Jesteś tutaj » Publikacje » Znieczulenie » Rozdział 8
Rozdział 8

Wpadam w histerię. Nie mogę przestać się drzeć. Miotam się na krześle, które w końcu się przewraca. Po jakimś czasie udaje mi się rozwiązać więzy na nadgarstkach. Nie mam jednak siły podnieść się z podłogi. Wiem, że za chwilę Piotr wróci z pracy. Nie chcę, żeby mnie taką oglądał, ale nie mogę się już zmusić do najmniejszego wysiłku. Czuję się poniżona, upokorzona tą całą sytuacją i tym, że mój pęcherz nie wytrzymał napięcia. Wraca Piotr. Słyszę wesołe "Halo" w korytarzu. Ja nadal leżę na środku kuchni obsypana pyłem z sufitu.

- Chryste! Co tu się stało? - podbiega i próbuje podnieść mnie z podłogi. -Nic ci nie jest?

Nie mogę wydobyć z siebie głosu. Podaje mi szklankę wody. Rozgląda się. Ryczę. Nadal nie mogę złapać oddechu.

- Uspokój się, proszę. Siadaj tutaj - mówi. - A teraz wszystko mi powiedz.

Podnosi krzesło i patrzy na mokry tynk na podłodze.

- To było straszne - łkam. - Jakiś facet... - nie mogę nabrać wystarczającej ilości powietrza, bo mam rozdygotane wszystkie mięśnie. - Właśnie gotowałam... Obiad... Było ich dwóch... Groził mi pistoletem... Przywiązał... Gadał, że ojciec wisi mu kasę... Że ja mam mu oddać... - wypowiadam wszystko z przerwami, w czasie których łapię zachłannie powietrze. Potykam się o poszczególne słowa. W głowie kłębowisko myśli. Ból w klatce piersiowej. Napad paniki, myślę.

- Powoli, powoli - słyszę, że Piotr jest zdenerwowany. - Jeszcze raz. Ilu ich było?

Trzyma mnie mocno za ramiona.

- Dwóch. Jeden stał przy drzwiach. Drugi złapał mnie i celował do mnie. Kazał mi tu usiąść i mnie związał.

- Czego chcieli?

- Pytali o Hanka.

- Hanka?

- Tak - w końcu udaje mi się nabrać trochę więcej powietrza. - To jest ksywa ojca.

- Jakiego ojca?

- Mojego ojca.

- Co? - na twarzy mojego męża odbija się niedowierzanie.

- Wziął od nich jakiś towar za straszne pieniądze i zniknął, ale wcześniej podał im moje namiary. Powiedział, że ja w tym siedzę i jakby coś się stało, to się z nimi rozliczę. Rozumiesz? Mój własny ojciec wydał na mnie wyrok śmierci - ponownie zanoszę się płaczem. - Co ja mam teraz, do kurwy nędzy, zrobić?

- Rany boskie - Piotr jest blady jak ściana. - Pamiętasz jak wyglądali?

- Pamiętam!!! - krzyczę. - I co z tego, że pamiętam! Przecież ci ich nie narysuję.

Panika mija. Zastępuje ją niepohamowana wściekłość. Zaczynam wyć.

- Spokojnie - Piotr próbuje mnie uspokoić. - Zadzwonimy do pułkownika. Niech znajdzie jakiegoś rysownika i tutaj natychmiast przyjeżdża. Czy podali ci jakiś termin?

- Do końca miesiąca - mówię. - Ale nie wiem, ile mam im zapłacić, bo im ściemniłam, że ojciec wraca za tydzień. Nie mam pojęcia, co mamy robić. Przecież on nie wróci. Jak może wrócić, kiedy wrobił nas w kredyt, a jego samego ściga jakaś pieprzona mafia? Jak go nie znajdziemy, to chyba musimy uciekać.

- Nie możemy uciekać przez ten twój cholerny eksperyment. Ja wiedziałem, że będziemy mieli kłopoty. Czułem, że będzie źle, ale coś takiego nie wpadło mi nawet do łba - zaczyna chodzić po kuchni w tę i z powrotem. - Ale nie martw się. Coś wymyślimy. Musimy, bo inaczej...

Podchodzi do mnie i łapie mnie za rękę.

- Wszystko będzie dobrze - mówi.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dobrze nie będzie. Nie może. Nie w tej sytuacji. Nie komentuję tego głośno. Mówię tylko pod nosem:

- Obyś miał rację.

- - - - - - - - -


Wchodzę na salę. Minęło już tyle lat. Nie znam nikogo. Same dzieciaki. Rozgrzewają się i rozmawiają ze sobą. Podchodzę do trenera. Poznaje mnie z daleka. Ma na imię Łukasz. Znamy się od jakichś piętnastu lat. Nie jest wysoki, 168 centymetrów wzrostu, czyli dwa centymetry niższy ode mnie. Ostrzyżony na zero, z imponującą muskulaturą i strasznie krzywymi nogami, które potrafią zadać bolesny cios. Niektóre ciosy nadal czuję, jakby mi je zadał wczoraj. Ulubione powiedzenie: "Twardym trzeba być, nie miętkim".

- Wszelki duch!!! - krzyczy na całą salę.

Podchodzę bliżej.

- Sensei - kłaniam się, składając obie dłonie w geście powitania. - Czy Sensei wyraża zgodę na mój udział w treningu?

- Wyrażam, wyrażam - mówi z uśmiechem. - Co ty tutaj robisz?

- Jest mi Sensei bardzo potrzebny.

- Do usług.

- Możemy porozmawiać po treningu? - Pytam.

- Nie ma sprawy. A teraz biegiem do rzędu, bo będziesz wyciskać pompki na kostkach.

Uśmiecham się do siebie. Uwielbiam ten jego udawany, groźnie brzmiący ton. Od razu wiem, że nie będzie żadnych ulg dla tych, którzy wracają po siedmiu latach nieobecności.

- - - - - - - - -


- Szybciej. Streszczajcie się - Złomiarz przetarł oczy. - Cholerna robota - powiedział do siebie na wspomnienie ciepłego łóżka i śpiącej w nim Kaśki. Fenomenalna dziewczyna. Znają się już około dwóch miesięcy, a nadal budzi w nim pożądanie. To cud. Wcześniej takie coś się nie zdarzało. No, może jeszcze Ruda. Ale sama odeszła. Dostała za swoje. Flądra. Jakby jej źle było. Dostawała na ciuchy i na wszystkie zachcianki. W dupie jej się poprzewracało. Wrzeszczała, że ma wracać do chaty na noc. Jakby nie wiedziała, co to za robota. Świruska. Kaśka to co innego. Jak na razie. Ale z babami to nigdy nie wiadomo. Rozejrzał się dookoła. Nie było szans, żeby ktoś tu się kręcił, ale lepiej mieć na wszystko oko. Jeszcze trzeba będzie ustrzelić jakiegoś leśniczego, albo myśliwego. Wtedy dziupla będzie spalona. A szkoda, bo miejsce idealne. Pół godziny temu obszedł wszystko wokół. Żadnych śladów. Tylko jakieś tropy zwierząt. Na śniegu wszystko widać idealnie.

Z tego, co mu powiedziano, towar miał jechać w trzy różne miejsca: Szczecin, Kielce i Augustów. Z resztą, dla niego to i tak nie miało różnicy. Miał to gdzieś. Już się nauczył nie dopytywać o szczegóły. Zrobi swoje i wróci do siebie. Płacą mu za konkretną robotę, a nie za myślenie.

- Za chwilę ma was już tu nie być - krzyknął do krzątającej się trójki kierowców.

- Poszłoby szybciej, gdybyś nam pomógł - powiedział mały grubas w kraciastej bluzie.

- Ja tu nie jestem od noszenia, ale od pilnowania, żebyście nic nie spieprzyli.

Paczki były małe, zapakowane w szare kartoniki z sześciocyfrowym numerem. Na fakturze widniały jako materiały reklamowe: długopisy, otwieracze do butelek, breloki, słuchawki i ładowarki samochodowe.

- Macie uważać, żeby nie zamokły. Szef kazał przekazać, że wam jaja urwie, jak je zmoczycie - powiedział, napawając się brzmieniem swojego głosu. Tak, ta fucha mu bardzo odpowiadała. Sam się nie narobi, a reszta musi go słuchać.

Magazyn znajdował się w starej glinianej chacie, w małej wsi na trasie Elbląg - Nowy Dwór Gdański. Cztery samochody stały na zasypanym śniegiem podwórku. Oprócz BMW, którym przyjechał Złomiarz, były tam jeszcze trzy kombiaki: ciemnozielony Ford Focus, granatowy Opel Vectra i bordowa Mazda. Wszystkie miały pootwierane bagażniki. Kierowcy Focusa i Mazdy już skończyli ładowanie.

- Dużo jeszcze ci zostało? - zapytał grubasa, który dyszał wyraźnie zasapany.

- Już kończę - kierowca podniósł ostatnią partię i wyszedł z pomieszczenia.

Złomiarz zajął się zamykaniem drzwi w każdym z pomieszczeń. Zamki były nowe, ale dla niepoznaki, na zewnątrz trzeba było zawiesić starą, zardzewiałą kłódkę.

Nagle, od strony podwórka, rozległ się głuchy odgłos, zaraz potem jęk i wiązanka przekleństw.

- Co jest, do cholery?! - Złomiarz wybiegł z budynku, żeby zobaczyć leżącego na śniegu kierowcę, a paczki rozsypane w promieniu dwóch metrów. - Zbieraj je natychmiast, żeby nie zmokły, durniu.

- Nie mogłeś tu wysypać jakimś piaskiem? Można sobie nogi połamać - Kierowca stęknął i podniósł się powoli.

- Nie gadaj, tylko zbieraj.

Obydwaj pochylili się nad rozrzuconymi pudełkami. Jedno z nich było rozerwane.

- A co to, kurwa, jest?! - oczy kierowcy rozszerzyły się ze zdumienia.

- Nie interesuj się! - Złomiarz podniósł się, sprawnym ruchem wyciągnął spod kurtki Makarova i bez zastanowienia strzelił kierowcy w tył głowy. Zrobił to tak szybko, że ten nawet się nie zorientował, co się dzieje.

- Ja pierdolę - zaklął, wyciągając z kieszeni komórkę. - Zawsze coś.

Dopiero wówczas przypomniał sobie o dwóch pozostałych kierowcach. Odwrócił się i zobaczył ich. Stali jak zamurowani. Na twarzach przerażenie.

- Co się gapicie? - powiedział, przybierając neutralny ton. - Łapać za łopaty i kopać. Chyba, że chcecie przyłączyć się do kolegi.

Obydwaj ruszyli co tchu w poszukiwaniu łopat. Złomiarz zerknął na zwłoki i westchnął. Krew i fragmenty mózgu rozlały się i zabarwiły śnieg wokół głowy grubasa we wszystkie odcienie czerwieni.