Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 8
Rozdział 8

- Wiesz co, siostra, mam dość tego życia - powiedziała znienacka, kiedy siedziały na podłodze w kuchni i sprzątały mysie kupy w szafkach.

Kuchnia Zuzy była przestronna i jasna za sprawą wielkiego okna od strony wschodniej i szerokiego korytarza z wielkim wykuszem od zachodu. Miedzy korytarzem a kuchnią nie było drzwi więc słońce docierało tutaj o każdej porze dnia. Pod oknem stał stół z ławeczką obok kaloryfera i trzema krzesłami naprzeciwko. Jedna ściana od podłogi do sufitu zbudowana była z cegieł, nieotynkowana i dodawała kuchni niesamowitego uroku. Staromodne szafki w kolorze amerykańskiego mahoniu, dwie stojące i dwie wiszące, wymagały już odnowienia, bo straciły dawny blask i powykrzywiały im się drzwiczki. Pod okapem kuchenki wisiał sztuczny czosnek a obok stała lodówka najnowszej generacji, na której zawieszony został rysunek Tereski, przedstawiający "niebieskie jabusko z ziółtymi włosami wysoko na niebie", jak opisała go dumna artystka mając lat dwa i dziesięć miesięcy. Od tego czasu rysunek ten stanowił pewnego rodzaju test na inteligencję dla wszystkich nowych gości. Stali bywalcy wchodząc do kuchni w obecności Tereski zmuszani byli do odpowiedniego komentarza pod groźbą straszliwych dąsów.

- Nie wiem jak to jest, ale czasami mam po prostu tego życia dosyć - spojrzała na Zuzę odrywając wzrok od zawieszonego na lodówce obrazka.

- Masz jakiś dostateczny powód? - Zuza lubiła konkrety.

- Nieeee, po prostu mam dosyć. Wstaję rano i mam dosyć. Nie przytrafiło ci się nigdy takie uczucie?

- Nigdy - odpowiedziała krótko. - Chyba nie mam czasu na takie, jak to nazwałaś, uczucie. Wiesz, jak to jest przy dzieciach.

- No tak, ty masz dzieci. Masz się czym w życiu cieszyć - spojrzała na miotełkę w swojej dłoni. - Czasami mi się wydaje, że jestem takim mysim bobkiem, albo jeszcze gorzej krowim plackiem.

- Wiesz co, ty jak już coś palniesz - odpowiedziała Zuza z niesmakiem. - Nie znam osób, które odnoszą takie sukcesy jak ty. Oprócz mnie, oczywiście - roześmiała się ze swojego żartu. - Spójrz na siebie. Wyglądasz kwitnąco, faceci biją się o twój jeden uśmiech, kończysz doktorat, czyli zakładam, że jesteś mądra. I ty masz dość życia?

- Ironia losu, prawda? - podniosła do góry szufladę. - Wiesz co, wydaje mi się, że nie wyciągnę tego brudu z zakamarka.

- Zaczekaj, dam ci zapałkę.

Spojrzała na Zuzę i wydało jej się, że siostra wcale jej nie rozumie. Dotychczas były sobie tak bliskie, a teraz? Nawet niekiedy rozmawiając nie patrzyły sobie w oczy. Co się stało? Zawsze miała w swojej młodszej siostrze oparcie. Zuza zawsze wiedziała jak postąpić i mówiła jej prosto z mostu co myśli. Ona zaś nie potrafiła obdarzyć jej już tym samym szczerym uśmiechem jak w dzieciństwie. Może tak po prostu wygląda życie? Czas pędzi na łeb na szyję i zmienia bezpowrotnie wszystkie żyjące istoty. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, mówią. No tak. Każda chwila ma na nas niezatarty wpływ i oddala ludzi od siebie bezpowrotnie.

Zuza przeglądała szpargały w poszukiwaniu zapałek, albo jakiegoś patyczka.

- Wiesz, co ja myślę? - powiedziała. - Jakiegoś fajnego chłopaka ci trzeba. Wtedy nie będziesz miała dość - roześmiała się i dodała - przez chwilę wprawdzie, ale zawsze.

- Nie chcę żadnego faceta na razie. Jeszcze się leczę po Marcinie - wstrząsnęła się na to wspomnienie.

- Wiem - Zuza spojrzała na nią współczująco - ale ja nie mówię o czubku, tylko o rozsądnym miłym chłopaku jak mój Krzysiek.

- Kiedy jakiegoś spotkam to ci powiem. Na razie żadnych porządnych chłopów na horyzoncie nie widzę.

- Nie mogę znaleźć zapałek. Trzymaj to - Zuza podała jej szary przedmiot. - Możesz tym wydłubać brudy z kątów, i tak jest do wyrzucenia.

- Czy ty wiesz, co to jest? - zapytała podnosząc ze zdumienia oczy.

- Spinka do włosów. Zdaje się, że po mamie. Stara jak świat.

- To jest ta sama spinka, której kiedyś szukałam i spóźniłam się na autobus, a miałam randkę z Tomaszem. Pamiętasz? Tylko że koralik gdzieś odpadł.

- Jasne, że pamiętam. Wcale mi nie przypominaj. Dałaś wtedy popis na całego. Co ty miałaś w tej głowie? Straszna kretynka z ciebie była.

Po chwili dodała.
- Ta spinka to jakieś przekleństwo. Miałaś fioła na jej punkcie.

- Dostałam ją od Buni. To pamiątka.

Babcia zmarła na raka jak dziewczyny były w podstawówce. Ciężko to przeżyły.

- Myślisz, że od niej wszystko się zaczęło? - nie mogła oderwać wzroku od tego drobnego przedmiotu. - Te moje problemy? Psychiczne? - zaśmiała się.

- Zaczęło się i zaraz się skończy - Zuza z trudem kryła swoje rozbawienie. - Dawaj mi ją. Wrzucę ją do pieca i zapomnimy, że kiedykolwiek istniała.

- Nie zrobisz tego, oczywiście - zacisnęła dłoń i schowała ją za siebie. - Czuję się tak jakbym odzyskała cząstkę mojego dawnego "ja". Cieszę się, że ją znalazłaś. Wezmę ją ze sobą, OK?

- Rób co chcesz. Koralik do niej jest chyba w tym małym kuferku na komodzie.

Skoczyła do pokoju po koralik. Był. Schowała swoje skarby do torebki.

- Zanim pójdziesz, to może skończymy z tymi szafkami, co? - Zuza uderzyła w proszący ton.

- Swoją drogą, dlaczego ty masz myszy w domu, jeśli masz koty? - zapytała wracając do kuchni.

- Nie mam pojęcia. Te koty to jakieś mięczaki. Tylko się z tymi myszami bawią - westchnęła. - Nie mogę powiedzieć, że mamy dużo myszy. Czasami jesienią jakaś się przypałęta, ale jeszcze nie widziałam, żeby kot kiedykolwiek ją złapał.

- No tak, ale jak one mają się za myszami uganiać jak mają w misce takie żarcie.

- Ty myślisz, że to ja je tak pasę? - zapytała Zuza. - To są koty Tereski i ona robi wszystko, żeby im tyłki pękły.

- Daj sobie spokój z kotami. Kupiłabyś łapkę na myszy. Taniej by ci wyszło.

- Powiedz to mojemu dziecku - burknęła Zuza.

Sprzątanie kuchni zajęło im jeszcze jakąś dobrą godzinę. Czuła, że wstąpiło w nią nowe życie. Nabrała ochoty do działania. Z rozpędu poodstawiała wszystkie kuchenne szafki i wymiotła zza nich kurz, mimo sprzeciwów Zuzy. Następnie wspólnie ściągnęły pajęczyny z sufitu i dokręciły drzwiczki, bo, jak skomentowała "zanim facet się za coś zabierze to miną wieki". Na koniec usiadły przy stole i piły kawę podziwiając swoje dzieło.

- Już jesteśmy! - zawołał Krzysztof z korytarza. Dzieci wparowały do kuchni i rzuciły się w ramiona ukochanej cioci.

- Jeść! - zawołał Antoś i otworzył szeroko drzwiczki szafki w poszukiwaniu łakoci. Oczywiście, jak to z dziećmi i sprzętem domowym zwykle bywa, drzwiczki nie omieszkały się natychmiast urwać. Zuza podskoczyła na krześle przewracając kubek z kawą. Cała zawartość wylała się na podłogę.

- Nie wierzę - spojrzała na siostrę, która nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

- Przypomnij mi - powiedziała - co myśmy robiły przez cały dzień?

- Chyba sprzątałyśmy kuchnię - odpowiedziała - ale nie jestem pewna.

- Oj dziewczyny, dziewczyny... - wtrącił się Krzysztof - i znowu mam przez te wasze porządki więcej roboty.

Siostry gruchnęły śmiechem. Po chwili śmiali się wszyscy.

- Tata! Naprawisz? - zapytał Antoś.

- Jasne. Co to dla Supermana taka szafka - powiedział i wyciągnął z szuflady śrubokręt.

- Ja ci pomogę, dobra?

Było miło. Tak jak kiedyś. W dzieciństwie. Z mamą i Bunią. Nie chciała wychodzić. Dopiero późnym wieczorem, kiedy na dworze robiło się już szaro zdecydowała się wrócić do domu. Szła powoli ściskając w dłoni swój odnaleziony szczęśliwie skarb.

- - - - - - - - -

Skarbie! Dzisiaj zrobiłeś coś, czego nigdy wcześniej nie robiłeś. Złapałeś za mopa i umyłeś podłogę w łazience. Rozczulił mnie ten widok. Nie wiem jaki jest efekt, bo nie widzę, ale dla mnie działanie liczy się bardziej niż efekt końcowy. Gdybym była - cholera - źle się wyraziłam, gdybym mogła, to z pewnością ucałowałabym cię za to. A całowałam cię ostatnio bardzo rzadko. Ciekawe dlaczego? Może czułam, że nie chcesz? A może bałam się wszelkich objawów spontaniczności, bo zaburzały moje pojęcie perfekcyjności? Zawsze wszystko musiało być na medal. Dom. Ogród. Praca. Małżeństwo. No właśnie, coś mi się wydaje, że moje pojęcie perfekcyjnego małżeństwa nieco się ostatnio przeewaluowało. Zaczynam się zastanawiać, czy mój idealny świat nie był czasem bardzo "nieidealny". Chciałabym wszystko naprawić. Zrobić wszystko to, co wcześniej wydawało mi się zbędne. Brakuje mi bardzo wszystkich miłosnych wyznań, których ci skąpiłam. Bliskości, na którą nie miałam czasu. Bycia razem, na które zdaje się już nigdy nie mam szans. Gdybym mogła powrócić do mojego poprzedniego życiowego stanu, postępowałabym z tobą zupełnie inaczej. Podarowałabym ci tyle dowodów moich uczuć do ciebie ile tylko byś chciał. No i pozwoliłabym tobie w domu wykonywać więcej rzeczy, żebyś czuł się odpowiedzialny za nasze miejsce na świecie. Postarałabym się przygotować ciebie do życia, w razie, gdybyś musiał dawać sobie radę sam, kiedy mnie już nie będzie.

Chciałam ci jeszcze powiedzieć, że z mopem wyglądasz jak Fred Astaire. I'm singing in the rain... just singing in the rain...

- - - - - - - - -

- Zaczyna padać - rozejrzał się po ogrodzie. - Cholera, muszę schować leżak.

Biegiem ruszył na taras, złapał za drewniany podłokietnik swojego ulubionego sprzętu ogrodowego i nagle usłyszał dziwny szelest dobiegający z zarośli na tyłach ogrodu. Spojrzał w tamtą stronę zdziwiony. Nikogo nie dostrzegł, ale jedna z gałęzi poruszyła się podejrzanie.

Poczuł dreszcz na plecach. Tutaj nie powinno nikogo być, przebiegło mu przez głowę. Miejsce to było całkowicie niedostępne od ulicy, dlatego tak go to zaskoczyło. Nie wiedział co ma zrobić.

- Halo, kto tam jest?! - zawołał.

Krzew przestał się ruszać i na chwilę zapadła cisza. Słychać było tylko krople deszczu uderzające o dach. Po chwili gałąź zatrzęsła się znowu i rozległo się ciche stęknięcie.

- Kto tam jest?! - krzyknął nieco głośniej.

Zza krzaków nieśmiało wychyliła się siwa głowa, a za nią drobna postać ubrana na czarno.

- Matko Boska! Pani Eugenio! Co pani tu robi?

- Aaaaa, panie Jerzy - odpowiedziała szybko sąsiadka, otrzepując spódnicę z liści i pajęczyn. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

- Oczywiście, że nie. Tylko... Co pani...? - zdumienie odebrało mu mowę.

- Bo ja śladów szukam - odpowiedziała i wyciągnęła dłoń, żeby się przywitać.

- Jakich śladów? - zapytał i skłonił się lekko na przywitanie.

- Bo wie pan, ci policjanci to oni chyba nie za bardzo znają się na swojej robocie.

Jerzy ciągle nie mógł się zdecydować czy jest bardziej rozbawiony czy osłupiały widokiem pani Eugenii wychodzącej z gęstych krzaków i pokrytej pajęczynami oraz zeschłymi liśćmi.

- Bo ja tak sobie pomyślałam, że jak już taka tragedia się wydarzyła, to dobrze byłoby sprawdzić okolicę w poszukiwaniu jakichś śladów.

- No tak, ale to nie pani powinna prowadzić dochodzenie - stwierdził, że jednak cała sytuacja go bawi. Zdawał się nie zwracać uwagi na deszcz, padający coraz obficiej.

- Ja tam nie wiem. Ale ci policjanci coś nie bardzo mi się podobają. W ogóle nie słuchają, jak się do nich mówi. Podobno oni już nie ścigają przestępców, bo nie mają czasu. Czytałam, że w budżecie jest taka dziura, że wszyscy muszą czatować na pijanych rowerzystów, żeby ją załatać. Nic, tylko mandaty wypisują.

- Pani Eugenio. Zapewniali mnie, że to jest ich priorytet - z trudem udawało mu się ukrywać śmiech.

- Priorytet czy nie priorytet, a ja myślę, że powinniśmy założyć taką grupę śledczą, która rozwiąże tę sprawę. Moglibyśmy razem znaleźć mordercę. Ja, pan i jeszcze ze dwóch sąsiadów. Nawet już wiem, których byśmy mogli zaangażować w to przedsięwzięcie. Kwiatkowski nam pomoże. On pracuje w nadleśnictwie. Umie obchodzić się z bronią i ma taaaaką strzelbę - wyciągnęła ręce na boki, żeby zaprezentować. - Poza tym tropi zwierzęta. Mówił mi, że kiedyś podszedł wilka tak cicho, że ten się nie zorientował. Dopiero jak go złapał za ogon, to uciekł. Wilk. Nie on. To znaczy, wilk uciekł, gdy go Kwiatkowski złapał za ogon. Żeby pan nie pomyślał, że było odwrotnie

- Myślę, że to nie jest dobry pomysł - uciął krótko.

- Jak to? Czy nie chce pan znaleźć mordercy własnej żony? - pani Eugenia niezrażona, kontynuowała swoją wypowiedź. - Wzięlibyśmy jeszcze Szczepaniaka. Aktualnie nigdzie nie pracuje. Mógłby przejąć nocną wartę. Tak od jedenastej do czwartej. Bo ja bardzo wcześnie wstaję, to potem już sama dam radę.

- Pani Eugenio, ja chcę, żeby znaleziono mordercę. Bardzo chcę. Ale nie będę go łapał osobiście. I nie chcę, żeby sąsiedzi w to się angażowali. Bez pani pomocy, bez pomocy Kwiatkowskiego i jeszcze innych ludzi policja na pewno da sobie radę. Proszę to zostawić i zająć się własnymi sprawami.

Deszcz padał coraz mocniej. Jerzy chciał już wrócić do domu. Przezwyciężył w sobie myśl, żeby zaprosić gościa do środka.

Pani Eugenia zdegustowana patrzyła na Jerzego.

- No co też pan! Nie czyta pan gazet? - zapytała. - Nie wie pan, że oni nikogo nie znajdują? Oni nawet radiowozu czasami nie mogą znaleźć na parkingu. Ja tu do pana z taką propozycją, a pan...?

Odwróciła się od niego i ruszyła w kierunku swojego domu. Po kilku krokach zdała sobie sprawę, że nie ma ochoty przeciskać się ponownie przez ociekające wodą krzaki.

- Otworzy mi pan bramę, żebym mogła wyjść?

Jerzy wszedł do domu po pilota, a pani Eugenia zaczęła układać w głowie nowy scenariusz. Trzeba będzie się jemu bliżej przyjrzeć, pomyślała. Tylko gdzie ja zrobię punkt obserwacyjny? Chyba poproszę Kwiatkowskiego, żeby mi wyciął kawał tego czarnego bzu. Z korytarza będę miała dobry widok na garaż, okno w kuchni i kawałek tarasu.

Z nowymi siłami i nowym pomysłem ruszyła w kierunku otwierającej się bramy.

Dreptała tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to schorowane nogi. Po wejściu do domu od razu sięgnęła po telefon i wykręciła numer widniejący na kartce przytwierdzonej spinaczem do serwetki.

- Panie Kwiatkowski, chyba znalazłam mordercę - powiedziała do słuchawki. - To jej mąż. Zachowuje się bardzo podejrzanie. Ale to nic. Już my się nim zajmiemy. Niech pan do mnie natychmiast przyjdzie. Będzie mi pan potrzebny.