Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 7
Rozdział 7

- Gdzie jest Hank?

Siedzę przywiązana do krzesła w mojej własnej kuchni. Ręce związane z tyłu. Sznur wpija mi się w nadgarstki. Wysoki bydlak z trzycentymetrową szramą na szyi, celuje do mnie z pistoletu. Patrzę z przerażeniem na wylot lufy. Jestem sparaliżowana tak bardzo, że nie mogę rozpoznać, co to za broń.

- Jaki Hank? - pytam.

Czuję, jak pot spływa mi po plecach.

- Nie udawaj idiotki, dobrze wiesz, o kogo pytam - w jego głosie słychać napięcie.

- Nie mam pojęcia, kto to jest Hank - trzęsę się ze strachu. Nie mogę zebrać myśli.

Przeszukuję folder ze wspomnieniami. Nic. Żadnego Hanka. Encyklopedia? Hank Aaron, Aguirre, Allen, Azaria, Ballad, Bauer, Blalock, Borowy...

- Nie znam żadnego Hanka - ton głosu mi się podnosi. Brzmi w moich uszach, jakby należał do jakiejś innej osoby. - Nie rozumiem, o co ci chodzi. Czego ode mnie chcesz? To jakaś pomyłka - próbuję się uspokoić, ale wyciągnięty w moim kierunku pistolet mi na to nie pozwala. Wolałabym sprawiać wrażenie zdziwionej, a nie przerażonej, ale chyba mi nie wychodzi.

- Nie pieprz. Zostawił nam te namiary jakieś dwa lata temu. Jako zabezpieczenie w razie kłopotów - podchodzi i przyciska pistolet do mojego czoła.

Czytałam gdzieś, że absolutną pewność trafienia daje tylko strzał z przyłożenia. W takim razie nie mam szans. Czuję, że zginę. Zamykam oczy i kieruję myśli na Nikodema i Piotra. Właśnie w takiej właśnie kolejności. Najpierw syn, a potem mąż.

Już nigdy nie pojadę na Kubę. Ani do Kanady. Tyle rzeczy miałam zrobić w życiu. Przebiec maraton. Wziąć udział w triatlonie. I wiele innych, których już nie zrobię, smaków, zapachów, dotyków, których nie poczuję. Pieprzyć to. Mogę tego nie poczuć, ale chcę, do cholery, żyć. Tylko ŻYĆ!

- To naprawdę jest jakaś pomyłka. Nie znam Hanka. Przysięgam.

Czuję, że strach mnie paraliżuje i za chwilę nie będę w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. Próbuję się uspokoić. Nic nie działa. Wiem, że muszę przeciągać sytuację jak najdłużej i nie dać się zabić tak od razu. Statystyki pokazują, że im dłużej zakładnik żyje, tym większe ma szanse wyjść z sytuacji cało. Każda sekunda działa na moją korzyść. Jeśli nie zabije mnie w ciągu minuty, moje szanse zdecydowanie wzrosną.

- Powiedz mi, kto to jest ten Hank - próbuję brzmieć szczerze. Patrzę mu w oczy. Mój wzrok mówi "Nie zabijaj". - Może będę mogła ci pomóc. Może kiedyś go spotkałam, a nie pamiętam - usta mam całkiem zdrętwiałe ze strachu. Z trudem artykułuję słowa.

Patrzy na mnie badawczo.

- Ściemniasz - mówi, chociaż w jego głosie brak już tego zdecydowania. - Dobrze wiesz, kto to jest.

- Nie ma pojęcia - czuję, że nie dam rady powstrzymać łez.

- Skurwiel, co wisi nam grubą forsę. Wziął towar za dwa miliony dwa lata temu i od roku nie płaci, a odsetki rosną.

Jakaś zaskakująca myśl pojawia mi się pod czaszką. Błysk. Zrozumienie. Uczucie beznadziei i rozpaczy.

- Jak wygląda ten Hank? - pytam.

- Metr osiemdziesiąt, koło sześćdziesiątki, jeździ czarną beemwicą.

Elementy puzzli wskakują na swoje miejsce.

- Jaki towar i dlaczego miałam być jego zabezpieczeniem? - pytam.

- Nie udawaj głupiej - czuję, że zaraz wybuchnie. - I nie myśl sobie, że jesteśmy głupsi od ciebie, kretynko. Dobrze wiesz, o co chodzi. Siedzisz w tym po uszy. Hank zostawił ci kasę w depozycie. Na wypadek, gdyby nie mógł się skontaktować osobiście, miałaś wszystko wypłacić.

Truchleję. Puzzle się przetasowują. Pojawia się nowy obraz. Nie boję się już o własne życie, bo w tym momencie zdaję sobie sprawę, że zabicie mnie nic im nie da. Chcą ode mnie kasę, więc muszę żyć, żeby im dać to, czego chcą. Truchleję, zdając sobie sprawę z sensu jego słów. Zostałam wmanewrowana w ciemne interesy. Z premedytacją. I to przez osobę, która z definicji powinna mi życzyć jak najlepiej, a nie jak najgorzej. Nie wiem, co robić. Jestem sparaliżowana po czubki palców u nóg. Próbuję analizować wszystkie warianty. Co się stanie, jak powiem, że nie wiem, o co chodzi? Zaprzeczę, że go znam? Nie. Gówniany pomysł. Wtedy pewnie mnie zabiją. Blefować? Ile prawdy powiedzieć? Co zataić? Cyfry, fakty i obrazy przelatują mi przez głowę. Spokojnie. Mów jak najmniej.

- OK. Znam go. - mówię. Głos mi się trzęsie. - Nie wiedziałam, że ma ksywę Hank.

- Gdzie on jest? - Pistolet nadal przy moim czole.

- Z tego, co wiem, to pojechał za granicę. Nie mówił gdzie. Ma wrócić w przyszłym tygodniu.

- Powiedz mu, że jak nie dostaniemy kasy do końca miesiąca - przysuwa swoją gębę do mojej twarzy i naciska jeszcze mocniej lufę pistoletu - to zrobimy z nim porządek. I z tobą też.

Podnosi pistolet i strzela w sufit nie spuszczając ze mnie wzroku.

Obsypują mnie skrawki tynku i pył. Mocz płynie mi po nogach. W pierwszym momencie tego nie czuję. Dopiero po chwili... Spogląda na podłogę. Widzi kałużę. Śmieje się głośno i obleśnie. Ten śmiech ma mnie od teraz prześladować. Earworm.

- Widzę, że przyjęłaś do wiadomości - mówi. - Świetnie.

Upokorzona. Bezbronna. Goła.

Chowa broń z tyłu za pasek spodni. Szrama na szyi błyszczy na różowo. Nie myśl o tym. Nie myśl o tym. Nie myśl...

Makarov, przerzucam myśli na inne tory. Produkowany od 1952 roku. Pistolet samopowtarzalny, kaliber dziewięć milimetrów. Wersja PMM na dwanaście naboi.

- - - - - - - - -


- Czy babcia ma może jakieś wiadomości od taty? - pytam popijając herbatę.

- Wyjechał - mówi. - Przysłał mi kartkę.

- Może mi babcia ją pokazać?

- Zaczekaj, dziecko - podnosi się ciężko z fotela.

Postarzała się mocno od czasu, kiedy ją ostatnio odwiedziłam. Kiedy to było? W kwietniu? Tak. Przyjechaliśmy do niej na imieniny. Widzę, że powłóczy lekko nogami.

- Tutaj - podaje mi kartkę. - Mógłby zadzwonić do mnie. Nikt już nie pamięta o starym człowieku. Nawet własny syn mnie nie odwiedza.

- Niech babcia tak nie mówi. Zbyszek był tutaj wczoraj. I sąsiadka do babci przychodzi codziennie.

- Eee tam... sąsiadka - babcia nie daje za wygraną. - Ty też o mnie nie pamiętasz.

- Jak to nie pamiętam - protestuję. - Dzwonię co drugi dzień. I tyle razy chciałam babcię zabrać do siebie na weekend, że nie zliczę. A babcia zawsze odmawia. Siedzi babcia w tym mieszkaniu całe dnie.

Spoglądam na pocztówkę.

Na kartce żółta plaża i woda. Na niebieskim niebie wyraz "Floryda" pisany drukowanymi literami w kształcie obłoków. Odwracam kartkę. "Mamo! Pozdrowienia ze słonecznej Ameryki przesyła syn." Dopisek: "Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku. Tutaj spokój i słońce". Pod spodem data, 28 czerwca. Pół roku temu. Nic więcej.

- Wiadomo, kiedy wraca? - pytam.

- Mnie nikt nic nie mówi - wpada w zrzędliwy ton. - Chyba już niedługo. Wyjechał tak dawno. Chyba nie zostanie tam na stałe.

Tragedia, myślę. Bez jakiejś pomocy albo jakiejś super strategii nie ma szans, żebym go znalazła.