Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 5
Rozdział 5

System robi update średnio co 12 godzin. Wiem o tym, bo muszę zaakceptować. Akceptowanie wygląda podobnie, jak w każdym elektronicznym sprzęcie z oprogramowaniem. Jedyna różnica to ta, że ja nie wciskam żadnych przycisków, nie klikam napisu "Yes", nie modyfikuję ustawień. Ja myślę.

- - - - - - - - -


Urodziny mojej mamy. Przyjeżdża Zbyszek z żoną i dziećmi. Atmosfera bardzo wesoła. Jak zwykle. Brat założył firmę budowlaną i zaangażował się w różnego rodzaju roboty publiczne. Wiedzie mu się lepiej niż dobrze. Przypuszczam, że nie za sprawą rozwijającego się rynku budowlanego, ale za sprawą własnej zaradności i pracowitości. Pracuje od świtu do ciemnej nocy, a mimo to tryska energią. Pozazdrościć. Jest młodszy ode mnie, ale wydaje mi się, że wygląda poważniej. Ostatnio nawet zarysował mu się brzuszek i zyskał tatusiowaty wygląd. Żona Zbyszka, Gracjana, ma na sobie śliczną, dopasowaną do ciała, popielatą sukienkę z czarnymi dodatkami. Figura idealna. Uśmiechnięta. Po prostu kobieta sukcesu. Pomaga bratu w pracy, jak tylko może, zajmując się księgowością. Jednym słowem - radzą sobie lepiej niż przeciętni obywatele. A na pewno lepiej niż ja. Nie zżera mnie jednak zazdrość. Ostatnio nie mam na nią czasu. No dobrze. Trochę im zazdroszczę. Ale tylko trochę.

- Słyszałem, że rozwaliliście całą Wojska Polskiego - Piotr zwraca się do Zbyszka. - Objazdy są koszmarne. Ciężka robota jak na grudzień.

- No widzisz - komentuje brat. - Taka praca. Chcesz coś naprawić, to musisz coś rozpieprzyć - śmieje się do rozpuku z własnego dowcipu. Śmiech ma zaraźliwy, więc sekundę później wszyscy pękamy z radości. - Nigdy nie wiadomo, co i kiedy się rozsypie. Takie życie.

Mama dostaje od nas tablet z oprogramowaniem dla seniora. 3 tysiące audiobooków, program rozpoznawania mowy i dzienny przelicznik kalorii, o którym marzyła od roku. Siedzimy objedzeni smakołykami przygotowanymi przez mamę i Marka, z którym spotyka się już jakiś czas. Marek przygotował roladę drobiową. Trzeba przyznać, że jest bardzo dobrym kucharzem, biorąc pod uwagę fakt, że kształci się przez Internet.

- Marek - zwracam się do niego po imieniu, mimo że jest 30 lat ode mnie starszy. - Przyjdę do ciebie na kurs gotowania. Ta rolada jest rewelacyjna.

- Dziękuję - odpowiada. - Przyjedziemy do was na urodziny Niko, to zrobię i przywiozę. Albo - wpada na inny pomysł - przyjedziemy wcześniej i zrobimy razem. Co, Niko? Pomożesz nam?

- Eee tam. Gotowanie jest do bani - mówi poważnie mój syn i wzrokiem szuka wsparcia u Zbyszka.

- Jak zwykle masz rację, chłopie. Niech gotują starzy. My będziemy zajadać - Zbyszek puszcza do mnie oko.

Lubię Marka. Jest zupełnie inny od mojego ojca, który dom miał gdzieś, zapominał o uroczystościach, notorycznie się spóźniał i jeszcze trzeba było chodzić koło niego na palcach, bo nigdy nie było wiadomo, jaki ma humor.

- Mam na dysku nowy film - mówi mój brat. - Słyszałem, że świetny. Oglądamy?

- Trochę już późno - wtrąca Piotr. - Jak się skończy, będzie po północy. O której będziemy w domu?

- Zostańcie na noc - mówi mama.

- A może zostawimy mamie dzieciaki na noc - śmieje się Gracjana. - Całą trójkę. Będzie mama miała wesoło.

- A my na balety - wtrąca Piotr.

- Ty na balety? Toż ty tańczyć nie umiesz. My z Gracką na tańce, a wy zostaniecie z dziećmi - proponuję żartem.

- Nie będziemy za wami płakać - brat zgrywa bohatera, chociaż wiadomo, że nigdzie by żony samej nie puścił. - Marek? Masz jakieś piwo?

- Nie gadaj głupot, tylko włączaj ten film - mówi mama. - Już wam przygotowuję pokoje. Nie ma mowy, żebym was wypuściła z domu w nocy na ten mróz.

Idę z mamą na górę. Podskakuje na schodach jak nastolatka. Wiem, że jest szczęśliwa. Wygląda młodziej, niż w trakcie rozwodu z ojcem.

- Masz jakieś wieści od ojca? - pytam.

- Nie - mówi. - Był tutaj jakiś rok temu i chciał pożyczyć pieniądze.

- Mówił, co zamierza robić?

- Wspomniał coś o wyjeździe do Stanów czy Kanady. Nie słuchałam dobrze. Wiesz jak się denerwuję, gdy przychodzi tutaj i próbuje przymilać się do Marka.

Rozumiem ją. Ojciec ma umiejętność zjednywania sobie ludzi. To jest fakt. Największa bzdura brzmi w jego ustach tak, że większość ludzi wierzy w nią bezwarunkowo. Niewiele osób jest odpornych na jego urok. A ci nieliczni unikają go jak ognia. Jeszcze by tego brakowało, żeby ojciec zaprzyjaźnił się z mamy partnerem i wciągał go w swoje interesy. Marek jest dobrodusznym facetem. Myślę, że ojcu mogłoby się udać. Nie chcę mówić mamie, że od dwóch lat spłacam za ojca kredyt, ani że pożyczyliśmy mu 20 tysięcy przeznaczone na remont. Przechodziłam już przez takie rozmowy z Piotrem i nie chcę tego powtarzać. Czuję się znowu jak kretynka. Chyba nigdy się nie nauczę. Za cenę zbliżenia się do ojca daję się perfidnie wykorzystywać.

- Ciekawe, czy babcia będzie wiedziała, gdzie on jest.

- Widziałam ją wczoraj w sklepie - mama naciąga prześcieradło na podwójne łóżko w pokoju gościnnym. - Mówiła, że przysłał jej kartkę z jakiejś plaży, ale nie pamiętała nazwy.

Szlag mnie trafia. Ciągnę prześcieradło z drugiej strony tak mocno, że wyrywam je mamie z rąk.

- Sorry - mówię. - Nie wiedziałam, że mam tyle siły.

- To pewnie po tej roladzie - komentuje mama i śmieje się jak podlotek.

- - - - - - - - -


Szkoła ma to do siebie, że nie widać w niej upływającego czasu. Wchodzisz w jej mury i czas się zatrzymuje albo zapętla. Tak, jakbyś znajdował się w świecie równoległym, gdzie funkcjonują zupełnie inne prawa fizyki, całkowicie poza możliwościami zrozumienia przeciętnego belfra. Równie dobrze może być to rok 1970 jak 2050. Dzień wczorajszy jest identyczny z dzisiejszym i jutro też się nic nie zmieni. I rzeczywiście. Nadchodzi jutro i nic się nie zmienia. Tak, jak przewidziałeś. To samo wyposażenie. Ta sama atmosfera. To samo nastawienie. Ten sam sens. Albo jego brak. Nikt nie wchodzi tu z radością. Ani nauczyciel, ani uczeń. Uczeń widzi nauczyciela i od razu przechodzi mu przez myśl, że już od rana ma pecha. Nauczyciel widzi ucznia i z niesmakiem stwierdza, że jeszcze go dzisiaj będzie oglądał na piątej czy szóstej lekcji. Im później, tym gorzej, bo to znaczy, że dzisiaj jest właśnie ten dzień, kiedy ma siedem godzin i dwa okienka.

Dzień szkolny można w zasadzie podzielić na pięć etapów - każdy psycholog zgodzi się ze mną w stu procentach. Chociaż etapy te następują po sobie w niemożliwych do odgadnięcia odstępach czasu. Często jest to wielokrotność czterdziestu pięciu minut, rzadko trwają dłużej niż dziewięćdziesiąt.

Etap pierwszy, czyli "to się nie dzieje naprawdę". Wchodzisz do sali. Godzina ósma zero, dwie lub trzy. W zależności od tego, jak daleko od pokoju nauczycielskiego ta sala się znajduje. Do klasy za tobą smętnie wchodzi drużyna 10-15 zombie, którzy o czwartej rano skończyli grać w sieci, a rano zostali bezdusznie wyrzuceni z łóżek przez Zombi Starych lub jakiś inny Poranny Koszmar. Zaczynasz lekcję i właśnie w chwili, kiedy już powiedziałeś, jaki jest temat lekcji i wyjaśniłeś jej cel, otwierają się drzwi i wchodzi pierwszy zadowolony z siebie osobnik. Siada i milczy. Jak to zombie. Nie ma sensu pytać, dlaczego pojawił się tak późno, ponieważ w szkole obowiązuje pewna niepisana zasada "głupie pytanie, głupia odpowiedź". Nauczyciel ma w zasadzie jedno wyjście: sam sobie powiedzieć "przepraszam za spóźnienie", albo zażartować. Jest ósma dziesięć, wiec może ma jeszcze ochotę do żartów. W końcu nauczyciele nie wypalają się zawodowo w dziesięć minut. Powtarzasz temat i cel lekcji, spóźnionemu jegomościowi. Stawisz kropkę na końcu zdania. Otwierasz usta, żeby zacząć lekcję i... otwierają się drzwi i sytuacja się powtarza. I tak do końca lekcji z częstotliwością co dwie do pięciu minut. Dzwonek jest wyzwoleniem dla wszystkich.

Nadchodzi czas na etap drugi szkolnego życia, pod nazwą "mam tego serdecznie dosyć". Lekcja druga lub trzecia, rzadko czwarta - istnieją podobno w szkole silne psychicznie jednostki, więc się zdarza, że ten etap dopada ludzi aż na czwartej lekcji. Zdarza się to nieczęsto i na pewno nie mnie. Żeby pominąć ten etap lub przesunąć go trochę w czasie, należałoby zrezygnować ze sprawdzania wiedzy uczniów. Bo po co się stresować? Po co pytać, kiedy wiadomo co się usłyszy. To jest świetny pomysł, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne. Jak wygląda taki etap? Wchodzisz do klasy i sytuacja z pierwszej lekcji się powtarza z tą różnicą, że nikt nie wchodzi co dwie minuty zaspany, bo ci, co nie chcieli przyjść, to wiedzieli o tym już przed lekcją, więc ich nie ma. Natomiast pojawia się tu inny, wielki problem. Jak nauczyć zombie myśleć i zapamiętywać. Trudne? Niemożliwe? No cóż. Starać się trzeba.

Kolejny etap, trzeci, czyli tak zwane "negocjacje". Zombie najedzone po dużej przerwie. Humory lepsze, więc warto spróbować. Jak obiecacie, że A, to ja wam B. Dwoje akceptuje, pozostała piętnastka ma z tym problem. Problemy są różne i całkowicie do siebie niepodobne. W zasadzie podobne całkiem do niczego, bo zombie generalnie mało rozumie, a już na pewno nie rozumie zdań warunkowych. Rozumie część nadrzędną "to ja wam B", ale nie jest w stanie pojąć, o co chodzi z tym "Jak obiecacie, że...". Rzadko dochodzi do konsensusu, ale podobno konsensus jest możliwy. Słyszałam o tym. Kiedyś. Dawno temu.

Czas na etap czwarty: "mam to wszystko gdzieś". I z punktu widzenia pedagogicznego to jest jedyny właściwy etap. Nauczyciel nie przejmuje się zombie. Wchodzi do sali i przeprowadza lekcję wzorowo. Podaje temat, wyjaśnia cele, tłumaczy cierpliwie, zadaje pytania i na nie odpowiada. Gdyby w sali była kamera i moglibyśmy to obejrzeć, to z naszych ust wyrwałoby się zdumione "Wow!". Takie to jest piękne i profesjonalne. I wcale nie jest ważne, że w sali nie ma uczniów, a jeśli są, to na to nie patrzą, bo mają inne ważne sprawy. To jest przecież ich piąta czy szósta lekcja, więc ile można? Nieprzespana noc daje się w końcu we znaki.

Etap ostatni, piąty - niektórzy do niego nie dobijają, ale ja przeważnie tak. Etap ten nazywa się "pieprzę, nie robię". Ale niech się nikt nie boi, że nauczyciel siada za biurkiem i milczy przez całą lekcję, albo pije kawę i wywiesza na drzwiach napis "Zaraz wracam". Nic z tych rzeczy. On lub ona po prostu: podaje temat i cel lekcji. Mówi do pozostałych na polu bitwy osobników (około pięciorga, którym akurat komputer nie odpala, więc do domu się nie spieszą): "To się robi tak. To się robi tak. A to tak. A teraz otwieramy zeszyty i ćwiczymy." Brzmi dzwonek. Nauczyciel wychodzi z czarnej dziury, zamienia się w zombie i idzie do domu. Czy to XV wiek czy XXI? Kogo to obchodzi. I tak nic się nie zmienia.