Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 9
Rozdział 9

- Potrzebujesz nowego samochodu - powiedział doktor Wojciech Panek, kiedy wygadała się, że znowu oddała auto do naprawy.

- Nie musisz mi tego mówić - zaśmiała się. - Ale jeszcze brakuje mi jakichś dwudziestu tysięcy.

Nadal jeździła panieńskim Renault, który co miesiąc spędzał w warsztacie mechanicznym kilka dni. Było to uciążliwe, ale sentyment do tego auta powodował, że nadal wstrzymywała się ze sprzedażą. To był jej pierwszy samochód w życiu. Kupiony na kredyt. Zupełnie nowy, prosto z salonu. Dzisiaj nie był już nowy, znowu w naprawie i pojawił się problem jak dojedzie do domu.

- Podwiozę cię - powiedział Wojtek.

Znali się bardzo krótko. Na uczelni zaczęła pracować dopiero od tego roku akademickiego, a on był już "starym wyjadaczem". Krótko po czterdziestce, niezbyt przystojny, jak na jej gust, ale urokliwy. Zdecydowanie przyciągał uwagę kobiet w każdym wieku. Od samego początku jej imponował. Przede wszystkim wiedzą, ale również towarzyskim obyciem. W WSM prowadził zajęcia z prawa administracyjnego. Specjalizował się w zagadnieniach związanych z Unią Europejską i w tym roku miał większość wykładów na nowopowstałym kierunku o nazwie: Administracja Instytucji Europejskich. Potrafił być czarujący. I to bardzo. W rozmowach zawsze grał pierwsze skrzypce. O jego życiu prywatnym wiedziano niewiele, ale bardzo dużo plotkowano.

- Nie, dziękuję. Właśnie zamawiam taksówkę - odpowiedziała.

- Ja jednak nalegam. Zdaje się, że jadę w tę samą stronę.

Nie chciała spędzać z nim więcej czasu niż to konieczne. Czuła się w jego obecności nieswojo. Pewnie dlatego, że zdawała sobie sprawę, że jest pod jego urokiem.

- Wiesz. Trochę mi niezręcznie cię fatygować - powiedziała i sięgnęła po telefon, żeby zamówić taksówkę.

- To żaden kłopot - odpowiedział łapiąc ją za rękę.

Odsunęła się szybko, jakby poraził ją prąd.

- Naprawdę wolałabym nie.

Spojrzał na nią zdziwiony. Tak, jakby jeszcze nigdy nie spotkał się z odmową.

- Daj spokój. Ja się dzisiaj nigdzie nie spieszę, a jak mi się zepsuje samochód, to będziesz się mogła odwdzięczyć.

Czuła, że nie wypada odmówić.

- No dobrze. Ale tylko pod takim warunkiem - powiedziała nieco wbrew sobie.

Wsiadł do samochodu i otworzył jej drzwi. Teraz to już nawet nie ma się jak wykręcić, pomyślała. Czuła się bardzo niezręcznie. Nie lubiła przebywać sam na sam z mężczyznami. Zbyt dużo ją to kosztowało, ponieważ nigdy nie wiedziała, jak się w takich sytuacjach zachować.

- To gdzie mieszkasz? - zapytał odpalając silnik.

Było to czarne sportowe BMW, najwyżej dwuletnie i z pewnością bardzo drogie.

- Mówiłeś, że jedziesz w tę samą stronę. Wydawało mi się więc, że wiesz - w jej głosie słychać było niepewność.

- Żartowałem - odpowiedział.

- Mieszkam na Tulipanowej.

Nie wiedziała co zrobić z rękoma. Otworzyła więc torebkę i sprawdziła godzinę na telefonie.

- To wcale nie jest tak daleko. Będziemy za dziesięć minut.

Przez chwilę jechali w milczeniu.

- Taki piękny dzień dzisiaj, prawda? - powiedział znienacka. - Może... Tylko nie odbierz tego źle... Tutaj jest taka mała, sympatyczna kawiarenka. Zapraszam cię na kawę.

- To nie jest dobry pomysł. Mam dzisiaj jeszcze dużo pracy - odpowiedziała szybko.

Nie, nie nie... żadnych kaw, pomyślała.

- Dziesięć minut cię przecież nie zbawi. A my możemy przedyskutować wersję egzaminów końcowych. Trzeba przecież zacząć o tym myśleć.

- Zrobimy to w przyszłym tygodniu. I tak musimy dogadać się z Gośką. Ona przygotowuje część praktyczną. Bez niej nie ma sensu nawet zaczynać dyskusji. Wiesz przecież, że ona nie przepada za tym, kiedy ustalamy coś za jej plecami - ponownie sprawdziła godzinę na komórce. - Trudno się zresztą dziwić. To ona jest przecież kierownikiem wydziału.

- No to tylko sobie porozmawiamy przy kawie - powiedział i skręcił na parking.

Rozejrzała się spłoszona. Nie wierzę, pomyślała.

- Bardzo cię proszę, zawieź mnie do domu. Nie mam ochoty na kawę i naprawdę bardzo się spieszę. Za chwilę muszę być w domu. Mąż na mnie czeka.

Była przerażona. Znała siebie bardzo dobrze. Wiedziała, że jej odporność na urok mężczyzn trwa tylko do pewnego momentu i po niedługim czasie jest w stanie zrobić coś głupiego. Sprowadziło to na nią kłopoty. I to nie jeden raz w życiu. Nie chciała prowokować losu i powielać błędów, po których zostawał ślad w jej psychice na zawsze.

- Dziesięć minut - nalegał.

- To jest bardzo zły pomysł - czuła, że opanowuje ją panika. - Muszę jechać do domu.

- Musisz czy chcesz? - Wojtek nie dawał za wygraną.

- Muszę. Chcę. Nie wiem. Jedno i drugie.

Myślała intensywnie, co robić. Wiedziała, że nie może iść na tę kawę. Po prostu nie może. Znowu zawiedzie ją samokontrola. A tak mocno się napracowała, żeby osiągnąć to co ma. Być może to tylko kawa, pomyślała. Może reaguję zbyt mocno, ale nie. Nie chcę kusić losu.

Popatrzył jej w oczy. Podobała mu się od dawna. Było w niej coś takiego, co go od samego początku intrygowało. A poza tym przyzwyczaił się, że zawsze dostawał to, na co miał ochotę.

- Nie bądź taką sztywniarą. Przecież to tylko kawa i taki piękny dzień. Usiądziemy na zewnątrz i porozmawiamy.

Zaczął narastać w nim gniew. Przecież wsiadła z nim do samochodu, więc o co chodzi? Już sam nie wiedział czy bardziej mu się podoba, czy bardziej go wkurza.

- Nie - odpowiedziała. - Jeśli chcesz, to idź na tę kawę. Ja wezwę taksówkę.

Coś w tym spojrzeniu... Takie samo, jak u Marcina. Znała ten wzrok. Złość w czystej postaci. Boże, tylko nie znowu... Po cholerę ja w ogóle wsiadałam do tego auta.

Otworzyła szybko drzwi i wyskoczyła z niego jak oparzona. Odwróciła się jeszcze na pożegnanie i powiedziała nie patrząc na niego:

- Przepraszam cię, ale pojadę dalej taksówką. Cześć!

- - - - - - - - -


- Cześć - powiedziała Zuza i przytuliła się do niego. - Jak się czujesz?

- Jakoś - odpowiedział.

Siostrzyczko! Tak się cieszę, że cię widzę! Nareszcie jesteś! Ślicznie wyglądasz. Może ty mnie dostrzeżesz lub wyczujesz. Kiedyś przecież rozumiałyśmy się bez słów.

Zuza stała w korytarzu i rozglądała się wokół. Wszystko było wysprzątane i odmalowane. W powietrzu czuć było jeszcze nawet zapach farby.

- Nie mogę w to uwierzyć - zdjęła z ramienia torebkę i położyła na krześle koło komody. Trzęsły się jej ręce. - To jest po prostu obrzydliwe - dodała cichym głosem. - Cały czas wydaje mi się, że ona zaraz do nas przyjdzie.

Zaczęła płakać. Wiedziała, że przyjście do tego domu będzie dla niej bardzo ciężkim przeżyciem. Wydawało jej się, że widzi przebijające przez farbę ślady krwi.

- Powiedz mi, kto mógł coś takiego zrobić?

Nie płacz, Zuzieńko. Nie mogę na to patrzeć. Proszę cię. Ja tutaj jestem. Jestem! TUTAJ JESTEM!

Nie patrzyła w jego stronę. On też unikał jej spojrzenia. Wydawało jej się, że każda ściana woła do niej: Jestem! Tutaj jestem!

Wzdrygnęła się.

- Przyszłam, żeby ci powiedzieć, że chcę się wszystkim zająć.

- Czym? - nie rozumiał, o co jej chodzi.

- No, wszystkim. Pogrzebem. Stypą. Chciałabym to zrobić - jej ciałem wstrząsał szloch. - Dla niej.

Rozpłakała się w głos.

- Nie wierzę... że... jej... już nie ma... - głos jej się załamywał. Nie mogła złapać oddechu.

JESTEM! CAŁY CZAS TU JESTEM! JAK JA, DO CHOLERY, MAM WAM DAĆ ZNAĆ! Nie płacz Zuza. Proszę cię, nie płacz. Jestem tu. Widzę cię. Musisz mnie tylko usłyszeć.

- Chyba, że nie będziesz chciał - dodała i po raz pierwszy spojrzała mu w oczy.

Boże, jakie one są do siebie podobne. Zrobiło mu się słabo. Szybko się odwrócił.

Cholera! Pogrzeb! Będą mnie zakopywać! Ja nie chcę! Zuza! Słyszysz! Ja nie chcę! NIE CHCĘ! Proszę nie zakopujcie mnie! Tylko nie to!

- Dobrze. Jeśli ci na tym tak zależy - w zasadzie był zadowolony, że ktoś go w tym wyręczy. - Ale jak będziesz miała jakiś kłopot, to od razu daj mi znać. Pomogę ci. Dobrze?

Nie zakopujcie mnie! Nie możecie! Ja tu jestem! JESTEM!

- Oczywiście - odpowiedziała. Znowu odwróciła wzrok. Czuła się tak, jakby ktoś wrzucił na jej barki wielotonowy ciężar. - Wiesz... Pójdę już.

Podeszła do drzwi. Na jej czole perlił się pot. Czuła, że za chwilę zabraknie jej powietrza. Te ściany... Mówiły do niej. Krzyczały.

- Przepraszam - powiedziała. W jej oczach ponownie pojawiły się łzy. - Bardzo się spieszę. Pójdę już.

Chciał do niej podejść, pożegnać się, ale ona już zamykała za sobą drzwi.

Oni mnie zakopią! To będzie koniec! Będą mnie żarły robaki. Proszę Jerzy, nie róbcie tego. Przemyślcie to jeszcze raz. Może znajdziecie jakieś inne wyjście. Zuza! Torebkę zostawiłaś!

- Torebka! - wybiegł za nią. Siedziała na ławce przed domem. Wmurowało go. Nie był w stanie podejść bliżej. Poczuł wszechogarniające deja vu. ONA zawsze siedziała w tym miejscu czekając na niego. Odwróciła się w jego stronę. Czar prysnął. - Torebka - powtórzył ze ściśniętym gardłem.

Podniosła się i podeszła do niego. Oddychała z trudem.

- Dziękuję. I... Trzymaj się.