Jesteś tutaj » Publikacje » Po-Byt » Rozdział 18
Rozdział 18

Dzwonek do drzwi rozległ się niespodziewanie. Była godzina trzynasta i jeszcze nie spodziewała się gości. Zmniejszyła ogień pod garnkiem z zupą cygańską i poszła zobaczyć, kogo przywiało.

- Dzień dobry, przywiozłem te spinki do mankietów - Bogdan Szmut uśmiechał się szeroko.

- Witam. Nie miałam pojęcia, że będzie pan osobiście. I do tego tak wcześnie. Dobrze, że mnie pan zastał.

Jubiler chciał wyczekać do umówionej godziny, ale jakoś właśnie dzisiaj zegary spowolniły swój bieg.

- Przyjechałem, bo mam do pani pewną sprawę. Czy mogę wejść? - zapytał cały czas się uśmiechając.

- Proszę - przesunęła się i otworzyła szerzej drzwi wejściowe.

Usiedli w salonie przy stole.

- Słucham pana - powiedziała i spojrzała na niego wyczekująco.

- Chciałbym od pani kupić tę spinkę, którą kiedyś oglądałem.

- Przepraszam bardzo, ale nie jest na sprzedaż. To prezent. Już to panu przecież mówiłam.

Ta spinka nie była tylko prezentem, jedynym jaki pozostał jej po kochanej Buni, ale również jej talizmanem, który, jak wierzyła, pozwolił jej wrócić do normalności. No, ale o tym jubiler nie musiał wiedzieć.

- Wiem, że to pamiątka rodzinna, ale... może kwota pięciuset złotych będzie pani odpowiadać?

Zdziwiła się. Nie miała pojęcia, że ktoś będzie chciał za tę błyskotkę dać tyle pieniędzy.

- Bardzo mi przykro, ale nie jest na sprzedaż.

Jubiler zauważył jej zdziwioną minę.

- Jestem w stanie dać za nią... - zawiesił głos, zastanawiając się jaką kwotę podać. - Mogę dać... siedemset złotych.

- Niech mi pan powie, dlaczego tak panu na niej zależy? - zapytała.

- Chciałbym zrobić kopię i sprzedawać hurtowo - wyrecytował przygotowaną wcześniej formułkę. - Uważam, że ta spineczka ma bardzo ciekawy kształt i może znaleźć się wielu chętnych nabywców. Wie pani, ja jestem biznesmenem. Moim zadaniem jest wyczuć rynek. Bez tego się nie utrzymam. Teraz, kiedy zalewa nas fala produktów z Chin, nastały dla naszej profesji ciężkie czasy - westchnął. - Czy mogłaby pani ją przynieść choć na chwilkę, żebym rzucił okiem?

Wyczytał w liście Sary Bernhardt, że jedno ze szkiełek miało "uroczy owalny punkcik zaraz przy spojeniu". Jeśli ta spinka je ma, to bez wątpienia jest to oryginał. Czas dowiedzieć się, jak weszła w jego posiadanie, pomyślał.

Na wszelki wypadek śledził, gdzie idzie. Schodami do góry, a potem do jakiegoś pomieszczenia nad salonem.

Wróciła po chwili, niosąc w dłoni ten mały cud.

- Proszę. Może pan sobie obejrzeć.

Odbarwienie szkła przy spojeniu? Jest. Bogdan Szmut czuł, że ziemia się pod nim rozstępuje. Usilnie starał się nie pokazać swojej radości. Muszę się jeszcze dowiedzieć, skąd ona, do diabła, ją ma.

- Czy może mi pani coś bliżej o niej powiedzieć?

- Nie znam dokładnie historii tej spinki. Dostałam ja od babci, a ona? Od jakiejś aktorki we Francji. Podawała mi kiedyś jej nazwisko, ale nie mogę sobie przypomnieć.

I może lepiej, żebyś sobie nie przypomniała, pomyślał.

- A kim była pani babcia?

- Moja babcia, to bardzo ciekawa postać. Całe swoje życie podróżowała. Niech pan sobie wyobrazi, że pływała na barce. Opłynęła tą barką całą Europę. Wiem, że najdłużej mieszkała na Sekwanie w Paryżu. Tam poznała mojego dziadka. Krótko przed wojną przypłynęli do Polski. Dziadek zginął w 1939 roku. Babcia jeszcze jakiś czas mieszkała na tej barce, ale kiedy ta zatonęła w czterdziestym czwartym, babcia ze swoimi dwiema córkami przeniosła się na stały ląd. Barka zatonęła w okolicach Grudziądza, dlatego też moja rodzina osiedliła się w tym miejscu. Bunia zmarła, kiedy miałam dziesięć lat. Została mi po niej tylko ta spinka i garść wspomnień.

- To bardzo ciekawa historia - jubiler czuł wielkie podniecenie. Teraz już wiedział, że nie może być mowy o pomyłce. - Czy może mi ją pani pożyczyć chociaż na kilka dni?

Gdyby tylko mógł dostać ją na chwilę, to dałby radę zrobić kopię i jej podłożyć.

- Niestety. Nie zmienię mojej decyzji.

Wiedziała, że jej upór nie jest racjonalny, ale po prostu nie mogła jej nikomu dać. To chyba jakaś fobia, pomyślała. Może powinnam zacząć to leczyć.

Bogdan Szmut poczuł, że robi mu się gorąco ze złości. Na taką okazję czekał całe życie. Co ma teraz zrobić, żeby ten babsztyl mu ją dał?

- To może chociaż na jedno popołudnie... - postanowił jeszcze raz zaryzykować.

- Bardzo mi przykro. Nie mogę - podniosła się z krzesła, dając jubilerowi znać, że rozmowa jest zakończona.

Co za wredna suka. Co jej zależy... A może powinienem powiedzieć prawdę? Nie, wtedy już w ogóle nie będę miał szans, żeby ją dostać. Sama ją sprzeda, a ja obejdę się smakiem. Cholera!

Podniósł się z krzesła i ruszył wolno do wyjścia.

- A może tysiąc złotych panią usatysfakcjonuje? - spróbował jeszcze raz.

- Do widzenia panu - odpowiedziała.

Krowa! Wszystko w środku burzyło mu się z wściekłości. Czuł, że życiowa szansa ucieka mu między palcami. Jeszcze zobaczysz! I tak ją zdobędę. Jeszcze będziesz żałować, że jej nie sprzedałaś.

- - - - - - - - -


Sprzedam go i się wyprowadzę, decyzję podjął na cmentarzu, kiedy trumna jego żony wędrowała powoli na dno wykopanego dołu. Sprzedam. Koniec i kropka. Czytał wprawdzie już wcześniej ogłoszenia w gazecie a także online, ale jeszcze żadnych konkretnych kroków nie przedsięwziął. Jutro pójdę do biura nieruchomości i dowiem się jak to wszystko wygląda. Msza rozpoczęła się planowo o godzinie dwunastej w kościele w Tarpnie. Prowadził ją ksiądz, który udzielał jej pierwszej komunii. Znał go z widzenia. Kiedyś był u nich po kolędzie. Ksiądz uraczył słuchaczy kazaniem, z którego wynikało, że jego żona poniosła męczeńską śmierć po to, aby ci, których zostawiła odnaleźli Boga we własnych sercach. "Jej śmierć jest przestrogą i nauką dla tych co zostali" mówił. Słuchał tego, ale nie analizował treści. Uważał, że nie ma takich słów, które byłyby odpowiednie w tej chwili. Nie miał ochoty na żadne pocieszania, nauki i wyjaśnienia. Nie chciał w ogóle tam być. Nie chciał mieć powodu do uczestniczenia w tej mszy. Trumna z ciałem stanowiła dla niego raczej symbol. Bolesny symbol. Nie myślał o osobie, która jest w niej ukryta. Dla niego ostatnie pożegnanie odbyło się już dawno. Pierwszego dnia, kiedy zobaczył jej zmasakrowane zwłoki na podłodze w ich wspólnym domu, do którego nie miał ochoty już nigdy wracać. Czuł stratę. Ogromną. Ale ta jego strata nie miała nic wspólnego z dzisiejszym rytuałem. Jego życie wywróciło się do góry nogami nie w kościele, nie na poziomie wiary czy aktywności intelektualnej. Po prostu jego codzienne życie rozsypało się w drobny mak. Bezpieczna rutyna, która wskazywała mu jego miejsce na ziemi. To, czego najbardziej się teraz bał, a zarazem z czego najbardziej się cieszył, to potrzeba wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Ponownie musiał i chciał sam decydować o własnym losie. Nawet o tym, co będzie jadł i gdzie spał. I w jakim domu będzie mieszkał. I co ubierze do pracy. Tylko tego tarasu będzie mu żal. Jedynej rzeczy w tym domu, która była naprawdę jego. Nic to. Zbuduje nowy taras. A w ogrodzie postawi wyrzeźbione przez siebie świątki. Życie mu się posypało w gruzy i zanim je odbuduje, minie jeszcze bardzo dużo czasu. Ale zmiana miejsca zamieszkania ma mu w tym pomóc. Rozejrzał się dookoła. Tłumy ludzi: wykładowcy z uczelni, studenci, znajomi, sąsiedzi, rodzina i niezliczone mrowie gapiów. Wszyscy w stonowanych ubiorach, z wiązankami w dłoniach i przywdzianym smutkiem na twarzach.

Na stypę przyszło około 150 osób, z których prawie nikogo nie znał. Rodzina w tym całym tłumie była prawie niezauważalna. Razem z nim dziesięć osób. Zuza z Krzyśkiem, teściowa i jej siostra Anna, jego kuzyn Robert (przyjechał aż z Poznania), stryj Mieczysław z żoną i córką i kuzyn jego mamy - Zbigniew. Ostatni goście wyszli z restauracji grubo po godzinie siedemnastej, a on poczuł się w obowiązku zaprosić całą rodzinę do domu. Już pewnie nigdy nie spotkamy się w takim gronie, więc może warto przeciągnąć to spotkanie o jeszcze kilka godzin, pomyślał. No i nie będzie siedział po tym wszystkim sam. Obserwował twarze gości i było mu miło. W zasadzie.

- - - - - - - - -


W zasadzie nie wiem, kiedy zaczęłam mówić zupełnie coś innego niż miałam w myślach. Może już w dzieciństwie, kiedy należało się bardzo pilnować, żeby nie zirytować ojca? A może stało się to dużo później? Nie wiem. Nie pamiętam. Faktem jest, że nie przypominam sobie wielu sytuacji, w których byłam zupełnie sobą. Na pewno wtedy na parkingu, kiedy mi się oświadczałeś. I może jeszcze w najgłębszym stanie mojej depresji, kiedy było mi już wszystko jedno. Poza tymi dwoma przypadkami całkowicie kontrolowałam, aby moje "ja" nie ukazało się w pełnej krasie. Dlaczego? Kiedyś przeczytałam w jakimś kobiecym piśmie, że aby cieszyć się życiem, trzeba najpierw cieszyć się sobą. Zaakceptować siebie i polubić. Może właśnie to było moim problemem? I nadal chyba jest. Mimo, że mnie już nie ma. A z tego, co zdążyłam zauważyć, właśnie zostałam pogrzebana. Ogarnia mnie panika na samą myśl, co teraz będzie się działo z moim ciałem. Nie mogę przestać o tym myśleć, a już na pewno nie jestem w stanie tego zaakceptować. Czy tak już będzie przez wieczność? A może to jest właśnie ten czyściec, przez który człowiek musi przejść, żeby zrewidować swoje życie i wyzwolić się od czegoś? Tylko czego? Od czego ja mam się wyzwolić? Od uczuć? A może, poprzez moją niespodziewaną śmierć, pozostało mi tutaj jeszcze coś do zdziałania? Do dokończenia? No to, do jasnej cholery, niech ktoś mi podpowie, co to jest, bo chyba nie nadążam.