Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 15
Rozdział 15

Niestety, nie posiedzimy kochanie tylko we dwoje, bo ktoś do nas idzie. O nie, czyżby to znowu ona?

- Cześć! Przyniosłam ci ciasto, żeby ci trochę osłodzić życie - powiedziała Urszula już od progu.

Nie wytrzymam tego. Jerzy, spójrzmy prawdzie w oczy. Ona chce cię poderwać i wierz mi, kochany, wyjdziesz na tym jak Zabłocki na mydle.

- Proszę. Wejdź - otworzył szeroko drzwi. - Sama piekłaś?

- No co ty. Ja do wypieków w ogóle nie mam ręki.

A do czego masz? Do kokietowania świeżych wdowców pewnie.

- Tak sobie pomyślałam, że siedzisz sam, to może będziesz chciał z kimś pogadać i trochę się rozerwać - uśmiechnęła się do niego zalotnie.

Jerzy, nie gadaj z nią. To jest modliszka. Pójdziesz z nią do łóżka, a jak się zbudzi to cię zje.

- Zaczekaj chwilę w salonie, a ja pokroję ciasto - wziął od niej talerz.

- Może ja pokroję, a ty wstaw wodę na kawę.

Tak myślałam... nie ma mnie raptem kilka dni, a ona przyłazi z ciastem. Jaka współczująca. Cholera jasna. Już za życia przypuszczałam, że ma względem ciebie ściśle sprecyzowane plany. Rozerwać go przyszła. Już ja cię rozerwę... na strzępy. Niedawno mu żona zmarła, ty niewdzięczna babo. A ja ci kiedyś pierogi zrobiłam. Gdybym wiedziała, to bym wzbogaciła te pierogi o jeden lub dwa składniki.

- Wiesz co, a może byśmy poszli do kina? - zapytała, kiedy już zasiedli do stołu.

- Może to i dobry pomysł... - zastanowił się. - Zadzwonię do Borka. Może też pójdzie.

- Dzwoń - odpowiedziała, ale z wyrazu jej twarzy wywnioskować można było, że pomysł wzięcia Grzegorza nieco rozmija się z jej planami.

O nie... Kino? Nie... no nie rób mi tego. Posiedź trochę w domu i powspominaj mnie. Przecież nie było nam tak strasznie razem. No dobrze, już ja sobie zapamiętam, że zaraz po mojej śmierci umawiasz się z kobietą, która ma większy tyłek ode mnie. Szkoda, że nie mogę cię kopnąć w te twoje cztery litery... a w zasadzie, dlaczego ja nie nazywam rzeczy po imieniu? Przecież i tak nikt mnie nie słyszy. Kopnę cię w DUPĘ. Cały czas zastanawiam się, dlaczego nie poszłam do nieba, tylko muszę patrzeć na ciebie. Żebyś wiedział, jak się czuję! Koszmar! Nikomu nie życzę. No, może tobie z tym wielkim zadkiem... DUPĄ. Żebyś wiedziała, jaka jesteś brzydka z góry patrząc. Już ja się postaram, żebyś nie mogła dzisiaj słodko spać... DUPA... DUPA... DUPA...

- - - - - - - - -


- Jasna dupa - Bogdan Szmut zaklął z wrażenia, kiedy otworzyły się drzwi jego zakładu i do środka weszła ona.

Rzucił się od razu w jej kierunku, rozciągając ręce w powitalnym geście.

- Dzień dobry, pani... - odezwał się z teatralną manierą i spojrzał na jej włosy. - A gdzie nasza śliczna spineczka? - zapytał.

- Zostawiłam w domu. Nie noszę jej codziennie - odpowiedziała.

Nie przepadała za tym człowiekiem. W ogóle nie lubiła ludzi, którzy wychodzą ze skóry i przymilają się nachalnie klientom po to, żeby zrobić na nimi interes.

- Czym mogę pani w takim razie służyć? - uśmiechnął się do niej przymilnie.

- Szukam niedrogich spinek do mankietów dla męża. I ostatnio oglądałam tutaj zawieszkę Maryi z dzieciątkiem... Chciałam zapytać, czy jeszcze jest w sprzedaży.

- Oczywiście. Dla pani wszystko - ukłonił się i zaprowadził ją do gabloty z biżuterią męską. - Mamy bardzo szeroki wybór spinek do mankietów. Na pierwszej półce eleganckie zrobione z metali szlachetnych, poniżej "każualowe", mniej oficjalne, ale również bardzo interesujące.

Spojrzała na wyłożone przedmioty i poprosiła jubilera o pokazanie czterech z nich.

- Polecałbym pani zakup tych lub tych. Są bardzo uniwersalne. Stal szlachetna pasuje do każdego typu garnituru.

- Te mi się podobają - powiedziała po chwili zastanowienia.

- Bardzo dobry wybór. Możemy na nich coś wygrawerować. Klienci najczęściej decydują się na inicjały.

- Świetny pomysł. Ma pan może wzornik liter?

- Oczywiście. Proszę podejść ze mną do lady. Już pokazuję.

Przeszli na drugą stronę zakładu i jubiler wyjął z szuflady metalową płytkę z alfabetem wygrawerowanym różnymi typami czcionek.

- A jakie to inicjały? - zapytał.

- J.O. jak Jerzy Otulak.

- Proszę popatrzeć na ten zestaw liter - podsunął w jej kierunku tabliczkę. - Proste, eleganckie ale zarazem efektowne.

- Świetnie - odpowiedziała.

- Będą gotowe jutro. Proszę podać adres. W jakich godzinach można je pani dostarczyć?

- Dowozicie do domu? - zdziwiła się.

- Tak. W ramach promocji zakładu - jubiler miał nadzieję, że kobieta nie wyczuje tego drobnego kłamstwa.

To całkiem miły człowiek, pomyślała.

- Tulipanowa 10. Będę czekała... - zamyśliła się przez chwilę, odgrzebując w pamięci plany na piątek. - między 14-tą a 15-tą. Mąż jest wtedy jeszcze w pracy. Chcę, żeby to była niespodzianka.

- W porządku. Już zapisałem - na twarzy Bogdana Szmuta pojawiło się widmo triumfu. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.

- Dziękuję - powiedziała.

- Chciała pani jeszcze obejrzeć Madonnę z dzieciątkiem.

- Tak. To ma być prezent na urodziny siostry, więc gdyby dobrał pan do niej łańcuszek i zapakował w coś gustownego, to byłabym bardzo wdzięczna.

- Już się robi - mężczyzna miał ochotę tańczyć z radości. - Siostra będzie zachwycona.

- - - - - - - - -


Zachwycił mnie od razu. Kiedy tylko zobaczyłam go w tym domu handlowym wiedziałam, że nie jest zwyczajnym facetem. Miał miły uśmiech i ciepły ton głosu, który działał na mnie jak balsam. No i był bardzo pomocny. W zasadzie, gdyby nie on, to nie kupiłabym tego blendera. To dla niego wróciłam następnego dnia. Byłam ciekawa czy przyjdzie. Był. Czekał przy kasach z uśmiechem na ustach. Nie było wyjścia. Musiałam dokonać zakupu. Potem poszliśmy na spacer i po krótkiej chwili rozmawialiśmy ze sobą w taki sposób, jakbyśmy znali się od wieków. Podziałał na mnie jak lekarstwo. Był delikatny i przede wszystkim, nie narzucał się. Pozwalał mi decydować czy i kiedy znowu się spotkamy. Nie widziałam u niego żadnych lubieżnych spojrzeń. Nie karmił mnie sprośnymi dowcipami, ani nie używał słów, które mogły nosić jakiś podtekst. Spotykaliśmy się coraz częściej i częściej, a ja czułam, że przy nim rozkwitam. Wiem, że na początku byłam bojaźliwa. Ciągle wmawiałam sobie, że to jeszcze za wcześnie, że nie mogę obarczać tak dobrego człowieka swoimi problemami, ale nic to nie dało, ponieważ ciągnęło mnie do niego jak pszczołę do miodu. Potem pomyślałam sobie, że co ma być, to będzie i poddałam się uczuciu, które zdążyło we mnie już wykiełkować. Pytanie "Wyjdziesz za mnie?" padło w najmniej oczekiwanym momencie. Było to na parkingu samochodowym. Zaskoczył mnie. Parking? Zakupy w reklamówkach? Otwarty bagażnik? I takie pytanie? Rozejrzałam się wokół i wtedy przypomniałam sobie, że stoimy dokładnie przed wejściem do tego samego sklepu, w którym się poznaliśmy. Rozpłakałam się. I mimo że nie było kwiatów, romantycznej kolacji i klękania na kolano, czułam, że ten mężczyzna naprawdę mnie rozumie, wie, czego mi najbardziej potrzeba, i że nasze pierwsze spotkanie wywarło na nim tak samo mocne wrażenie jak na mnie. Nie musiałam odpowiadać. Przytulił mnie mocno i ja wówczas obiecałam sobie, że będę najlepszą żoną na świecie. Że zrobię wszystko, by nigdy, przenigdy nie żałował tego pytania i żeby każda sekunda mojego życia dawała mu na nie odpowiedź. Byłam pewna, że mi się uda. Wierzyłam w to.

- - - - - - - - -


- Nie uwierzysz kogo dzisiaj widziałam - powiedziała Zuza do męża z płonącymi ze zdenerwowania policzkami.

- Nie mam pojęcia - odpowiedział. - Może Cezarego Pazurę?

- Nie wygłupiaj się. To jest bardzo poważna sprawa. Marcina widziałam.

- Jakiego Marcina?

- Pamiętasz tego idiotę, przez którego moja siostra wpadła w depresję? Tego kretyna, który odgrażał się, że ją spali? - była tak zdenerwowana, że jej głos wszedł na wysokie tony.

- Ale on miał podobno gdzieś wyjechać - Krzysztof pamiętał tego chłopaka jak przez mgłę. Przypominał sobie raczej tylko dyskusje żony i teściowej na jego temat.

- Tak, wyprowadził się, ale najwyraźniej wrócił.

- A gdzie go widziałaś? - zapytał.

- Na Kwiatowej. Zaparkowałam samochód zaraz przy Toruńskiej, bo musiałam iść do tej hurtowni metalowej po gwoździe. Szedł wprost na mnie. Na początku nie mogłam sobie przypomnieć kto to jest. Wiedziałam, że go znam, ale nie mogłam go nigdzie przypasować - Krzysztof zauważył, że Zuza bardzo mocno gestykuluje. To było do niej niepodobne. - Wiesz, jak się zmienił? Wychudł i strasznie się zaniedbał. Zarośnięty i w ogóle szkoda gadać. Wiem, że mnie poznał, ale udawał, że mnie nie widzi. W pewnym momencie się odwrócił i przeszedł na drugą stronę ulicy. Tak jakby bał się, że go zatrzymam. I wiesz, co wtedy sobie pomyślałam? Że jeżeli był ktoś na świecie, kto mógł życzyć mojej siostrze śmierci, to tylko on - głos jej się załamał i nie mogła wykrztusić z siebie ani słowa więcej.

- Dzwoń na policję - powiedział Krzysztof. - Niech się nim zajmą. Czasami przeczucia się sprawdzają.

- Zaraz zadzwonię - powiedziała i zaczęła płakać. - Tylko muszę się trochę uspokoić.

Krzysztof spojrzał na nią, przytulił i poczuł, jaka jest roztrzęsiona.

- Powinnaś usiąść.