Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 6
Rozdział 6

Najgorsze w jego życiu było to, że nie wiadomo kiedy, utracił cel. Dzień za dniem mijał, jeden podobny do drugiego, a on zastanawiał się, po co. Do niczego go to nie wiodło. Praca, dom, zakupy, dom, książka, kolacja, spać, praca... i tak w kółko. Ta rutyna spowodowała, że czuł się jak nakręcony samochodzik, który jedzie prosto dopóki nie ma przeszkody, a skręca dopiero po tym, jak z całej siły rąbnie w ścianę. Nagle, kiedy odeszła, coś się zmieniło. Samochodzik rąbnął w ścianę i się potłukł. Stare życie odeszło, a wraz z nim dotychczasowa rutyna. Na chwilę stracił grunt pod nogami. Nie wiedział co go czeka, ale przekonanie, że wraz z jej śmiercią odeszło coś cennego nie opuszczało go ani na chwilę. Będę musiał coś zmienić w swoim życiu, pomyślał. Żeby jej śmierć nie poszła na marne.

- Wujku - usłyszał dziecięcy głosik. - Autko mi się zepsuło. Naprawisz?

- Jasne - odpowiedział. - Pokaż, co tam się porobiło.

Wziął do ręki drewnianą zabawkę Antosia. Patyk, który łączył dwa przednie koła się złamał.

- Tutaj się złamało, widzisz? - powiedział do dziecka. Na twarzy chłopczyka zagościł smutek i usta wygięły się w podkówkę.

- Nie płacz, wujek to naprawi. Chodź, zapytamy tatę, czy ma klej.

Przeszli do ogrodu, gdzie Krzysztof montował trampolinę dla dzieci.

- Krzysiek, Vicol potrzebny, bo mieliśmy kraksę! - krzyknął do szwagra i pokazał połamaną zabawkę.

- Idźcie do garażu. Powinien być w szafce przy drzwiach.

- OK. Chodź Antoś. Zaraz naprawimy pojazd.

Naprawa trwała krótko, ale klej musiał wyschnąć dlatego położyli samochodzik na parapecie w garażu. Antoś aż podskakiwał ze zniecierpliwienia, bo nie mógł się doczekać, kiedy w końcu go dostanie.

Jerzego natomiast przez cały czas nie chciały opuścić dwie myśli. Pierwsza, że zawsze chciał mieć dzieci i w zasadzie nie wie, dlaczego ich nie ma. Oraz druga, że praca w drewnie bardzo go relaksuje. Może to jest myśl. Może powinienem tym się zająć. Kiedyś przecież próbowałem. Już wiem, co będę robił, jak mi pozwolą wrócić do domu.

- - - - - - - - -


Dom odzwierciedla moje wnętrze i jest odbiciem mojej filozofii. Jest taki, jaki zawsze chciałam mieć. Po prostu perfekcyjny. Bo ja przez całe swoje ziemskie, dorosłe życie dążyłam uparcie do perfekcji. Perfekcji w oczach innych ludzi. To, że dla siebie nigdy nie będę ideałem, było dla mnie jasne i nieuniknione. Miałam sobie wiele do zarzucenia. Trudno było mnie samej sobie sprostać. Zawsze chciałam, żeby inni mnie podziwiali, co i tak, teraz już wiem, nigdy do końca mi się nie udało. Najważniejsze jednak dla mnie było samo dążenie do doskonałości. Chciałam być jak kameleon. Pasować do każdej sytuacji i każdego człowieka, i żeby mój ukochany wiedział, że to ja jestem tą najwspanialszą i jedyną. Starałam dogadać się ze wszystkimi. Przy wesołych byłam wesoła, przy smutnych i załamanych współczująca. Zawsze mówiłam, jak bardzo innych rozumiem i podziwiam. Pocieszałam w troskach i starałam się pomóc w kłopotach. Ludzie lubili mi się zwierzać. Widocznie moje nastawienie sprawiało, że byłam dla nich osobą godną zaufania. Teraz wiem, że uśmiech i krótka rozmowa mogą zdziałać cuda. Tak pisali w książkach i nie kłamali. Starałam się nie wymądrzać zbyt często. Tylko czasami świadomie, żeby zrobić na kimś wrażenie. To kilka razy w życiu mi pomogło. Jednym słowem, panowałam nad sobą lepiej niż przeciętna jednostka. Kto, jak nie ja miała być tą wyjątkową. I muszę przyznać, że niewiele osób miałoby mi coś do zarzucenia (oprócz tych, którzy zawsze widzą w innych same złe strony). Krytykowali mnie na pewno za plecami ludzie, którym się coś we mnie nie podobało. Moi studenci zapewne też mieli ze mną problem. Przynajmniej niektórzy. I to właśnie ta krytyka, kiedy już dotarła do moich uszu, wyprowadzała mnie totalnie z równowagi. Pamiętam, że za młodych lat w takich sytuacjach wpadałam w depresję. Pokazywałam swoje niezadowolenie, krzyczałam i dawałam się we znaki bliskim. Potem nauczyłam się nad tym panować. Miałam swoje stałe powiedzenie na takie okazje: "No cóż, nie ma ideałów" i uśmiechałam się, chociaż w środku się we mnie kotłowało. Miałam być kimś lepszym. Bycie lepszym i godnym podziwu było dla mnie najważniejsze w życiu. Robiłam to między innymi dlatego, żeby po mojej śmierci świat pogrążył się w żałobie. I co? Gówno...

- - - - - - - - -


- Co za gówno - powiedział Krzysztof i podał żonie lokalną gazetę.

Na pierwszej stronie dużymi literami napisano: "Brutalne morderstwo na jednym z osiedli w Grudziądzu". Pod spodem widniało zdjęcie, na którym dostrzec można było fragment policyjnego samochodu, dwóch sanitariuszy i kilkoro gapiów. Najgorsze, że uwieczniono na nim moment wywożenia zwłok. Cały centralny fragment zdjęcia zajmowały nosze z zawartością upakowaną w ciemny worek.

- Co za hieny - powiedziała Zuza i w jej oczach pojawiła się wściekłość. Na razie jednak rodzina była odcięta od wszelkich informacji, więc chęć dowiedzenia się czegokolwiek na temat śmierci jej siostry przeważyła i zaczęła czytać krótką notatkę pod zdjęciem.


Wczoraj około godziny 13.00 przypadkowo odnaleziono ciało 32-letniej mieszkanki Grudziądza. Według informacji prokuratury, ofierze zadano ponad pięćdziesiąt ciosów nożem. "Na razie nie mamy jakichkolwiek przesłanek, że morderstwo to ma związek z niedawnymi anonimowymi groźbami, jakie otrzymał Rektor Wyższej Szkoły Menadżerskiej w Grudziądzu, której ofiara była pracownikiem." - powiedział nam prokurator rejonowy Grudziądza.

Do tragedii doszło przy ulicy Tulipanowej. Zakrwawione ciało odnalazł lokalny listonosz i zawiadomił pogotowie.

Policja wstępnie wykluczyła motyw rabunkowy, ponieważ według zeznań męża ofiary z domu nic nie zginęło.

Z zeznań sąsiadów wynika, iż pani O. była spokojną, miłą kobietą i nic nie zapowiadało takiej tragedii.

Policja na razie nie dokonała żadnego aresztowania. "Badamy wiele aspektów tej sprawy - mówi oficer prasowy Komendanta Miejskiego w Grudziądzu pani nadkomisarz Marzanna Noryńska-Błyńska - "nasz zespół operacyjno-rozpoznawczy przeprowadza właśnie zabezpieczanie dowodów i na tym etapie nie możemy udzielać żadnych szczegółowych informacji".

Kto stoi za tym zabójstwem?

Czy możemy czuć się w naszym mieście bezpieczni? Na te pytania nie ma na razie jednoznacznej odpowiedzi.


Zuza odłożyła gazetę i spojrzała na męża.

- Wiedziałeś o jakichś groźbach? - zapytała.

- No co ty. Przecież bym ci powiedział - odpowiedział.

- Znajdź mi w Internecie numer do tego Rektora. Zadzwonię, może czegoś się dowiem.

- - - - - - - - -


- Co robisz w piątek? - zapytał, kiedy już się zdecydowała na kupno blendera.

- W piątki mam mafię.

- Co takiego?

- Mafię - zaśmiała się. - I spotkanie z Mafiozem.

- Nic nie rozumiem.

Spojrzała na niego zalotnie, a on od razu dałaby się pokroić tej mafii na plasterki.

- Młodzieżowa Akademia Filmowa "Mafia". W piątki po prostu chodzę do kina.

- Nic o tym nie słyszałem.

- To może pójdziesz ze mną? W ten piątek jest maraton filmowy. Trzy filmy. O dwóch nic nie wiem, ale trzeci to, "Purpurowe skrzypce" Françoisa Girarda.

Projekcje klubu Mafia odbywały się w kinie miejskim o wdzięcznej nazwie Albatros. Kino to, wówczas po gruntownym remoncie, właśnie zmieniło właściciela. Został nim bardzo miły gość o przezwisku Mafiozo, oczywiście. Był fanatykiem kina, szczególnie europejskiego i ze wszystkich sił starał się zaszczepić tę swoją miłość młodym ludziom. Dla nich przygotowywał imienne karnety, konkursy z nagrodami i wiele innych atrakcji. Pewnego dnia na pokazie nowego tureckiego filmu zafundował wszystkim widzom po kuble popcornu. Karnety były tak tanie, że wszyscy zdawali sobie sprawę, że Mafiozo prawdopodobnie na nich nie zarabia. Ta postawa budziła u większości ludzi podziw, zdarzali się jednak też tacy, którzy zaśmiewali się z tego "idioty" co to nie potrafi dbać o własne interesy.

- No nie wiem. Trzy filmy? Mogę nie dać rady.

- No to pójdziemy tylko na pierwszy. Zobaczysz spodoba ci się. Opowiada o muzyce i pasji. Zresztą Mafiozo przed filmem nam troszeczkę o nim opowie.

Troszeczkę, to było pewne niedopowiedzenie, ponieważ Mafiozo potrafił o filmach mówić godzinami. Przed seansem musiał się pilnować, ale i tak najczęściej trwało to od 15 do 20 minut. Było jednak tak ciekawie, że niewiele osób rezygnowało z tego wstępu. Kino nigdy nie było pełne, dlatego nie używano mikrofonu, co wprowadzało intymną atmosferę i sprzyjało dyskusji, bądź zadawaniu pytań. Potem przychodziła kolej na film, a po filmie konkursy z nagrodami. Pytania dotyczyły obejrzanego właśnie filmu. Nagrody to: plakaty, gadżety reklamowe i , oczywiście, karnety na następny miesiąc.

Jerzy słuchał cierpliwie, gdy mu o tym opowiadała. Podobała mu się ta pasja w jej głosie.

- Ja nigdy nic nie wygrałam, ale podobają mi się te konkursy. Pytania są trudne i szczegółowe. Jeśli chodzi o doznania wzrokowe, to jeszcze potrafię znaleźć na nie odpowiedź. Ale jeśli pytanie dotyczy muzyki, dźwięków, a nie daj Boże, nazwisk to nie mam szans. Po prostu nie mam do tego głowy.

- Myślę, że mnie przekonałaś - powiedział. - Brzmi świetnie. Nie będę się mógł doczekać.

- To tylko dwa dni.

- Aż dwa dni - odpowiedział, a ona wybuchła gromkim śmiechem. Po chwili śmiał się do rozpuku razem z nią. - Niewyobrażalnie długie dwa dni.