Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 6
Rozdział 6

Wracamy do domu rano. Od razu widzę, że coś nie gra. Nie wiem co. Może jakiś cień, albo zauważona podświadomie nieprawidłowość.

Podchodzę pod werandę.

- Zostawiłeś drzwi otwarte? - pytam Piotra.

- Zwariowałaś? - Mój mąż również podchodzi ostrożnie do uchylonych drzwi. - Wyłamany zamek. Nic nie dotykaj. Trzeba dzwonić na policję.

- Zaczekaj - mówię.

Rozglądam się. Na śniegu widzę różnego rodzaju ślady. Te po prawej są na pewno moje.

- Podnieś nogę - proszę męża.

- Po co?

- Muszę zobaczyć twoją zelówkę.

Podeszwa gładka. Bez trudu dopasowuję do niej ślad.

- Było ich dwóch. Buty z rowkami. Zimowe. Pewnie do kostki. Ale nie takie same. Widzisz? - Zwracam się do Piotra. - Tutaj jest mniejszy zygzak. I rozmiar jest inny. Te są większe.

- Aha. Zadzwonię lepiej na policję - mówi.

Wyciąga z kieszeni telefon. Odchodzi kawałek w bok, żeby mieć lepszy zasięg.

- Różnią się jednym numerem. 48 i 47. Ślady głębsze niż nasze, więc ciężsi - mamroczę do siebie. - Jeden stał pod drzwiami, drugi sprawdzał okna. Ten z większymi butami. Minimum 180 centymetrów wzrostu, bo nie stawał na palce. Ja mam 170 i muszę lekko się wspiąć, żeby zobaczyć, co jest w środku. Tylko skąd przyszli? Nie ma śladów opon, a ślady ich stóp widoczne są tylko koło schodów, no i pojedyncze ślady tej osoby, która przespacerowała się dookoła. - Rozglądam się przez chwilę. - OK. Przeszli przez płot. Tylko tam nie ma śniegu. Będę musiała to sprawdzić.

- Co ty robisz? - Piotr woła za mną.

- Sprawdzam, skąd przyszli. Zostań tu i zadzwoń na policję. I czekaj.

Tak jak przewidziałam. Przyszli z tej strony. To dlatego nie było śladów kół na podjeździe. Czyli pewnie szukali pieniędzy, albo biżuterii. Większych rzeczy by przecież nie tachali taki kawał. Idę przez pole. 152 metry i droga. No tak. Tutaj wsiedli do auta, ale wysiedli trochę dalej, więc musiał być jeszcze trzeci - kierowca. Robię zdjęcie komórką. Dobrze, że kawałek dalej jest lekki zakręt. Widać dokładnie w tym miejscu cztery ślady. Potem spróbuję wydedukować, co to za opony. Staram się wracać po własnych śladach, żeby w razie czego nie zniszczyć dowodów. Wracam znowu przez płot. Piotr zdążył w tym czasie zgłosić włamanie na policję. Nie wchodzimy do środka. Każę mężowi odpalić auto, żeby nam dziecko nie zmarzło w środku. Nikodem przerażony i zainteresowany włamaniem. Cieszy się, że przyjedzie policja.

- Tato, ale oni nie ukradli mi moich resoraków? - Pyta z nadzieją w głosie.

- Na pewno nie - odpowiada mąż. - A nawet jeśli, to kupię ci nowe.

Usta mojego synka zamieniają się w podkówkę.

- Nie chcę innych, bo moje są magiczne - widzę, że zaraz zacznie płakać.

- Jeśli są magiczne, Żabko, to na pewno nie dały się ukraść, prawda? - Mówię i przytulam go do siebie. - Zaraz przyjadą panowie policjanci i wszystko dokładnie obejrzą.

Marzniemy jeszcze przez trzydzieści siedem minut w oczekiwaniu na funkcjonariuszy.

- - - - - - - - -


- Bez sensu, szefie - Adam Sikorski, pseudonim Sikora, odpalił swoją komórkę. - To musi być jakaś ściema. Tutaj nic nie ma.

Siedzieli we trzech w granatowym BMW E36 zaparkowanym na poboczu.

- Co masz na myśli? - głos w słuchawce był nieco zniekształcony przez zakłócenia na linii.

Sikora zawsze czuł się nieswojo, kiedy musiał zdać relację z niepowodzenia w akcji. Był bardzo ambitnym facetem, który nie dopuszczał do siebie nawet myśli o porażce. Gdyby mógł, to by puścił tę chatę z dymem. Z czystej złości. Niestety. Mieli tylko dorwać pośredniczkę i wydusić z niej informacje. Zmodyfikował trochę plan, kiedy się okazało, że nikogo nie ma. Kazał upozorować włamanie. Teraz przesuwał między palcami złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie łzy, który zabrał z półki w łazience. Da się jakiejś lasce, jak będzie grzeczna. Tylko raz wcześniej mu się nie powiodło. Szrama na szyi mu o tym przypomina. Postanowił, że drugiego razu nie będzie. Zerknął na siedzącego za kierownicą Łysego, który próbował rozruszać wajchę skrzyni biegów. Puknął go w ramię i na migi pokazał, żeby nie robił hałasu, bo mu przeszkadza. Co za kretyn, pomyślał. Łysy działał mu na nerwy od samego początku. Dobrze, że potrafił wykonywać rozkazy bez szemrania i bez pytań.

- Byliśmy tam, nikogo nie było. A dom? Jak to powiedzieć. Taka trochę bida z nędzą. Żadnej kasy tam nie ma - podrapał się po szyi. Blizna zawsze go swędzi, jak się zdenerwuje.

- To może być przykrywka. Może nie trzymają nic w domu.

- No nie wiem. Może.

- A jesteś pewny, że to ten dom? - Sikora poczuł w głosie szefa sarkazm.

Chętnie wsadziłbym ci ten telefon w dupę, pomyślał.

- Sam już nie wiem. To jakieś totalne wypiździejewo. Nie ma nigdzie numeru domu, ale tak nas pokierował jakiś wieśniak.

- Co teraz robicie?

- Siedzimy w aucie. Tu są fatalne drogi. Uderzyliśmy w jakiś kamień i teraz mamy problem ze skrzynią biegów. Zgrzyta coś przy zmianie - zrobił przerwę, popatrzył znacząco na swojego kierowcę i dodał. - Czy szef chce żebyśmy się trochę pokręcili po okolicy?

- Nie. Wracajcie. Nie chcę, żebyście rzucali się w oczy. Musicie zrobić porządek z samochodem, bo mamy tutaj robotę. Jesteście mi potrzebni.

- OK, szefie - Sikora odłożył telefon. - Poszło nieźle - odwrócił głowę do tyłu i powiedział do Czaka. - Nastaw GPS. Wracamy do bazy.

- - - - - - - - -


- Doktor już na panią czeka - mówi recepcjonistka.

Nie mogę się opanować przed zanalizowaniem jej. Wiek około 35 lat. Wzrost 162 centymetry. Waga 75-78 kilogramów. Koło ucha dwie małe, okrągłe blizny. Prawdopodobnie ślady po ospie. Praworęczna. Zgrubienie na palcu środkowym od długopisu. Mężatka. Pracuje tu minimum rok, bo w jej ruchach czuć rutynę.

Otwiera mi drzwi. Wchodzę. Siadam. Coś się zmieniło od czasu mojej ostatniej wizyty. Sterta papierów przy biurku urosła dwukrotnie. Widzę, że doktorek nie do końca się wyrabia ze swoją robotą.

- Dzisiaj mam dla pani nowe zadanie. A w zasadzie nie ja, tylko pułkownik Kanin. Zaraz wezmę potrzebne rzeczy i pojedziemy w inne miejsce.

- A gdzie? - pytam.

- Na Okopową 15.

- Komenda Wojewódzka Policji? - mówię zdumiona.

- Tak. Pułkownik Kanin ma dla pani zadanie. Wyjaśnię pani wszystko po drodze.

Wyruszamy ze Smoluchowskiego czerwonym Alfa Romeo doktora i wjeżdżamy w Aleję Zwycięstwa. Jedenaście kilometrów, czyli jakieś 15 minut w tych korkach, myślę.

- Będzie pani świadkiem przesłuchania. Ponieważ o pani możliwościach nikt z tam obecnych osób nie wie, będzie pani przedstawiona jako doktor Zuzanna Kawska. Wszystkie dokumenty są przygotowane i leżą w schowku. Proszę się z nimi zapoznać.

Otwieram schowek i wyciągam białą dużą kopertę. Jest tam dowód osobisty i prawo jazdy. Obydwa dokumenty z moim zdjęciem oraz plik zaświadczeń. Czytam je po kolei. Zuzanna Kawska jest magistrem psychologii z SWPS w Warszawie. Studia podyplomowe na kierunku Psychologia Śledcza w Praktyce Operacyjnej i Procesowej, ukończone szkolenie z zakresu komunikacji niewerbalnej.

- Te wszystkie dokumenty są dla pani. Musi je pani schować w sobie wiadomym miejscu tak, żeby były łatwo dostępne w razie potrzeby.

- Czy jest pan pewny, że to oszustwo się nie wyda?

- Niech się pani nie boi. Pani Zuzanna Kawska istnieje naprawdę i jedyne, co się w tych dokumentach nie zgadza, to jej zdjęcie.

- OK. To co tak dokładnie mam robić?

- W zasadzie musi się pani przysłuchiwać i obserwować. Będziemy z pułkownikiem cały czas z panią. Gdyby w trakcie obserwacji nasunęły się pani jakieś refleksje, albo wnioski. to proszę się nimi na bieżąco z nami dzielić.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłam zgadzając się na całe to przedsięwzięcie, ale dopiero teraz zaczynam sobie zdawać sprawę z konsekwencji. Podszywanie się pod innych ludzi? Analizowanie zachowań przestępców? Jaki będzie kolejny krok? Czy jestem gotowa na bezkrytyczne wypełnianie poleceń? Czy mogę się nie zgodzić na wypełnienie rozkazu? Czy komuś w końcu nie przyjdzie na myśl jakieś zadanie, w którym mogę stracić życie? Jak to się wszystko skończy? Czy te ograniczenia, które odczuwam są celowe, czy tak, jak mówi doktor - po prostu nie nadążają z programowaniem? Na razie nie odczuwam fałszu, ale to nie znaczy, że nie zacznę go odczuwać w przyszłości. I co wówczas zrobię? Czy jest w ogóle jakaś przyszłość dla mnie? Jak bardzo jestem dla nich cenna? Czy, w razie czego, ktoś skoczy mi na ratunek?

Dojeżdżamy na miejsce. Czuję nagły przypływ adrenaliny.