?

Nie słucham kolejnego pytania. Jakaś natrętna myśl krąży mi po głowie.

- Nieprawidłowość. Pozorne odchylenie ciał niebieskich od ich rzeczywistego położenia. Wada soczewek w przyrządach optycznych.

Rybarski podnosi się z krzesła. Pułkownik patrzy z niezrozumieniem w oczach.

- Odpowiadam na pierwsze pytanie - mówię. - Co to jest aberracja.