Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 11
Rozdział 11

- Nikogo nie ma - powiedział Adam do swojego partnera.

Aaaaa. To ci policjanci, którzy mnie oglądali, jak już byłam nieżywa. Ciekawe czego tu chcą. Może znaleźli mordercę?

- Jesteś pewien? Może dzwonek nie działa. Samochód stoi przecież na podjeździe. No i mówił, że nie zamierza wyjeżdżać w najbliższym czasie - Stefan był niepocieszony. Nie lubił jeździć na darmo. W jego napiętym grafiku była to zupełna strata czasu.

Powiem wam, co mi szkodzi. I tak mnie nie usłyszycie. Pojechał z sąsiadem nad jezioro. Wziął kąpielówki, więc na pewno będzie się kąpał. Mówili też coś o łowieniu ryb. A o mnie nawet nie pomyśli. Tak wiec, nie przejmujcie się. Nie tylko wam popsuł szyki.

- Działa dzwonek. Posłuchaj - Adam nacisnął ponownie przycisk. - Ryczy jak syrena strażacka. Rany! Kto takie coś montuje w domu?

- Halo! - rozległo się wołanie za ich plecami. Odwrócili się równocześnie i zobaczyli kuśtykającą w ich stronę postać. Od razu rozpoznali w niej sąsiadkę - staruszkę.

- Proszę panów! Proszę panów policjantów! - krzyczała na całe gardło i wymachiwała rękoma.

- Coś się stało? - Stefan z uwagą przyglądał się nadbiegającej staruszce, która na jednej nodze miała założoną grubą skarpetę i robiony na drutach brązowy bambosz, na drugiej zaś klapek plażowy w zielonym kolorze.

- Ja muszę wam koniecznie coś powiedzieć - Staruszka przez chwile łapała oddech. Jedna ręką złapała się ogrodzenia, a drugą przyłożyła do piersi. - Ja tak trochę tutaj popatrzyłam i sporo się dowiedziałam.

- A na jaki temat? - Adam usilnie próbował przypomnieć sobie jej imię i nazwisko. Jakoś tak zabawnie to brzmiało, myślał.

- No, Otulaków. Tak więc, we wtorek była u niego ta z naprzeciwka, bezbożnica jedna i coś go tam bałamuciła dokładnie godzinę i dwanaście minut. W środę przyszedł do niego ten blondyn Borowski, co to nawet dzień dobry nie powie i spędził u niego trzy godziny. Listonosza w ogóle nie było. Ponadto widziałam jakieś dwa podejrzane samochody. Wszystko mam tu zapisane - wyciągnęła z kieszeni kawałek pomiętej kartki. - Tak. Jeden w sobotę. Wiśniowy kolor. Z tyłu miał zapisane "skorpion", albo jakoś tak. Drugi był w poniedziałek. Granatowy. Ten pierwszy parkował tam... - wskazała ręką drugą stronę ulicy. - Za tym drzewem. Od dwudziestej drugiej zero sześć do dwudziestej drugiej trzydzieści osiem. Ten niebieski stał dokładnie czterdzieści osiem minut między trzynastką a piętnastką. To są te domy - wyciągnęła rękę, żeby pokazać, o które zabudowania chodzi. - Zdążyłam zapisać numer tablic. O proszę, tutaj jest wszystko - starsza pani, z malującą się na jej obliczu dumą, nieomalże wetknęła kartkę Adamowi w oko. - Ten drugi samochód, to może do Zygmuntowej. Bo wiecie panowie, ona czasami przyjmuje "wizyty". Jeśli wiecie o co mi chodzi - duma na jej obliczu zmieniła się momentalnie w niesmak.

- Ale po co pani to wszystko robi? - zapytał Adam, który właśnie w tej chwili przypomniał sobie imię i nazwisko rozmówczyni. Eugenia Pająk. Momentalnie stanęła mu przed oczami Tekla z Pszczółki Mai.- Przecież to jest nasza praca, pani Eugenio.

- No jak to po co? - staruszka spojrzała na niego badawczo, kręcąc przy tym głową na boki. - Ja chcę wam pomóc. Bo ja dużo widzę. Z domu prawie nie wychodzę, to zawsze wiem, co kto robi, albo kiedy jakiś obcy pojawia się w okolicy.

- No widzi pani - wtrącił się Stefan - a mordercy pani akurat nie zauważyła.

- Aaaa, bo ja na listonosza wtedy czekałam - zamyśliła się i dodała po chwili - poza tym człowiek nie zawsze wie, na co patrzeć.

- A sąsiada pani czasem nie widziała dzisiaj? - Stefan miał nadzieję, że staruszka coś na ten temat wie.

- Właśnie. Pan Jerzy wyjechał jakąś godzinę temu z tym Borowskim. Wydaje mi się, że na dłużej, bo wynosili jakieś torby z domu. Nie wiem co oni zamierzają, ale widziałam, że jakieś kije nieśli. Na waszym miejscu przyjrzałabym się im obu. Może oni razem ją zabili. Zygmuntowa mówi, że ten Borowski, to lubi chłopców. Zboczeniec jeden. Ale, w sumie, ona o każdym tak mówi, kto się do niej nie przystawia. W każdym razie, oni się zachowują podejrzanie. Świętują jakby wesele mieli, a nie pogrzeb. Pana Jerzego to ja w ogóle nie poznaję. Dotychczas taki stateczny był. A teraz... prawie w domu nie siedzi. Zupełnie inny człowiek. Ze mną też rozmawiać nie chce. Wcześniej to już z daleka dzień dobry wołał.

- Dobrze. Dziękujemy pani za informacje - wtrącił się Adam korzystając z okazji, że pani Eugenia zrobiła krótką pauzę, żeby wziąć oddech. - Wrócimy tu w poniedziałek po południu. Może pani uprzedzić sąsiada, żeby na nas czekał. Jeśli ma jakieś inne plany, to proszę mu przekazać, by nas uprzedził telefonicznie. Umówimy się na inny termin.

- W porządku, przekażę. Do widzenia - powiedziała i powoli skierowała się w stronę swojego domu.

- Co o tym myślisz? - zapytał Stefan.

- Głupoty wygaduje - Adam pokręcił głową przypominając sobie, co pani Eugenia mówiła na temat Urszuli. - Chociaż... Te samochody może warto byłoby sprawdzić.

- Wiesz... Sąsiadki dużo widzą. I miewają rację. Czasami.

- - - - - - - - -


Często zastanawiałam się nad tym, po co człowiek pojawia się na świecie i jaki jest cel jego egzystencji. Szczególnie mojej własnej egzystencji. Nachodziły mnie te myśli w trudnych chwilach z pewnością dlatego, że właśnie wtedy czułam, że tracę sens. Że nic mnie nie cieszy i życie zamienia mi się w pasmo cierpienia. Nie chciało mi się rano wstawać z łóżka. Nie chciało mi się jeść, ubierać, a nawet chodzić do toalety. Nie dość, że nic mnie nie cieszyło, to jeszcze sprawiało mi ból. Chociaż intuicyjnie wiedziałam, że prawdopodobnie nigdy nie uda mi się odpowiedzieć na pytanie "Po co żyję?", to kiedy zaczynałam "dochodzić do siebie", sięgałam po rozprawy sławnych filozofów. Sprawiał mi pewną satysfakcję fakt, że oni też błądzili w ciemnościach. "Wszystko zostało już wymyślone, oprócz tego jak mamy żyć" stwierdził Jean-Paul Sartre. Być może powinno mnie to wpuścić w większą depresję, ale potrafiłam dostrzec w tym pewne pocieszenie. Bo przecież jeżeli inni nie wiedzą jak, to dlaczego ja tak bardzo przeżywam tę niewiedzę? Friederich Nietzsche także natchnął mnie swoją myślą: "Ten, kto wie dlaczego żyje, zawsze poradzi sobie z tym jak żyć." Proste. A zarazem cholernie trudne. Po pewnym czasie przestawałam czytać, ale zawsze pozostawał we mnie pewien niedosyt. W trudnych dla mnie chwilach ciążył mi na duszy, jak jakiś gigantyczny garb. W moim obecnym stanie pojawiło się jeszcze więcej pytań, które jak na razie pozostają bez odpowiedzi. Od samego początku mojego pobytu w "bycie-niebycie", zastanawiam się dlaczego tu jestem i dlaczego w takiej zaskakującej formie. Teraz z wolna zaczęła kiełkować we mnie pewna idea. Może jestem tu po to, żeby po prostu poznać odpowiedź na pytanie: "Jaki był tego wszystkiego cel?". Znalezienie odpowiedzi może nie być wcale takie łatwe ponieważ dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że ja własnego życia wcale nie znałam. Nie znałam siebie. A może znałam, ale owinęłam się kłamstwami jak kokonem? Wydawało mi się, że moje bogate życiowe doświadczenie pozwoli mi chociaż rozumieć innych ludzi. Poznać ich na wylot i odgadywać motywację ich działań. A właśnie okazało się, że ja nawet mojego męża nie znałam. To jest chyba dla mnie najbardziej szokujące. Mój dom, mój mąż niby tacy sami, a jednak zupełnie inni. Ta sama powłoka a inne jądro. Boję się... Boję się, bo Boga nie ma, a miał być. Boję się, bo nie doświadczam raju i uczucia bezgranicznej szczęśliwości. Boję się, bo nie powędrowałam do innego wymiaru, ani nie uległam reinkarnacji. Nie rozproszyłam się też w powietrzu jak mgła. Boję się, że zostanę już tutaj na zawsze i będę się wiecznie przyglądać już-nie-mojemu-życiu w już-nie-moim-domu. Boję się, że już nigdy nie uda mi się niczego zapomnieć.

- - - - - - - - -


- Zapomnieliśmy wziąć radio - powiedział nagle Grzegorz zwracając się do wylegującego się na leżaku Jerzego. - Dzisiaj jest speedway. Transmisja na żywo. KS Toruń - Unia Leszno.

- To nic. Jest cisza i spokój. Pełen relaks - kiedyś Jerzy śledził rozgrywki na bieżąco. Potem mu przeszło. Czy żałował? Chyba nie. Chociaż... Może warto byłoby znowu wrócić do dawnych pasji? - Włącz radio w samochodzie - powiedział. - Jak podjedziesz bliżej, to powinniśmy mieć dobry odbiór.

Grzegorz podjechał samochodem bliżej domku i po chwili z odbiornika rozległ się warkot motorów i głos komentatora.

- Już zapomniałem, jak to jest urwać się od cywilizacji - Jerzy odetchnął głęboko.

Działka rodziców Grzegorza miała około trzech tysięcy metrów kwadratowych i schodziła bezpośrednio do największego w okolicy Grudziądza jeziora o nazwie Rudnik. Cała otoczona była metalową siatką i obrośnięta trawą oraz krzakami jałowca. W jednym z rogów rosły wysokie brzozy, a w drugim kilka drzew owocowych. Grzegorz zamierzał je wyciąć w przyszłości i zrobić tam parking. W odległości piętnastu - dwudziestu metrów od brzegu jeziora stała nieco zaniedbana altanka z dwoma małymi pomieszczeniami, z których jedno było sypialnią, a drugie służyło jako kuchnia, jadalnia i salon. Do małej łazienki z toaletą i prysznicem wchodziło się od zewnątrz. Jednym słowem było tu miło i przytulnie nawet mimo bezwzględnej potrzeby gruntownego sprzątania i odnowienia. Jerzy pamiętał, że kiedy żyli jeszcze rodzice Grzegorza z prawej strony działki był dość duży ogród warzywny. Teraz w tym miejscu rosły bujne chwasty.

- Jak jest niezła pogoda, to jestem tutaj co weekend. Nie ma to jak bliski kontakt z naturą - powiedział Grzegorz nabijając robaka na haczyk.

- Racja - odparł Jerzy i wygodniej rozparł się na leżaku.

W radio trwała transmisja żużlowa. Jak na razie prowadziła Unia.

- Łapiesz czasami jakieś ryby? - zapytał Jerzy. - Bo jakoś nie widzę, żeby brały.

- Czasami - odpowiedział Grzegorz. - Ale częściej tylko "moczę kija" - zaśmiał się głośno. - Ale nie narzekam. Wiesz jak jest... najważniejsze to gonić króliczka...

- Tak mówią - odpowiedział. Nie przepadał za tego typu frazesami. - Dzisiaj możesz coś złapać, wrzucimy na ruszt - dodał i zamknął oczy.