Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 12
Rozdział 12

Zobaczył ją przypadkowo. Wychodził właśnie ze sklepu w domu towarowym, a ona przechodziła jakieś pięć metrów od niego. Nie zauważyła go. Wyglądała bosko. Tak samo jak wtedy, kiedy ją poznał. Długie, rozpuszczone blond włosy, granatowa, wąska spódnica do kolan i koszulowa bluzka z rozpiętymi na dekolcie guzikami. Piękna. Jak z okładki. Stał osłupiały i patrzył w ślad za nią. Potem zorientował się, że bezwiednie za nią idzie. Weszła do sklepu z bielizną i zaczęła oglądać biustonosze. Zadziałało to na jego wyobraźnię. Zdziwił się. Wielokrotnie myślał o tym, co się stanie jak ją ponownie zobaczy, ale wydawało mu się, że jest w stanie podejść do tego z rezerwą. Nic z tego. Stare namiętności wybuchły w jego ciele jak gejzer. Podeszła do lady i powiedziała coś do ekspedientki, która ruszyła do wystawy po lewej stronie i przyniosła jej dwa białe biustonosze. Cofnął się o dwa kroki, żeby go nie dostrzegła, odwrócił głowę i zasłonił twarz dłonią. Po chwili zerknął w jej stronę i zobaczył, że właśnie znika w przebieralni. To podziałało na jego wyobraźnię z jeszcze większą siłą. Ile lat jej nie widział? Cztery? Pięć? Nie mógł sobie przypomnieć. Zajebiście długo. Tyle rzeczy od tego czasu się wydarzyło. Czuł, że powinien iść dalej i zostawić za sobą cały ten syf, ale nie potrafił ruszyć się z miejsca. Stał i wpatrywał się w zasłonę przebieralni wyobrażając sobie to, co dzieje się w środku. Ekspedientka podeszła i ponownie zamieniła z nią kilka słów po czym sięgnęła po kolejne biustonosze i jej zaniosła. Czy oni odkładają staniki na wieszaki, czy je piorą? Pomyślał. Czuł, że ogarnia go podniecenie. Przezwyciężył w sobie myśl, żeby wejść i wyrwać jeden z nich tej kobiecie z ręki. Lubił damską bieliznę. I to bardzo. Chyba to go zgubiło. Kiedy zorientowała się, że podczas jej nieobecności chodzi w jej majtkach i staniku, pojechała do "mamusi" i nie chciała już wrócić. Jakby to było jakieś wielkie halo. No fakt, na prawo i lewo nie ma się czym chwalić, ale robiłem w swoim życiu już takie rzeczy, że chodzenie w czyichś gaciach to pryszcz. No, ale ona musiała tak się zachować, żeby się poczuł jak jakiś jebany zbok. Emocje targały nim na to wspomnienie.

Wyszła z przebieralni i podała ekspedientce wybrany towar. Zadzwonił telefon. Odebrała go i rozmawiała przez chwilę uśmiechając się szeroko, po czym zapłaciła kartą i skierowała się do wyjścia. Odwrócił się i zrobił kilka kroków w prawo, w kierunku z którego przyszli. Miał nadzieję, że go nie zauważy i będzie mógł ją dalej śledzić. Stanął przy wystawie sklepu jubilerskiego i starał się wypatrzeć jej odbicie. Zniknęła. Poczuł panikę. Co będzie jak mu ucieknie? Odwrócił się szybko i jeszcze zdążył zobaczyć jak znika za zakrętem. Pobiegł w jej kierunku. Jest. Podniosła rękę do góry i pomachała do kogoś. Rozejrzał się po tłumie osób idących z naprzeciwka i wyłuskał z niego faceta w dżinsach i ciemnej marynarce uśmiechającego się do niej. Pewnie to jej kolejny fagas, pomyślał. Ona do niczego innego się nie nadaje. Poczuł znajome ukłucie zazdrości. Puszczała się na prawo i lewo. Spieprzyła mu życie. Zgnoiła go tak, że czuł się jak gówniarz. Wiedział już, że nie może tego tak zostawić. Musi coś z tym zrobić, bo go szlag trafi. Adrenalina zaczęła buzować w jego żyłach. Miał kolejny cel i opanowało go coś, czego nie umiał nazwać.

- - - - - - - - -


Entuzjazm. To było to, co straciłam po związku z Marcinem. Czułam się wypalona do granic. Te jego ciągłe podejrzenia o zdradę. Rok, trzy miesiące i pięć dni trwał ten koszmar. Ciągła huśtawka nastrojów. Cudowne chwile na przemian z najobrzydliwszym horrorem. Ciągłe "Sama jesteś temu winna", "Widzisz do czego mnie zmuszasz?", a potem kwiaty, restauracje i wycieczki... "Kocham cię do nieprzytomności", "nigdy nikogo tak jak ciebie". I tak w kółko, jak na karuzeli. I te ciągłe podejrzenia o zdradę. Śledzenie. Telefony o różnych porach dnia i nocy. Videorozmowy, żeby pokazać, czy rzeczywiście jestem tam, gdzie mam być. Po jakimś czasie bałam się wychodzić z domu, a nawet otwierać drzwi. Starałam się nie wyróżniać w tłumie i tragicznie się zaniedbałam, żeby tylko nie narażać się na uśmiechy mężczyzn. Te ciągłe awantury spowodowały, że kiedy tylko ktoś podnosił w mojej obecności głos, ja od razu zamykałam się w sobie. To dlatego pewnie z Jerzym nigdy się nie kłóciliśmy, bo ja nie potrafię rozsądnie myśleć, kiedy wiem, że ktoś ma do mnie jakieś pretensje. Milczenie jest dla mnie reakcją obronną. Wiem, że jak nie będę się odzywać, to agresja minie szybciej. Marcinowi podobało się to, że się w takich chwilach nie odzywam. Wydawało mu się zapewne, że się z nim zgadzam i jest mi wstyd. Czasami tak było. Myślałam sobie "Co jest ze mną nie tak? Jeśli będę się bardziej pilnować, to już się to nie powtórzy." Zatem milczałam. Wiem, że wszyscy znajomi uważali mnie za niezwykle zrównoważoną i umiejącą kontrolować emocje, ponieważ nigdy nie wdawałam się w pyskówki, ale gdyby tylko mogli zobaczyć, co dzieje się w mojej głowie... Zawsze ciężko odchorowywałam takie sytuacje. Kiedyś myślałam, że się w ogóle nie pozbieram. Czułam się jak robak w kałuży. Bezwolna, bez kontroli, bez sensu. Nawet kiedy uwolniłam się z tego koszmaru, wcale nie było mi lepiej. Straciłam grunt pod nogami. Wcześniej robiłam wszystko pod dyktando, a teraz oczekiwano ode mnie, że wezmę sprawy w swoje ręce. A ja tonęłam. Walczyłam przez chwilę o życie, a potem już mi się nie chciało. Kładłam się do łóżka i było mi wszystko jedno. Moja rodzina wiedziała niewiele. Mnie było wstyd, a Marcin potrafił oczarować towarzystwo. Czasami Zuza pytała czy wszystko u mnie w porządku i wydaje mi się, że po pewnym czasie trochę go rozgryzła. A już na pewno miała do niego żal o to, w jakim stylu "starał się o mnie walczyć", bym do niego wróciła. Mówią, że czas leczy rany, ale u mnie rany tylko lekko się zasklepiały. Pękały przy każdej kolejnej stresującej sytuacji a goiły się bardzo, bardzo powoli.

- - - - - - - - -


Powoli okrążył dom. Musiało być coś koło drugiej. Trząsł się ze wściekłości, że nie wziął ze sobą zegarka. Była ciepła noc, komary nie dawały mu spokoju, a księżyc co chwilę wychodził zza chmur. Muszę poczekać na odpowiedni moment, pomyślał. Nie sądził, że ktoś może go zauważyć, ale sąsiedni dom stał jak na jego gust trochę zbyt blisko. Trzeba będzie bardziej uważać. To że nikogo nie ma w domu już wiedział. Przejeżdżał dzisiaj tę ulicą kilkakrotnie i zaraz po czwartej natknął się na wyjeżdżającego właściciela z jakimś innym facetem. Pojechał za nimi, by się przekonać czy wrócą. Był pewien, że nie bo od razu po przyjeździe do tego zapyziałego domku wyciągnęli sobie po piwie. Wrócił więc do mieszkania swojej matki, w którym pojawił się nieoczekiwanie po czterech latach nieobecności, przebrał się w ciemne łachy i siedział patrząc na zegarek. Wytrzymał do jedenastej. Jego matka cały czas człapała w rozwalających się laczkach i ten dźwięk doprowadzał go do furii. Nie mógł się dogadać ze staruchą. Ciągle robiła mu wyrzuty, że nie szuka pracy i że zmarnował całe swoje życie. Dobre sobie. On już wie najlepiej, kto mu zmarnował życie. Wredny babsztyl. Sama też ojca wykończyła. One wszystkie takie są. Zaczekaj, wymamrotał pod nosem. Załatwię jeszcze jedną sprawę i się za ciebie wezmę. Nie mógł już wysiedzieć w domu. Wyszedł po cichu, żeby przypadkiem nie natknąć się na włażącą pod nogi staruchę. Pojechał nad Rudnik, żeby sprawdzić czy nadal tam siedzą. Nigdy przecież nie wiadomo. Zostawił samochód w pewnym oddaleniu i kawałek przeszedł pieszo. Są. Siedzą jeszcze nad wodą i dyskutują. Nie słyszał o czym, ale widział ich dokładnie w świetle buzującego ogniska. OK, jadę, postanowił.

Kiedy podjechał na osiedle, było już po pierwszej. Był tu już wcześniej, więc wiedział, że z sąsiedniej posesji w miarę łatwo jest się dostać do jej ogrodu. Przeszedł przez płot, skręcił za dom i znalazł znajomą dziurę w żywopłocie. Poczekał chwilę w krzakach, żeby sprawdzić czy nikt go nie usłyszał. W porządku, droga wolna. Zaczekał aż księżyc zniknie za chmurami i ruszył pędem w kierunku tarasu. Wszystkie drzwi i okna były zamknięte na amen, ale piwniczne okno na szczęście było lekko uchylone. Sprawdził zawias. Bułka z masłem. Nie takie przeszkody się ostatnio pokonywało. Przypomniał sobie ostatnią akcję, kiedy to nakrył go ten staruch i musiał z nim skończyć. Sam sobie winien, idiota. Po co mu wlazł pod nóż. Pomajstrował przy zawiasie przez kilka sekund i okno otworzyło się szeroko. Zajrzał do wnętrza i ocenił odległość do podłogi. Łatwizna. Wsunął nogi w otwór i po chwili był już w środku. Teraz tylko muszę to znaleźć i śmigam. No może wezmę sobie jeszcze jakąś pamiątkę albo dwie. Przecież jej już i tak nie są potrzebne. Uśmiechnął się pod nosem. Mina mu zrzedła kiedy przypomniał sobie, że nie wziął zegarka. Miał żelazną zasadę, że spędza "na robocie" siedem minut. Tak było najbezpieczniej i jak dotąd zawsze się sprawdzało. Tak go nauczył ojciec, a on kochał tatusia. Po pierwsze: znaleźć zegarek. Po drugie: obadać piętro. Po trzecie: salon. Po czwarte: wypad. Ułożył sobie w głowie plan. Siedem minut w zupełności wystarczy, nawet gdyby ktoś już w tej chwili wzywał policję.