Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 16
Rozdział 16

- Nie powinniśmy siedzieć w domu! - krzyknął nagle Grzegorz w stronę kuchni, odkładając na ławę książkę o rzeźbieniu w drewnie, którą znalazł w salonie.

Ja niestety muszę. Nie mam wyboru. Też bym sobie chętnie gdzieś poszła.

­ Masz jakiś pomysł? - Jerzy odcedzał właśnie makaron, żeby przygotować obiad. Sos kupił w supermarkecie. Na etykiecie było napisane, że trzeba go połączyć ze smażonym mielonym mięsem, ale za czasów studenckich jadał go prosto ze słoika i też mu smakował.

- Nad Wisłą jest koncert w sobotę. Może pójdziemy? - Grzegorz wiedział co się dzieje w mieście, bo prenumerował "Czas Grudziądzki", w której była specjalna rubryka z zapowiedziami kulturalnymi. W zasadzie tylko dla tej rubryki kupował tę gazetę, bo wielokrotnie powtarzał, że nie ma w niej żadnej rzeczy, której by nie mógł przeczytać w Internecie, a relacje z kłótni sąsiadów o zastawianie wspólnego podwórka, są poniżej jego godności.

W tychże wydarzeniach kulturalnych lubił brać również udział. Szczególnie wtedy, kiedy były darmowe.

Koncert? Na pewno nie pójdzie. Nie lubi tłumów i hałasu.

- A kto gra? - Jerzy zaczął podgrzewać sos i zastanawiał się, czy ma być tylko ciepły, czy ma gulgotać.

- Kilka lokalnych zespołów, ale może być nieźle.

I do tego jeszcze zespoły lokalne... Gdyby przyjechał Radiohead, to może...

- W zasadzie... Czemu nie. O której się zaczyna? - odpowiedział i zdecydował, że sos ma już dość. Zdjął garnek z ognia i polał nim rozłożony na talerzach makaron.

- O osiemnastej. Potem jest pokaz laserów.

Gdybym ja miała jakiś laser. To bym wam zrobiła... Zresztą... nie chce mi się tego słuchać. Mam nadzieję, że się zapchacie tym makaronem.

- Chodź tutaj! - krzyknął Jerzy - Bo stygnie w zastraszającym tempie.

Grzegorz przyszedł do kuchni, usiadł przy stole i zaczął jeść.

- Wiesz co? Masz trochę pieprzu i jakiś ser? - zapytał. - Albo tabasco? Chyba trzeba trochę podkręcić smak. Gdzie ty się uczyłeś gotować? - pokiwał głową z dezaprobatą.

- W akademiku - odpowiedział Jerzy grzebiąc w lodówce. - Następnym razem ty gotujesz.

- No to będziemy jedli pizzę - zaczął się śmiać. - W komórce mam numer do pizzerii.

Jerzy postawił na stole ketchup i sos cygański. Grzegorz wybrał jedną z butelek, odkręcił, powąchał zawartość i delikatnie polał potrawę. Posmakował.

- Zaczekaj chwilę - powiedział. - Skoczę do domu po piwo, to od razu będzie nam bardziej smakowało.

Jerzy posmakował makaronu i stwierdził, że od czasów studenckich zmieniły mu się kulinarne gusta albo zrobił się bardziej wybredny. Mogłem jednak ziemniaki obrać, westchnął.

- - - - - - - - -


Obierałam sobie zawsze w życiu ambitny cel, do którego dążyłam za wszelką cenę. Nie interesowała mnie jednakże prędkość osiągnięcia tego celu, ale sam rezultat. Dlatego mogły minąć lata, zanim dostałam to, na czym mi zależało. Powoli, ale konsekwentnie trzymałam się obranego kursu. Byłam bardzo konsekwentna. Widać to było chyba najbardziej w moim wizerunku. Nigdy nie pozwalałam sobie na dodatkowe centymetry w pasie, ani niemodny ciuch albo brak makijażu. Wszystko musiało być na medal. Każdy szczegół. To wszystko miało swój początek i koniec w przeświadczeniu, że perfekcja to priorytet i że jeśli wystarczająco długo będę pokazywała ludziom, jaka jestem idealna, to nawet ja sama w to uwierzę. Nie zniosłabym jakichkolwiek negatywnych plotek na swój temat. I udawało mi się. Do czasu. Wszystko pękło jak bańka mydlana, kiedy poznałam Marcina. W zasadzie nie wiem, co w nim najbardziej mnie pociągało. Chyba fakt, że ciągle musiałam walczyć o jego atencję. Kiedy wszystko się sypnęło, wpadłam w depresję i odechciało mi się żyć. Próbowałam jeszcze przez jakiś czas, ale wszystkie moje próby spalały na panewce. Marcin ciągle był niezadowolony i ciągle mnie krytykował. Potem wdał się w jakieś ciemne interesy i urządził sobie z naszego mieszkania dziuplę. Zamykałam się w sypialni, żeby w tym nie uczestniczyć, bo nadal nie mogłam się pogodzić z tym, że poniosłam fiasko. Gwoździem do trumny były wizyty jego nowych kumpli. Obrzucali mnie obleśnymi spojrzeniami i śmieli się ze mnie, a Marcin im wtórował. Tego było już dla mnie dość. Spakowałam się i chciałam odejść. I właśnie wtedy podniósł na mnie rękę po raz pierwszy. Próbowałam się bronić i to rozsierdziło go jeszcze bardziej. Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze parokrotnie. Po jakimś czasie było mi już wszystko jedno. Wiedziałam, że już go nie kocham i że chcę się uwolnić, ale nie wiedziałam jak. Któregoś dnia siedziałam sobie przy oknie i zobaczyłam na placu zabaw młodą matkę z chłopcem w wieku pięciu, może sześciu lat. Ona siedziała na ławeczce, wystawiwszy twarz do słońca, a on biegał po placu razem z innymi dziećmi. W pewnym momencie na pobliski parking podjechał samochód i wysiadł z niego mężczyzna. Podszedł do placu, a chłopczyk krzyknął "Tatuś! Mamo, tatuś przyjechał!" Kobieta się odwróciła i rzuciła się mu w ramiona. Pomyślałam wtedy, że ja na taką rodzinę nie mam najmniejszych szans. Wrzuciłam do torby kilka swoich rzeczy i pojechałam do mamy. Marcin przyjechał tego samego dnia wieczorem i urządził scenę. Mama zadzwoniła po Zuzę, żeby ta jej pomogła, bo ja nie byłam w stanie nic zrobić. Leżałam w łóżku z poduszką na głowie i udawałam, że to się nie dzieje. Marcin wracał codziennie. O różnych porach dnia i nocy. Po jakimś czasie zmienił ton i zaczął przynosić kwiaty i czekoladki. Powiedział nawet mamie, że chce się ze mną ożenić. Nie chciałam się z nim zobaczyć, bo nie potrafiłam się przed nim bronić. Był dla mnie życiową porażką, jedyną osobą, na którą nie miałam najmniejszego wpływu.

A teraz? Nie mam powłoki, o którą muszę się martwić. Nie muszę się malować ani ubierać. Mogę być w końcu sobą... ale tak naprawdę, to ja nie wiem, ani jaka jestem, ani kim jestem. Zapomniałam już, jak to jest być sobą. Byłam sobą przecież tak dawno temu. A może mi się tylko śniło, że byłam sobą?

- - - - - - - - -


Miał sen. Śniła mu się. Długo nie mógł dojść do siebie. Sen był całkowicie bez sensu, ale wrażenie pozostało silne. Stała na gałęzi drzewa w ogrodzie i patrzyła na niego z góry. Była złą. Potwornie zła. Nigdy jej takiej nie widział. Wiało od niej taką złością, że nie mógł się utrzymać na nogach. Tak jakby kumulowała huragan i wysyłała go w jego stronę. Zupełnie bez sensu. Przecież była zawsze taka łagodna. Nigdy nie widział jej takiej agresywnej. Zamyśloną, zadumaną, to owszem. Raz, czy dwa, i to krótko. Przez chwilę miała wrażenie, że ona go obserwuje. Że wszystko widzi, co się dzieje po jej śmierci. Ale nawet jeśli wszystko widzi, to dlaczego jest taka zła? Przecież on nic złego nie robi...

- - - - - - - - -


- Co teraz robisz? Masz chwilkę? - zapytał ją w czasie przerwy, kiedy czytała ogłoszenia na tablicy.

- Nie za bardzo - odpowiedziała. - Zaraz zaczynam zajęcia. A to coś ważnego?

Popatrzył na nią i nachylił się do jej ucha.

- Kocham cię - powiedział.

Z wrażenia aż podskoczyła. Rozejrzała się spłoszona dookoła. Na korytarzu roiło się od studentów.

- Co ty opowiadasz? - czuła, że oblewa się rumieńcem i że wszyscy obecni patrzą na nią z zainteresowaniem.

- Spotkajmy się po zajęciach - powiedział.

- To niemożliwe - była przerażona. - Chcesz mnie skompromitować? A jak ktoś nas zobaczy?

- No to porozmawiajmy teraz - rozłożył ręce w geście, który mówił, że jest gotowy do rozmowy nawet w tej chwili i w tym miejscu.

- Teraz to niemożliwe - w popłochu rozejrzała się wokół.

- Ale to jest dla mnie bardzo ważne.

- Dobrze - odpowiedziała po chwili wahania. - Tutaj. Na uczelni. W bibliotece. Tam już nikogo nie ma od dwunastej.

- Będę czekał.

Nie mogła się skupić na zajęciach. W pewnym momencie poddała się i włączyła studentom prezentację multimedialną tylko luźno związaną z tematem zajęć. Wskazówki zegara nieubłaganie odliczały minuty do końca zajęć.

Kiedy przyszła do biblioteki, on już czekał. Przed nim stały dwie filiżanki z kawą. Matko! Pewnie pani Iza zrobiła. Jak on może mnie tak narażać? - pomyślała przerażona.

- Nie możesz się tak zachowywać. To nie jest w porządku względem mnie. To wcale nie jest takie duże miasto. Może ty jesteś wolnym człowiekiem, ale ja mam zobowiązania. Niepotrzebne mi są żadne kłopoty.

- Ale ja nie robię nic złego - odpowiedział. Jej reakcja nieco go zaskoczyła. Wydawało mu się, że jest płochliwa i mało zdecydowana, a tu pokazuje pazurki. Poczuł, że podoba mu się coraz bardziej.

- Niszczysz moją karierę. Mogę stracić pracę. Oni tutaj są wyczuleni na afery, a wiesz, że na nasze miejsce z powodzeniem znajdą dziesiątki chętnych. Słyszałeś o tych anonimach? Mnie podobno nie dotyczą, ale nikt nie chce powiedzieć, co w nich jest. Kilka afer już było. Jeżeli będą mieli jakiekolwiek przesłanki, że coś może im zaszkodzić, to nas wyleją. Może tobie nie zależy, ale ja mam kredyt na dom i muszę pracować.

Była zdecydowana zakończyć tę sprawę dzisiaj. Teraz. Już.

- Usiądź. Napij się kawy. Uspokój się - podsunął jej krzesło.

Usiadła na brzegu.

- Przecież my się kochamy - powiedział, próbując złapać ją za dłoń.

Skoczyła na równe nogi jak oparzona.

- Ja cię na pewno nie kocham! - krzyknęła i zdała sobie sprawę, że akustyka biblioteki mogła roznieść jej głos po korytarzu. Ciarki przebiegły jej po plecach. - Ja cię nawet nie znam. Nie wiem kim jesteś. Skąd się tu wziąłeś. Nie wiem o tobie nic. I wcale nie chcę wiedzieć. A wiesz dlaczego? Bo ja mam męża, którego kocham i tylko jego kocham i to się nie zmieni. Nigdy.

- Dlaczego mi to robisz? - spojrzał na nią, w jego wzroku czaiła się złość.

- Ja ci nic nie robię. Nigdy w życiu nie dałam ci żadnego znaku, że coś może między nami być. Wmówiłeś to sobie - wzięła głęboki oddech i kontynuowała nadając swojemu głosowi spokojniejszy ton. - Jedź teraz do domu, odsapnij, a jak się chwilę zastanowisz, to zrozumiesz, że to co powiedziałeś nie ma najmniejszego sensu. Obiecaj mi, że nie zrobisz mi nigdy więcej takiego numeru jak dzisiaj.

- Ale ja...

- Obiecaj! - przerwała mu.

- Nie zrobię - powiedział, ale patrzył na nią wyzywająco.

Poczuła się nieswojo.

- W takim razie do zobaczenia. Muszę wracać na zajęcia.