Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 17
Rozdział 17

Zajęć w swoim życiu imałam się różnych. Kiedy byłam w ogólniaku, to odrabiałam lekcje z jednym chłopcem. Chodziłam do niego codziennie na jedną - dwie godziny. Jego mama płaciła mi cztery złote za godzinę, co w porywach dawało mi sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie. Starczało na bilet miesięczny i jeszcze jakieś drobnostki. W połączeniu ze stypendium naukowym stanowiło to nawet pokaźną kwotę. Zuza wolała w tym czasie pilnować dzieci sąsiadów. Wracając do mojego pierwszego ucznia w życiu, to zaczęłam chodzić do niego kiedy był w piątej klasie. Mieszkał z rodzicami dwie ulice dalej w małym domku ze ścianami z gliny. Jego mama pracowała w sklepie, a ojciec prowadził gospodarstwo. Chłopiec miał na imię Radek i był upośledzony w stopniu lekkim. Pamiętam, że nie potrafił płynnie czytać, robić obliczeń pamięciowych i czasami, kiedy włączyła mu się jakaś blokada, to zapominał jak się pisze literki. Kiedy jednak mocno się skupił i zainteresował tym, co robimy, to czynił niesamowite jak na niego postępy. Pamiętam jedną sytuację, kiedy pomyślałam, że chyba się poddam. Napisałam mu na kartce zdanie i poprosiłam, żeby przepisał. Radek wziął długopis do ręki i... zaczął pisać zdanie od kropki. Patrzyłam na to zafascynowana. Nie miałam pojęcia, że takie coś jest w ogóle możliwe. Pisał wolniutko, z wyciągniętym do połowy językiem, skupiony tak, że na czole pojawiły mu się krople potu. Od prawej, do lewej. Od kropki, do dużej litery. Niesamowite. I w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego co zrobił. Wiele było takich sytuacji, z których sensu nie zdawałam sobie sprawy. Potraktowałam to zdarzenie jak ciekawostkę, anegdotkę, do opowiadania w towarzystwie. Smutne. Wiem. Nie byłam wtedy już dzieckiem, a nie potrafiłam odnaleźć w tej sytuacji głębszego znaczenia. Chociażby takiego, że każdy człowiek jest inny, i że czasami można dojść do tego samego celu inną drogą. Czy to znaczy, że ja również byłam w pewnym sensie "upośledzona"? Przygotowywałam się z Radkiem codziennie do zajęć na kolejny dzień. Przez dwa i pół roku. W momencie, kiedy wyjechałam na studia nadal czytał wyrazy sylabami i nie liczył w pamięci, ale na świadectwie szkolnym miał prawie same czwórki.

Dlaczego ja w ogóle o tym rozmyślam? Bo właśnie sobie uświadomiłam, że lubiłam te zajęcia nie dlatego, że chciałam pomagać. Powód wydaje się bardziej prozaiczny. Ja po prostu czułam władzę. Czułam, że jestem mądra. Lepsza. Radek patrzył we mnie jak w obrazek i to mi się baaaaaaardzo podobało. I teraz już wiem, że przez całe moje życie traktowałam innych tak samo. Z uprzejmym pobłażaniem.

- - - - - - - - -


- Błagam cię... Skąd oni ich wytrzasnęli? - zapytał Jerzy śmiejąc się gromko. - Tego nawet po pijaku nie da się słuchać. "Przewody Wysokiego Napięcia"? Nigdy o nich nie słyszałem.

Wrócili właśnie z koncertu. Była prawie północ.

Nie za późno? Nogi można wyciągnąć czekając na ciebie. No chyba, że się już je ma wyciągnięte.

- To jest awangarda. Dla wąskiej grupy odbiorców. Niektórym się podoba.

- Może tobie się podoba, ale mnie nie. Mów co chcesz. Dla mnie to była tragedia. Całkowite zaprzeczenie tego, co nazywam sztuką.

No widzisz. I znowu wyszło na moje. Wiedziałam, że nie powinieneś iść.

Grzegorz spojrzał na Jerzego ze złością.

- A wsłuchałeś się w słowa? Oni śpiewają o życiu. Nie o życiu z górnej półki. O życiu zwykłych ludzi. Ludzi, którzy są wyrzuceni poza nawias nie z własnej winy! - Grzegorz podniósł głos.

Ej, ty! Nie drzyj się na mojego męża!

- Rany! Borek! Czy to oznacza, że muszą tak smęcić? W ten sposób można wszystkich wpuścić w deprechę. Daj spokój. To nie była sztuka. To było jedno wielkie...

...gówno. Jerzy, nie bój się użyć tego słowa. Jak się podobało Grzegorzowi, to musiało nawet megagówno być.

- Nie rozumiem cię. Ja ich lubię. Myślałem, że myślimy tak samo, ale najwyraźniej się myliłem. Idę do domu - Grzegorz podniósł się z fotela i skierował w stronę wyjścia.

- Siadaj. Wypijemy po drinku.

O rany! Znowu będziesz pić? Borek, idź do domu. Ja cię proszę. Już późno jest.

- Nie. Jestem zmęczony. Cześć.

- No co ty - Jerzy ruszył w ślad za nim. - Chyba się nie obraziłeś dlatego, że mam własne zdanie na temat jakiegoś głupiego zespołu!?

Po nim można się wszystkiego spodziewać, kochanie.

- No właśnie... Głupiego... Nie mam nic więcej do dodania.

- Borek, przepraszam. Może rzeczywiście się nie wsłuchałem. Siadaj chłopie. Nie mówmy już o tym.

Grzegorz jednak trzasnął z całej siły drzwiami i wyszedł z domu.

- - - - - - - - -


- Nudziło mi się w domu i pomyślałam sobie, że ci potowarzyszę - Urszula uśmiechnęła się delikatnie. Miała na sobie łososiową sukienkę z dużym dekoltem, ściągniętą w pasie i opiętą na biodrach. Wyglądała bardzo ponętnie.

Aleś się odwaliła. Jerzy, nie patrz tak na panią.

- Jasne. Wejdź - wyjątkowo ucieszył się, że nie musi siedzieć sam. Grzegorz nie odbierał od niego telefonów. Tak naprawdę, to nie miał pojęcia, dlaczego w ten sposób zareagował w nocy. To śmieszne. Pogniewać się na inne gusta muzyczne. Jerzy nie czuł się winny, ale było mu nieswojo, że Grzegorz się nie odzywa.

- O czym myślisz? - zapytała Urszula przysuwając się lekko w jego kierunku i eksponując obfity biust.

Mam nadzieję, że o mnie, a nie o twoich cyckach.

- O przewodach wysokiego napięcia - odpowiedział i zaśmiał się. Obecność Urszuli działała na niego kojąco.

- O czym? - zapytała zdziwiona.

- Tak sobie żartuję - nie mógł powstrzymać się od śmiechu na wspomnienie idiotycznej piosenki, trwającej w nieskończoność, w której jedynymi słowami było "Nie ma, nie ma, nie ma".

Wiem, że ci się podoba. Widać to. Nie możesz oderwać wzroku od jej dekoltu. Nie mogę na to patrzeć. Chcę stąd odejść. To jest niesprawiedliwe. Całe życie byłam niezastąpiona i co? Okazuje się, że każda może wskoczyć na moje miejsce. Nawet najgłupsza. Była, nie ma, nie szkodzi, nie ta, to inna.

- - - - - - - - -


- Hej. Cześć Stefan - w telefonie rozległ się wesoły głos młodszego inspektora Tomasza Frankowskiego - Za jakąś godzinę wyślę ci raport z przesłuchania tego... jak mu tam... Wojciecha Panka.

- Dzięki. Jakieś wnioski? - Stefan miał nadzieję, że przesłuchanie rzuci jakieś światło na sprawę.

- Chyba ślepa uliczka. Mówi, że te anonimy wysyłała jakaś studentka, która utrzymuje, że jej zrobił dziecko.

- A zrobił? - zapytał, raczej z powodu osobistego zainteresowania.

- Nie pytałem - Tomasz zaśmiał się. - Ale jak chcesz, to mogę tam wrócić i go zapytać.

- Nie trzeba. Dał ci namiary na tę studentkę?

- Tak. Wszystko masz w raporcie. Dziewczyna jest z Grudziądza, więc sami możecie to ogarnąć.

Stefan westchnął.

- A na te dwie daty ma alibi? - wziął do ręki ołówek i zaczął rysować na papierze zawijasy. Po chwili zorientował się, że zamazuje notatki Adama.

- Miał kłopot, żeby sobie przypomnieć. Zdaje się, że w dzień morderstwa był w Grudziądzu. Jakieś egzaminy poprawkowe. Będziecie musieli sprawdzić godziny. Co do nocnego włamania, to twierdzi, ze noce zawsze spędza w domu.

Stefan westchnął po raz wtóry. Znowu więcej roboty. Oby efekt był tego wart. W prasie już ukazały się artykuły na temat skuteczności grudziądzkiej policji, a raczej jej braku.

- Stefan! Jesteś tam? - zawołał do słuchawki Tomasz, kiedy w telefonie zapadła długa cisza.

- Tak. Jestem, jestem... - odpowiedział. - Tyle mamy tu roboty, że nie wiem w co ręce włożyć. Przeczytam ten raport, od razu jak go dostanę. W razie jakichś pytań będę dzwonić.

- OK. Będę pod telefonem - powiedział Tomasz i po krótkiej chwili dodał - Ty, Stefan. Ten cały doktorek mi powiedział, że pracuje tylko u was w Grudziądzu i ma niewiele godzin. To ile na takiej uczelni się zarabia? Facet ma najnowszego Mercedesa S-Klasse i taką chatę, że mi gały wyszły. Musiałbyś to zobaczyć.

- Nie gadaj... Może ma jakieś lewe dochody? W tych anonimach było o jakichś przekrętach na tej uczelni, ale ja wiem, czy na czymś takim można się aż tak dorobić?

- W każdym razie mam wrażenie, że facet ma coś za uszami. Nie skreślaj go za szybko. Ten gość to taki picuś - glancuś. Wydaje mi się, że sam by się nie dotknął brudnej roboty. Może ma od takich rzeczy człowieka.

- Ok. Pomyślimy co zrobić. Dawaj ten raport i do usłyszenia. Pozdrów żonkę - Stefan za cholerę nie mógł sobie przypomnieć jej imienia.

- Jak ją spotkam, to pozdrowię - roześmiał się Tomasz. - Rozwiedliśmy się jakieś dwa lata temu.

- O! To sorry, chłopie. Nic nie wiedziałem - Stefan poczuł się strasznie głupio.

- Nic się nie stało. Ja nie płaczę. To zła kobieta była - Tomasz śmiał się do rozpuku, a Stefan razem z nim. - OK. Jak coś to dzwoń...