Jesteś tutaj » Publikacje » Pokuta » List do Reymonta
List do Reymonta
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Bój się Pan Boga, Panie Rejment. I na cóż mi tu przyszło w tym chliwiku dogorywać, niczym śmieć jaki kostuchy czekać, żeby cierpienio moje ukróciła. I po cóż żeś mi taki los zapisoł? I nawet żeś mi kapoty na grzbiecie nie ostawił. I tera wicher mnie studzi i śnieg przez szpary sypie i oczy zamglewo.
O Jezusicku! O Maryjo! Jaka zimnica!
A mógł ja w izbie na zapiecku lezeć i kapustę z tygielka jiść. A tera ino wątpia mi pisco z głodu, bo mi nawet córa skibki chleba zjiść nie dała. Ale co ona tymu winna, kiej to Pan, Panie Rejment, nas takim żywotem uracył.
A mogło tak cudnie być. Dałby pozyć jeszcze z pińć roków i moje chłupe Magdusi bym zapisoł. Wnusi mojej, co tylko ona jedyna mnie starego w Twojem pisaniu załowała. Z temi piętnastoma morgami, świniokami, bydlętami trzema i statkami wszytkimi, to ona by wielko pani była.
Wydaliby my ją za Jankowego Antka. Bo robotny chmyz jest. Bo na dorobku cołednie tyro. I nie pyscy ojcu i matce. Za niewiela roków mieliby dwa abo i trzy roza wincej. I wszytkie rade by byli i mnie starego chwalili i kiszke nieroz podali. I w niebie Pan Bóg by rynce z uciechy zaciroł, że takie dobre ludzie na ziemi się uchowali.
A Ty, Panie Rejment, wszytkich źle zawsze namalujes. Nawet dzieciaków Ci nie żol. Ten drobiazg strzelcowy, Antke i Józia, tyż żeś na mrozie porzucił, że im na duchcie skrzytwieć przyszło. Na marnacje żeś ich ostawił. I w ostatniej godzinie rynki żeś nie podoł i nie ratował.
A poszłaby dziewucha do służby, a potym se chłopaka wzięła i żyć by mogła w dostatku, bo przeca dobry z niej dzieciok i w trudach zaparta.
I po cóż, Panie Rejment, takie rzeczy pisać? Po co pióro na takiej biedzie strzępić? I po co komu to cytoć? Dla uciechy jakowej? Toż to obraza boska w takim smutku radość znajdować.
A bo to zmieni coś to Pańskie pisanie? Czy kto mnie starego pozałuje? Czy tylko śmiać się będą, że stary w chliwiku jako prosiak jaki zdycho.
Bo prawda jest tako, Panie Rejment, że ludzie zawsze będą za nic drugiego mieli i nawet łyżki strawy nie podadzą jak im się nie wróci.
Dzieckom byś, Panie Rejment, to swoje pisanie przeznaczył, bo one jeszcze serca majo. Tak jak Magdusia moja. Potem ludzie twardniejo jako kamień i ino na swoje patrzo i swojego doglądajo.
Z Panem Bogiem, Panie Rejment, z Panem Bogiem, bo ostatni dech chwytom i za chwila sam z Panem Bogiem będę się witoł.

I jeszcze, Panie Rejment, jeno ci rzeknę, że Stanisław na chrzcie mi matka dali i tak bym chcioł, żeby i o tym te twoje ludzie czytali i rozeznali, że jo nie zmyśluny ino jestem, że jo tyz cuje i w chliwiku zdychać mi za nic nie pasuje.

Amen