Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 5
Rozdział 5

Pod numerem ósmym nikogo nie było, skupili się więc na przeciwnej stronie ulicy. Pozostały im do odwiedzenia dwie posesje o nieparzystych numerach. Do domów stojących nieco dalej postanowili wysłać posterunkowych. Najpierw weszli na podwórko budynku o numerze 13. Był to parterowy dom, lekko zaniedbany. Gdzieniegdzie poodpadał klinkier i w jednym miejscu w polbruku zrobiła się dziura. Trawnik wymagał już strzyżenia, a skalniak pośrodku należałoby niezwłocznie wypielić.

- Oby tylko szybko poszło - powiedział do partnera Bąk.

Drzwi otworzył mężczyzna około czterdziestki. Jak się okazało, kawaler. Ubrany w czyściutką i odprasowaną lub być może całkowicie nową koszulkę z napisem "WTF" i dopiskiem "Where's the food". Aspirant Bąk uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na partnera, który albo nie zrozumiał, albo nie zwrócił uwagi na napis. Właściciel koszulki, blondyn z włosami do ramion, wydawał się nieco podenerwowany, czym nie wzbudził zaufania obu policjantów.

- Chcemy zadać panu kilka pytań - powiedział sierżant po standardowym przedstawieniu się.

Właściciel posesji, Grzegorz Borowski, nie zaprosił gości do środka, więc cała rozmowa odbyła się przy drzwiach wejściowych.

- W zasadzie to nie mam nic do powiedzenia - powiedział, unikając wzroku policjantów. - Nic nie widziałem. Rano byłem na rybach. Wracając poszedłem na zakupy i potem siedziałem w domu.

Czemu on się tak denerwuje, pomyślał Stefan. Może ma plantację trawki w ogrodzie? Wygląda na takiego, co sobie od czasu do czasu popala.

- Jak dobrze zna pan sąsiadów?

- Nie za dobrze - odpowiedział. - To znaczy jej nie znałem wcześniej. A z Jerzym spotkałem się na studiach, ale on był w innej grupie, więc nie mieliśmy wiele wspólnego ze sobą. Potem przez kilka lat go nie widziałem i dopiero jak przeprowadziłem się tutaj, to zaczęliśmy się kumplować.

- Widział pan wczoraj coś podejrzanego?

- Nie... - odpowiedział bardzo szybko. - Nic nie widziałem. Nic podejrzanego.

- A może pan krótko określić sąsiadów? Jacy to ludzie?

- Spokojni. Czasami do nich zaglądałem. Nie kłócili się, przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Normalne małżeństwo. Wprowadzili się tutaj jakieś pięć lat temu, bo jak ja się tu przeniosłem, to jeszcze wykańczali elewację.

- Jeśli coś się panu przypomni, to prosimy o kontakt - powiedział Adam i podał swoją wizytówkę.

- Oczywiście. Zadzwonię, jak mi się coś przypomni - odpowiedział pan Grzegorz, a Stefan Bąk usłyszał między wierszami "Odwalcie się i dajcie mi spokój".

Skierowali swoje kroki na sąsiednią posesję i zadzwonili do drzwi. Była to luksusowa willa z olbrzymim zadrzewionym tarasem i basenem o nieregularnych kształtach, którego fragment można było zobaczyć z ulicy.

- Ale chata - zachwycił się Adam.

- Uhm - odpowiedział Stefan i pomyślał, że gdyby wypłacili mu jednorazowo całą życiową pensję, to i tak nie starczyłoby mu na kupno takiego cudu.

Właścicielką posesji była pani Urszula Zygmunt. Rozwódka, bezdzietna. Od samego progu dała znać, że u sąsiadów było coś nie tak.

- Ja mam nosa do takich rzeczy - powiedziała. - A poza tym nie wierzę w takie szczęśliwe małżeństwa. Na moje, to tam była jakaś patologia. Na zewnątrz takie "ciu, ciu, ciu", a pod spodem smród, jak się patrzy. Ja wam mówię, to są jacyś terroryści. Albo jeszcze coś gorszego.

Adam Pułacki nie mógł oderwać wzroku od rozmówczyni. Powiewna bluzeczka, rude długie włosy i nogi do nieba obute w złote sandałki. Ja cię kręcę, co za babka, pomyślał, wgapiając się w panią Urszulę.

Pani Ula oczywiście zauważyła wzrok sierżanta i ze zdwojoną siłą zastosowała na nim swoje tajne techniki uwodzenia. Zaczęła mówić tylko do niego, jedną ręką poprawiała sobie peniuar, a drugą zaczęła wyczyniać cuda z włosami.

- Ale, co my tak będziemy tutaj stać. Zapraszam na taras. Usiądziemy sobie spokojnie i porozmawiamy.

Nie czekając na odpowiedź policjantów poprowadziła ich przez hol na tył domu.

Taras był wyłożony kamienną posadzką i Stefanowi od razu opadła szczęka. Ale przepych, pomyślał. Ciekawe skąd ona ma tyle kasy.

- Proszę, niech się panowie rozgoszczą - wskazała wiklinowe fotele. - Zaraz przyniosę jakieś napoje.

- Nie trzeba - odpowiedział szybko sierżant, ale pani Urszula już zniknęła we wnętrzu domu.

Stefan obrzucił partnera znaczącym spojrzeniem.

- Chyba masz wzięcie - powiedział i uśmiechnął się znacząco.

Po chwili gospodyni wróciła niosąc na dużej tacy szklaneczki, dzbanek z przezroczystym płynem i malutkie czekoladowe ciasteczka. Bez słowa nalała płynu do szklanek i podała policjantom.

- Lemoniada. Sama robiłam.

Usiadła naprzeciwko i wierciła się na fotelu tak długo, aż koronkowa spódnica odchyliła się na pożądaną długość.

Adam miał taki wyraz twarzy, że Stefan musiał użyć swojej stopy, żeby przywołać go do porządku.

- O czym to ja mówiłam? - zapytała po chwili.

- O sąsiadach.

- No tak... - pani Urszula zastanowiła się przez chwilę. - Ja myślę, że on działa w jakiejś siatce szpiegowskiej, a ją zabili, żeby dać mu nauczkę. Widziałam kiedyś taki film. A może oni tylko udawali małżeństwo? Ja tam od razu takie rzeczy wyczuję. Miałam dwóch mężów, to wiem. Aktualnie jestem rozwódką - ostatnie zdanie skierowała specjalnie do Adama.

- Czy zauważyła pani coś podejrzanego?

- A jasne, że tak. Wszystko u nich było podejrzane.

Stefan nadstawił ucha. No, może rzeczywiście ta kobieta będzie mogła im pomóc.

- Wiecie co było u nich najdziwniejsze? Ona codziennie, jak Jerzy wracał z pracy, wychodziła do niego na podjazd. Kto tak robi po tylu latach małżeństwa? Tylko ktoś, kto chce coś sąsiadom pokazać. Dla mnie to małżeństwo to jedna czysta fikcja. On też jest jakiś dziwny... - zawiesiła głos i spojrzała na Adama. - Nigdy nie chciał ze mną dłużej porozmawiać, bo zawsze zajęty, a potem widziałam, jak leżał na tym przeklętym leżaku, a ona mu co chwilę donosiła a to kawusię, a to ciasteczko... A co, u mnie w domu kawy nie ma? Jest, i to na pewno lepsza, bo kupiłam sobie amerykański ekspres ciśnieniowy na e-bayu. Mogę pokazać.

- Nie trzeba. Dziękujemy - odezwał się aspirant Bąk. Adam był tak przejęty, że nie dał rady wykrztusić z siebie słowa. - A czy dzisiaj coś pani widziała? Około południa?

- Niestety. Akurat wtedy się opalałam. Nawet mnie trochę wzięło.

Odchyliła skrawek bluzki i zaprezentowała rozmówcom fragment ciała jako dowód. Adam Pułacki się zachłysnął.

- Tutaj wszyscy dbają o prywatność. Niewiele widać. U mnie też, proszę zobaczyć. Żywopłot jak się patrzy. Można się zupełnie nago opalać.

Sierżant Pułacki zachłysnął się po raz drugi. Stefan natomiast pomyślał, że powinni już sobie pójść, bo jego partner może tej wizyty nie przeżyć. Dopił szybko lemoniadę, spojrzał na Adama i zaczął podnosić się z fotela. Adam nie zwracał uwagi na jego znaki, a szklanka z napojem niebezpiecznie zaczęła przechylać się w jego dłoni.

- Uważaj bo wylejesz - szepnął. - Niestety, musimy już iść - powiedział głośno, kładąc swoją ciężką dłoń na ramieniu kolegi.

- Tak, tak. Musimy - Adam wyskoczył z fotela, jak oparzony. Wyciągnął z kieszeni na piersi wizytówkę i podał pani Urszuli. - Jeśli coś się pani przypomni, to proszę dzwonić.

- Oczywiście oficerze - odpowiedziała i spojrzała na podany jej skrawek papieru. - A który numer jest do pana? - zapytała, patrząc Adamowi w oczy.

- To są numery na komisariat. Proszę zadzwonić i podać moje nazwisko, a ktoś panią połączy.

- W porządku, panie Adamie - odpowiedziała i schowała wizytówkę pod miseczkę biustonosza.

Adam wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć.

Dzięki Bogu, że już idziemy, bo chyba trzeba by było wzywać do niego karetkę, pomyślał Stefan.

- Dzisiaj, to już wszyscy - powiedział, kiedy wyszli na ulicę. Pani Urszula odprowadzała ich wzrokiem stojąc w drzwiach swojej posesji.

Adam nadal sprawiał wrażenie nie do końca przytomnego.

- Ruszaj się, bo jestem spóźniony. Powinienem już dawno być w domu, bo moja zabiera dwoje starszych do teściowej na weekend. Muszę zostać z maluchami. Podrzucisz mnie?

- Coś mówiłeś? - zapytał Adam, budząc się z odrętwienia.

- Nic. Ruszaj się, bo mnie zabije żona terrorystka.

Pani Urszula z rozmarzonym wzrokiem towarzyszyła odchodzącym policjantom.

- Ech - westchnęła. - Szkoda, że już sobie poszli.

- - - - - - - - -

Poszli. Wszyscy. Jerzego nie ma. Mojego ciała też już nie ma. Zabezpieczyli dom. Cisza. Tylko krew na podłodze i ścianach świadczy o mojej śmierci. Biedny Jerzy. Zupełnie się rozsypał, kiedy przyjechała Zuza. Zabrała go do siebie. Bardzo dobrze. U mojej siostry będzie mu najlepiej. Dzieci nie pozwolą mu się długo smucić. Szkoda, że policja nie pozwoliła mu wziąć niczego z domu. Nawet majtek na zmianę. Ale jestem pewna, że Zuza mu coś zorganizuje. Ciekawe, czy mama też jest u Zuzki. Pewnie tak. Chciałabym ich wszystkich zobaczyć. Uściskać. Pożegnać. Zostali teraz sami. Tak jak ja. A po domu, zamiast mojej rodziny, kręcili się cały dzień obcy ludzie. Wyczułam, że nie tylko dla mnie jest to niecodzienna sytuacja. Nawet oni, fachowcy, nieźle się pogubili. Prokurator wyglądał na zdezorientowanego na początku. Może to przez tę krew. Trzy razy policjant objaśniał mu sytuację, a ten patrzył na ściany jak sroka w gnat i nie potrafił podjąć żadnej decyzji. Potem przyjechał ten doktor i jacyś technicy. Obejrzeli mnie ze wszystkich stron. Najmniej podobał mi się fotograf, ponieważ według niego źle się ułożyłam, bo biodra nie mógł zmieścić w kadrze. Dobre sobie! Jakbym rzeczywiście sama się układała. Słyszałam już pierwsze ustalenia. Wiedzą już, że zostałam zabita na piętrze i dostrzegli fragment odcisku buta. Kazali listonoszowi pokazać swój, ale chyba nie chciał przyjść, więc go przynieśli. But. Nie listonosza. Wyraźnie się ożywili, kiedy się okazało, że wzór zelówki jest zupełnie inny. Fotograf zrobił około dwudziestu zdjęć odcisku i nie krzyczał, że mu się "źle ułożył". Starałam się im powiedzieć o żyłce, ale nikt nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności. Może jakieś medium by mnie wyczuło? Mogłabym powiedzieć wszystko co widziałam. Wściekałam się. Prosiłam. Błagałam. Skupiałam się i próbowałam wciąż: "Żyłka", "Koszula w kratę", "Mężczyzna", "Zrośnięte brwi", "Niebieskie oczy". Na darmo. Czas mijał i w końcu zebrali wszystkie swoje zabawki i wywieźli moje ciało. Przez otwarte drzwi widziałam tłumy ludzi na ulicy. Zuza płakała. Mnie na ten widok prawie serce pękło. No tak... Jakie serce? Coś tam mi chciało pęknąć. Ciężko jest zostawiać bliskich. Gdybym tylko mogła cofnąć czas. Gdybym mogła przewidzieć, co się stanie. Nie stałoby się najgorsze...