Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 10
Rozdział 10

- Trzymaj - powiedział Grzegorz do odwróconego plecami Jerzego. Ten podskoczył jak oparzony. Prawie cała zawartość szklanki wylądowała na jego koszuli, a reszta wylała się na podłogę.

Cholera! Tylko nie na parkiet! No tak... Już nieważne.

- Rany, Borek! Oszalałeś? Chcesz mnie zabić? Zrób tak jeszcze raz, a będę miał zawał - powiedział zdając sobie sprawę, że chyba zostawił drzwi do domu otwarte na oścież.

A zresztą, co mnie to. Nie ja tu będę sprzątać i prać. Nie ma mnie, więc nie powinnam stresować się głupotami.

- Sorry, Jerzy. Drzwi były otwarte. Pomyślałem sobie, że ci zrobię niespodziankę.

- Jakoś nie przepadam za niespodziankami. Szczególnie ostatnio - odpowiedział z pochmurną miną.

No właśnie. Ostatnio mieliśmy obydwoje bardzo szczególną niespodziankę i jeśli o mnie chodzi, to starczyło mi jej do końca życia.

Nikt nie nazwałby tego, co łączyło Grzegorza Borowskiego i Jerzego przyjaźnią. Znali się prawie pół życia, ale jakoś szczególnie nie cierpieli, gdy los ich rozłączał. Spotykali się od czasu do czasu na studiach, czasami w większym gronie. Raz nawet wspólnie oblewali zdaną sesję. Po paru latach wpadli na siebie przypadkowo w mieście i z przyjemnością zamienili ze sobą kilka słów. Obiecali sobie, że się "zdzwonią", ale zaraz potem Grzegorz wyjechał do Niemiec na dwa lata. W tym czasie do siebie nie dzwonili, chociaż wymienili się przed wyjazdem numerami telefonów. Dopiero, kiedy zamieszkali blisko siebie, odnowili kontakty. Od tej pory spotykali się dość często. Bez większego zaangażowania i inicjatywy, przynajmniej ze strony Jerzego, który podejrzewał, że Grzegorz ma skłonności homoseksualne. Nie, żeby jakoś szczególnie rzucało się to w oczy, ale Jerzy wolał nie prowokować niejasnych sytuacji. Starał się nieco dystansować do Grzegorza. Niemniej byli dla siebie najbliższymi kumplami, pomimo zupełnie różnych zainteresowań i sposobu życia. Grzegorz był całkiem niezłym komputerowcem i na tej płaszczyźnie porozumiewali się najlepiej.

- Siadaj. Napijesz się piwa? - zapytał Jerzy.

Ty piwo pijesz? Coś nowego. Przecież mówiłeś zawsze, że nie chcesz mi dmuchać w twarz piwskiem... No tak... Teraz już nie masz tego problemu.

- Jasne. Chorego się pyta.

A nieżywego to się nawet nie widzi.

- - - - - - - - -


Widziałam śmierć za życia. Bunia zmarła na moich oczach, ale wtedy byłam jeszcze bardzo mała. Chyba nie rozumiałam do końca co się stało. Babcia była i cierpiała, a potem odeszła, zaznała spokoju i uwolniła się od cierpienia. Tak myślałam. Teraz nie jestem już taka pewna, czy tak to wygląda. Może ona też została z nami? Może ona jeszcze cały czas przebywa w miejscu swojej śmierci? Nie wiem. Nic już nie wiem. Śmierć pojawiła się ponownie w moim życiu wówczas, gdy leczyłam się z depresji i walczyłam z myślami samobójczymi. Ale i tak wydaje mi się teraz, że nigdy nie brałam jej na poważnie. Miałam plan, żeby "nie żyć", ale traktowałam to jako kolejny etap w życiu. Na takiej zasadzie, że "teraz się zabiję, a potem pójdę do kina". Teraz jest inaczej, bo formalnie rzecz biorąc, ja nie żyję. Wcześniej wydawało mi się, że umrę na złość tym, którzy mnie w życiu skrzywdzili. Że jak już nie będę żyć, to ci, którzy doprowadzili mnie do śmierci będą żałowali swojego postępowania, i że ich czegoś moja śmierć nauczy. Miałam nadzieję, że wszyscy, którzy zetknęli się ze mną, będą ubolewać, że mnie już nie ma. Że mnie docenią po śmierci. Chodziło mi przede wszystkim o mojego męża. Myślałam, że będzie szalał z rozpaczy i tęsknił do nieprzytomności. Zaprosi naszych przyjaciół i bliskich, i powie im, że beze mnie nic nie jest takie jak było i nie może sobie znaleźć miejsca. I różne takie... W zasadzie byłam pewna, że tak się stanie. Byłam pewna dopóki się nie stało... Ponieważ kiedy minimalny czas przepisowej żałoby minął, (od tygodnia jestem nieżywa, a za chwile będę jeszcze dodatkowo zakopana), mój mąż wrócił z pracy jakby nigdy nic, zeżarł trzy zwyczajne na ciepło, wypił kawę, beknął i zasnął. Byłam wściekła. Tak strasznie wściekła. Chciałam widzieć ból. No dobrze, chociaż smutek. Takie coś, co ogląda się w filmach. Bohater przechodzi przez korytarz i nagle jego wzrok pada na szal ukochanej wiszący na poręczy krzesła. Bierze go w dłonie, przyciska do twarzy, następnie do piersi i jego ciałem wstrząsa łkanie. Rzuca się na podłogę, krzyczy patrząc w sufit: "Why!!!! Why!!!! Don’t go!!! I love you!!!!". Potem leci do łazienki, zjada sześćdziesiąt tabletek na uspokojenie, ktoś go przypadkowo znajduje na podłodze i wzywa karetkę. Cudem zostaje odratowany, a gazety piszą o tej szalonej miłości... Tak miało być... A nie: mlaskanie, bekanie i chrapanie. Wściekłość mnie wprost rozsadziła. I wtedy wyobraziłam sobie, że mu się śnię. Skupiłam się maksymalnie i... Zadziałało! Jestem pewna, że mnie dostrzegł. Stworzyłam sobie takie wielkie załzawione oczy, podeszłam do niego blisko i mówiłam: "Śpij, kochanie... Śpij... Na zawsze..." A on się rzucał na kanapie. Jeszcze chwila, a by zleciał. Tak swoją drogą, dlaczego on nie sypia w naszej sypialni, tylko na sofie w salonie? W każdym razie, w końcu się obudził z tego snu i zerwał z kanapy. Wyglądał jakby narobił nie powiem w co. W sumie nie dziwię się, że musiał sobie strzelić drinka. Przeszedł się po salonie chyba ze cztery razy w kółko, potem usiadł, zanurzył twarz w dłoniach i... rozległo się głośne chrapanie. Doprowadziło mnie to do skrajnej rozpaczy. Myślałam - siedzi i płacze - okazało się - siedzi i chrapie. No cóż, co ma "siedzieć nie poleży"... Niech śpi... Jak się będzie chciał przegibnąć do poziomu, to mu się znowu żoneczka przyśni. I będzie się śniła po wielekroć. Tak zdecydowałam...

- - - - - - - - -


Zdecydował już, że wyjedzie na weekend. Grzegorz miał działkę w Rudniku, odziedziczoną po rodzicach. Pamiętał, że kiedyś zawoził go tam, kiedy jeszcze żyli jego rodzice. To było jakieś dwa lata temu. Najpierw zmarł jego ojciec, a po dwóch tygodniach matka. Oboje czymś się zatruli. Ojciec był słabszy i zmarł od razu, matka męczyła się jeszcze przez jakiś czas.

Trzeba się spakować, przypomniał sobie. Walizki... Powinny być pod schodami. Podszedł do schowka. Są. Wezmę tę mniejszą. A może lepiej plecak? Wyciągnął jedno i drugie.

Co ty robisz? Po co ci ta walizka? Wyjeżdżasz? Dokąd? Z kim?

Na podłodze dostrzegł ciemną smugę. Westchnął. Poszedł do łazienki po szmatę do podłogi i na kolanach ścierał zeschniętą krew. To się chyba nigdy nie skończy, pomyślał. Muszę się stąd wyprowadzić, bo nie dam sobie z tym rady.

Dzwonek do drzwi zabrzmiał tak głośno, że podskoczył i uderzył głową w podstawę schodów. Trzeba to jakoś naprawić, bo ten dźwięk też mnie wykończy.

- I co? Spakowany? - Borek był już całkowicie przygotowany do drogi. Na sobie miał ciemnozielony T-shirt i krótkie spodenki, z których wystawały patykowate nogi, pokryte gęsto piegami jakby zachlapał je sobie brązową farbą.

- Nieeee, dopiero zaczynam.

Wyjeżdżasz z Grzegorzem? Ale dlaczego nie chcesz zostać w domu? A na jak długo wyjeżdżasz? Jak to? Przecież ty nigdy nie chciałeś się ruszać z domu. Kiedy wracasz?

- No to dobrze, że przyszedłem. Będę mógł ci pomóc - wszedł do środka. - Chyba nie masz zamiaru brać tej walizki, co? Plecak będzie lepszy. Przecież nie jedziemy do hotelu, tylko do domku nad jeziorem.

- Masz rację. Już dawno nigdzie nie wyjeżdżałem i odwykłem od pakowania.

Będziesz się wylegiwał nad wodą, kiedy ci żona umarła? Gdzie ty masz serce? Gdzie ty masz duszę? Mówię ci. Nie jedź. To się dla ciebie źle skończy. Nie możesz pozwolić, żebym została tutaj sama. Nie możesz mnie zostawić. Tylko ty mi zostałeś. Oprócz patrzenia na ciebie nie mam już nic. Zupełnie nic.

- Weź jeszcze coś do kąpieli. Jakieś slipy. Sprawdzałem w necie, że ma być ponad dwadzieścia pięć stopni. Może damy radę się wykąpać w jeziorze. Zobaczysz jaki mam świetny pomost. Aha, kupiłem dwa sześciopaki. Myślisz, że wystarczy?

Rany! Dwanaście piw? Nie sądzę, żeby zabrakło. Znam... Znałam mojego męża. Jedno piwo mu powinno wystarczyć. A może nie?

- W zupełności. Jeden na dzisiaj, a drugi na jutro. W niedzielę musimy przecież tutaj wrócić. W poniedziałek idę normalnie do pracy. A grilla będziemy robić?

- Taki mam zamiar - odpowiedział Grzegorz i jego twarz się rozpromieniła.

- No to może jeszcze wezmę trochę kiełbasy. Mam w zamrażalniku - ruszył w kierunku kuchni.

No tak. Regularne wakacje. A żona się w grobie przewraca. No... jeszcze nie do końca w grobie, ale w kostnicy na pewno.

- Zostaw. Kupimy po drodze. I tak musimy jeszcze skoczyć po wodę, bo ta z kranu nie nadaje się do picia nawet po przegotowaniu. Wziąłem też pustą butlę, bo gazu chyba już nie ma.